… czasem niespodziewanie natrafiamy na rozwiązania.

Leżeliśmy wieczorem w łóżku, milcząc. Żaden z nas nie miał pojęcia, jak powinien zacząć jakąkolwiek rozmowę. Niestety cisza stawała się coraz bardziej nieznośna. Od jego powrotu minął ponad tydzień, ale nasza sytuacja nie zmieniła się ani o jotę. Zachowywał się tak, jak w dniu, w którym się zjawił w domu. Spojrzałem na niego. Był szczelnie opatulony kołdrą, a mimo to wydawało mi się, że dalej drży. Przemknęła mi przez głowę jedna myśl.

– Michaś czy Ty się mnie boisz? – zapytałem zaniepokojony. Przez dłuższą chwilę nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi, co tym bardziej kazało mi zacząć się poważnie martwić.
– Tobiasz, masz tendencję do używania niewłaściwych słów. – próbował jakoś wybrnąć z tej sytuacji, ale wyraźnie unikał mojego spojrzenia. – Trochę mi zimno.
– To się przytul, będzie Ci cieplej. – skomentowałem krótko, czekając na rozwój zdarzeń.
– Nie mogę. To chciałeś usłyszeć?! Nie zrobię tego! – wybuchnął wreszcie odwracając się w moją stronę. Na jego twarzy malowała się rozpacz i zmęczenie.
– Przynajmniej to powiedziałeś… – powiedziałem łagodnie.
– Nie, ja nie miałem tego na myśli… Przepraszam… – zaczął się wycofywać. Słysząc Michała mówiącego „przepraszam”, rozsypałem się kompletnie. To było niepokojące. Michał nigdy, ale to nigdy nie przepraszał. Taki już był.
– Nie przepraszaj. Rozumiem… Tylko mnie nie unikaj. Możesz mi to powiedzieć wprost. Ja tu jestem dla Ciebie, a nie cholera do ozdoby. – skwitowałem całość tak, by nie wprowadzać zbyt tkliwej atmosfery. – Mam iść spać na kanapę? Jeżeli tego chcesz, to naprawdę nie ma problemu…
– Nie. – pokręcił głową. – Zostań. Tylko ja już z tym, kurwa, nie wyrabiam. Wiesz, co on mi robił? Ja chcę zapomnieć! Zapomnieć… Ale nie mogę. A jak zaczniesz mnie dotykać, przytulać… Ja nie mogę po prostu… – mimo całego natłoku emocji wezbranych w nim wciąż uparcie odmawiał pójścia do psychologa, a ja ze względów etycznych, nie mogłem się nim zająć. Nie wiedziałem już, jak powinienem reagować. Zależało mi na nim.
– Michał, uspokój się. – przybliżyłem się do niego i przytuliłem go, odczekując moment, w którym próbował się wyszarpnąć i odsunąć dalej. Przytrzymałem go mocniej w uścisku dopóki nie uspokoił się trochę. – Jeżeli będziesz mnie unikał, to nie przełamiesz tego. Pozwól mi tu być, zostać w tej pozycji przez jakiś czas… Ja tutaj jestem. Jestem dla Ciebie i będę zawsze, kiedy tylko będziesz mnie potrzebował. Pamiętaj, że możesz mi wszystko powiedzieć wprost. – widząc dalej resztki paniki w jego oczach powiedziałem ze ściśniętym gardłem. – Ja to nie on. – wtedy prawdopodobnie dotarło do niego tak naprawdę, gdzie się teraz znajduje. Był w domu. Ze swoim partnerem. Powoli, ale wyraźnie się rozluźnił i wtulił we mnie. Leżeliśmy przytuleni dłuższą chwilę, a między nami wciąż panowała cisza, chociaż tym razem bardziej komfortowa.
– Tobiasz? – zagadnął po chwili mój partner, delikatnie łaskocząc mnie przy tym w szyję swoim oddechem.
– Słucham. – odpowiedziałem cicho, próbując jak najbardziej ukryć mój uśmiech, który cisnął mi się na usta.
– Za to „Michaś” to i tak Cię kiedyś pieprznę. Masz moje słowo. – powiedział rozluźniając się niemal całkowicie.
– Wiem. Jakoś to zniosę. I tak Cię kocham. – uśmiechnąłem się.
– Ja Ciebie też. – powiedział, chociaż w jego głosie dało się wyczuć lekkie wahanie. Po jakiejś chwili dodał jeszcze, ubierając usta w coś, na kształt uśmiechu. – Ale i tak się nie wywiniesz.
Tej nocy, jak i kilka następnych, Michał budził się często, a gdy już spał, miewał koszmary, rzucając się po całym łóżku i krzycząc. Za dnia popadał z jednej skrajności w drugą, a ja zaczynałem tracić na to wszystko siły. Znów nie wiedziałem, jak mam mu pomóc. Ta sytuacja męczyła nas obu. Czułem się autentycznie bezsilny. Kochałem tego człowieka, więc nie byłem w stanie od tak usiąść i na chłodno go zanalizować. To było dla mnie niewykonalne. W chyba najgorszy możliwy sposób dowiedziałem się, dlaczego na studiach wciąż powtarzali nam, żeby nie próbować leczyć ani analizować nikogo nam bliskiego. To naprawdę jest awykonalne. Uczucia za bardzo przesłaniają zdrowy osąd i człowiek staje się zbyt niecierpliwy i sfrustrowany. Michał natomiast nie zgadzał się w żadnym wypadku na to, żebym przedstawił go komuś z moich znajomych ze studiów. Powiedział, że nie da sobie jeszcze bardziej w głowie pomieszać i to był dla niego koniec tematu. Ilekroć pojawiał się ten temat, on wychodził z pokoju lub zamykał się w sobie i nie odzywał się do mnie przez długie godziny.

Cisza stała się naszym chlebem powszednim. Rzadko się kłóciliśmy. Rzadko też w ogóle odzywaliśmy się do siebie, a o kontakcie fizycznym nawet nie było mowy. Michał prawie nie chodził teraz do pracy. Ledwo mógł tam wytrzymać. Było tam dla niego za tłoczno, zbyt głośno, a powroty do domu napawały go strachem. Powoli zaczął popadać w paranoje. Cały wolny czas snuł się po domu, spał lub, gdy ja byłem na miejscu, unikał mnie. Był tylko cieniem tego człowieka, którego kiedyś znałem. Zasypiając, codziennie przypominałem sobie momenty, kiedy byłem chory, kiedy spotkaliśmy jego rodziców albo chociaż nasze kłótnie na początku. Czasem uśmiechałem się do tych wspomnień, a czasem, gdy mieliśmy jedne z tych najgorszych dni, po policzkach, w ciszy, spływały mi dwie małe strużki. Budząc się i patrząc na niego, pierwszy obraz, jaki stawał mi przed oczami to chwila, w której po raz pierwszy w życiu zastałem go rano w moim łóżku. Minęło tyle czasu i tak wiele się zmieniło… Czasem wolałbym, by krzyczał, wymigiwał się od obowiązków i sprowadzał mnie na ziemię mówiąc, że nie mam do niego żadnych praw. Wolałbym, by był taki jak dawniej. To jednak było już niemożliwe. Kocham tego człowieka, ale czasem mam ochotę przyprowadzić sobie jakiegoś kochanka, tylko po to, żeby wzbudzić w nim jakąś reakcję. Dosłownie jakąkolwiek. Zadowoliłbym się nawet zwykłym prychnięciem. Coraz częściej jednak mam wrażenie, że nawet tego po prostu by nie zauważył. Dziś za to był jeden z tych dni, kiedy niestety nie mogłem zostać w pracy dłużej, co ostatnio często mi się zdarzało, więc, niemal od razu po przyjściu, przekąsiłem coś szybko i wyszedłem na długi spacer. Wałęsałem się po mieście, zwiedzając po raz kolejny jego zakamarki, których do tej pory nie miałem ani czasu, ani okazji zwiedzić. Gdy wszedłem do domu było coś około dwudziestej trzeciej, ale w salonie wciąż paliła się lampka. Przy jej bladym świetle widziałem zarys postaci Michała, który najwyraźniej nie robił nic poza wpatrywaniem się w ścianę. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby nie dość późna pora. Postanowiłem jednak tego nie komentować. W końcu jaki sens miało komentowanie czegokolwiek, jeśli i tak przypominałoby to monolog? Wtedy nastała kolejna zadziwiająca rzecz. Kiedy zauważył, że wchodzę do domu, wstał i podszedł bliżej, po czym oparłszy się o framugę drzwi, nie zdejmował ze mnie wzroku, wciąż nie mówiąc ani słowa.
– Już jestem. – mruknąłem tylko i poszedłem do kuchni przegrzebać lodówkę. Przez cały ten spacer zgłodniałem niemiłosiernie.
– Zrobiłem Ci obiad, jest w mikrofali. – powiedział mój partner wędrując za mną, choć wciąż pozostawał w bezpiecznej odległości.
– O, dzięki. – zdziwiłem się szczerze. Ta niespodzianka była mi bardzo na rękę. Podgrzałem więc mój, nieco spóźniony, obiad i zabrałem się do jedzenia kompletnie nie przejmując się moim partnerem. Michał ani drgnął. Dopiero po chwili podszedł do szafek i zaczął je nerwowo przegrzebywać.
– Gdzie masz fajki? – sapnął wreszcie zirytowany.
– Tu. – powiedziałem i rzuciłem w jego kierunku wyjętą z kieszeni paczką. – Tamte się skończyły.
To był prawdopodobnie pierwszy papieros, od kiedy wrócił do domu. Odpalił go nerwowo i szybko się zaciągnął.
– Gdzie byłeś? – zapytał, nie patrząc nawet w moją stronę.
– Na spacerze. – odpowiedziałem między jednym kęsem, a drugim.
– Gdzie? – jego wzrok spoczął w końcu na mnie i ponownie zaciągnął się głęboko.
– A, tu i tam… – po prawdzie zszedłem niemal całe miasto, byle tylko nie wracać do domu, ale nie musiałem mu koniecznie o tym mówić. Nie chciałem, żeby czuł się z tym źle.
– Czemu tak długo? – dopytywał dalej.
– Musiałem przewietrzyć głowę, a nie tylko siedzieć w domu. – wzruszyłem ramionami.
– A nie przyszło Ci przypadkiem, do tej Twojej pustej głowy, żeby powiedzieć mi chociaż „cześć, wróciłem z pracy, wychodzę się przejść, będę o…”? Albo cokolwiek? – wściekał się.
– Nie, nie przyszło. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Tak myślałem. Tobiasz, do kurwy nędzy, no myśl trochę. Gdybym nie potknął się o Twoją torbę, w ogóle nie miałbym pojęcia, że byłeś w domu. Martwiłem się, nie odbierałeś telefonu, nie wracałeś… – jęknął, przymykając na chwilę oczy i gasząc papierosa, zostawiając go w popielniczce.
– Nie odbierałem? Przecież nikt nie… – urwałem w pół zdania, szukając komórki po kieszeniach. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem telefonu. – Ups, telefon został w torbie. Sorry.
– Sorry? Ja, kurwa nie wierzę… – w końcu usiadł naprzeciw mnie. Był naprawdę wściekły. – Czy Ty jesteś poważny czy sobie ze mnie jaja robisz?!
– Nie klnij tyle, nic się nie stało. – starałem się zachować spokój, a przynajmniej powstrzymać uśmiech, który cisnął mi się na usta. W końcu udało mi się wycisnąć z niego jakąś reakcję. Tych kilka zdań stanowiło prawdopodobnie około dziewięćdziesięciu procent wszystkich słów wypowiedzianych przez nas do siebie nawzajem przez ostatnich kilka tygodni.
– Spieprzaj i udław się tym kurczakiem. – rzucił i wyszedł, kierując się zapewne w stronę sypialni. Rozbawiło mnie to kompletnie. Dobrze wiedzieć, że się martwił. Dokończyłem obiad, uważając, aby nie spełniło się życzenie mojego partnera i poszedłem na górę. Leżał w ciuchach na łóżku wystukując palcami rytm jakiejś piosenki i wyraźnie próbował się uspokoić. Położyłem się obok niego i zagadnąłem:
– Michał, no przepraszam. Wiem, że powinienem coś powiedzieć, ale pomyślałem, że to nie ma sensu.
– Nie ma sensu? Bo co? – spiorunował mnie wzrokiem, ale po chwili jego twarz zmieniła wyraz. Zamiast na wściekłego wyglądał na zrezygnowanego.
– Bo jak jestem w domu to i tak mnie unikasz, więc po co? – powiedziałem, po czym wziąłem głęboki oddech czekając na reakcję. Długo milczał, a później bezbarwnym głosem zapytał:
– Masz kogoś?
– Mam Ciebie. – powiedziałem natychmiast, marszcząc brwi.
– Dobrze wiesz, że nie o to pytam. – odpowiedział zniecierpliwiony. – Nie ma Cię całe dnie, znikasz na całe wieczory. Mówisz, że byłeś w pracy albo na spacerze… Masz kogoś?
– Nie wierzysz mi? Dziękuję bardzo. – odparłem skwaszony i miałem zamiar wyjść z pokoju, ale on podniósł się gwałtownie do siadu krzycząc w moją stronę.
– To nie jest zabawne!
– Ale ja się wcale nie śmieję. To przykre, że nie jesteś w stanie wykrzesać z siebie nic w stosunku do mnie, nawet zaufania. – zauważyłem gorzko, ale usiadłem znów na skraju łóżka.
– To nie tak… Po prostu zrozumiałbym, gdybyś… – mówiąc to, miał wyraźnie ściśnięte gardło i starał się unikać mojego spojrzenia.
– Przestań w końcu! Zostaję dłużej w pracy i wychodzę na długie spacery bez celu, tylko po to, żebyś nie musiał latać po domu i unikać mnie jak się tylko da, mając poczucie, że powinieneś coś do mnie powiedzieć, tylko dalej nie bardzo wiesz co. Chowasz się przede mną w naszym własnym domu. Nie mogę Cię nawet dotknąć, żebyś się nie wzdrygał i nie pamiętam już, kiedy ostatnio rozmawialiśmy. Uprzejmie schodzę Ci z drogi, żeby oszczędzić nam obu tej farsy. – mimo, iż nie miałem tego w planach, ostatecznie siedziałem teraz na przeciwko niego i robiłem mu wyrzuty. Nie wiem, jakiej reakcji się spodziewałem, ale na pewno nie tej. Mój partner, zmarszczywszy czoło, przygryzł lekko wargę, jakby głęboko się nad czymś zastanawiając, po czym nachylił się i zaczął mnie całować.
– Michał, nie musisz… – zacząłem protestować, gdy tylko dał mi chwilę odetchnąć.
– Ale tego chcę. – odpowiedział krótko i wrócił do całowania, jednocześnie zjeżdżając coraz niżej ręką wzdłuż mojej klatki piersiowej. Oddawałem niepewnie pocałunki, ale walczyłem ze sobą, nie wiedząc czy powinienem coś robić. Chciałem tego, tęskniłem za jego dotykiem, za jego ciałem, ale bałem się, że gdy tylko ja wykonam jakiś ruch, on natychmiast zepnie się albo odsunie. Po chwili wahania położyłem mu jednak ręce na biodrach. Nie nastąpiła żadna z przewidzianych przeze mnie reakcji, więc kontynuowałem będąc coraz bardziej natarczywym. Byłem spragniony jego ust, dłoni, jego całego ciała… Nie wycofał się. Dziś oboje daliśmy się temu ponieść. Pękła między nami jakaś bariera. Pozostała nam już tylko, do tej pory trzymana na uwięzi, namiętność, która wybuchała na nowo za każdym razem, gdy czułem jego palce na mojej nagiej skórze. Być może jedynym lekarstwem, którego tak naprawdę potrzebowaliśmy do tej pory, byliśmy my sami?
Następnego ranka obudził mnie dopiero budzik. Oznaczało to, że Michał przespał spokojnie całą noc i nawet teraz spał niewzruszony, nie zwracając uwagi na to, jaki jazgot wydobywa się z mojego telefonu. Wyślizgnąłem się z łóżka tak, by go nie budzić i poleciałem szykować się do pracy. Byłem gotowy niemal błyskawicznie, tak jakbym po ostatniej nocy dostał cudownego zastrzyku energii. Zdążyłem przed wyjściem przygotować mu jeszcze szybko jakieś śniadanie. Kiedy wiązałem buty, on akurat schodził po schodach. W samych bokserkach, z niedbale związanymi włosami, wciąż jeszcze zaspany. Musiałem przyznać, że wygląda seksownie. Widząc mnie uśmiechnął się tylko i rzucił krótkie:
– Dobry.
– Dzień dobry, dzień dobry. Śniadanie masz na stole. Jak się spało? – odpowiedziałem nie mogąc ukryć przysłowiowego „banana” na twarzy.
– Dzięki, a co jest? Dobrze się spało. – oparł się o ścianę, stając obok mnie.
– Kanapki. Na nic ambitniejszego nie miałem czasu. – tu zrobiłem krótką pauzę i zmierzyłem go wzrokiem. – No widzisz, trochę seksu i wracasz do siebie. Seksoholiku jeden. – zaśmiałem się.
– Spieprzaj. – uśmiechnął się i pocałował mnie długo. – Spierniczaj do roboty, ktoś musi na nas zarabiać, a nie się zajmujesz teraz moim domniemanym seksoholizmem. Swoją drogą, przyganiał kocioł garnkowi. – odciął się.
– Co? Osz Ty! – ściągnąłem mu z włosów gumkę i zacząłem się z nim droczyć. – Ej, ale garnituru mi nie pognieć!
– Masz, co chciałeś. Dobra, nie ważne, w dupę sobie tą gumkę wsadź! – spojrzał na mnie z łobuzerskim błyskiem w oku.
– Weź, bo Ci na kijaszka założę. – odparłem mrużąc oczy i uśmiechając się półgębkiem.
– Próbuj. – wyszeptał mi do ucha, po czym złapał mnie za pośladek.
– Wieczorem spróbuję. – odpowiedziałem również szeptem, ściągając mu szybko bokserki i, zanim zdążył zareagować, chwyciłem torbę i wybiegłem z domu. Wychodząc z podwórka obejrzałem się i zobaczyłem go dalej bez koszulki, opartego o parapet w kuchni, palącego spokojnie fajkę. Uśmiechnął się do mnie ironicznie, podniósłszy rękę w geście pożegnalnym. Zrobiłem to samo i wsiadłem do samochodu. Czekał mnie całkiem dobry dzień.


Wszystkim czytelnikom dziękuję serdecznie. Od razu przepraszam za wszelkie błędy.
Tak właściwie to nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek zacznę cokolwiek i gdziekolwiek publikować, a tu proszę. Tym bardziej nie spodziewałam się, że ktokolwiek będzie czytał to z własnej, nieprzymuszonej woli.
Teraz mam trochę czasu, to publikuję, póki mogę.
Well, Enjoy!

Podziel się dobrem