15. Kiedy przekraczamy własne granice


Witajcie Kochani!

Trochę to potrwało, ale jestem. Wracam do Was pomalutku i jakoś się ogarniam z pisaniem. Na dowód tego przed Wami kolejny rozdział Układu. Jak już wcześniej wspominałam, Układ również będzie serią, więc będziecie mieli co czytać.

Enjoy!


Do końca tego dnia uparcie wyszukiwałem Vitka wzrokiem, jakbym chciał zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół jego wyglądu, ale nie było to łatwe. Po pierwszych próbach, uciekł, Bóg wie gdzie. Nie miałem pojęcia, gdzie mógł być, ale teatr dawał szerokie pole do popisu. Wszystkie korytarze, sale i zakamarki dawały wiele okazji do ukrycia się. Myślałem nawet, że może zdążył już iść do domu, ale Remi zapewnił mnie, że jest to raczej średnio możliwe. Wyglądało na to, że Vitali miał opinię samotnika i pracoholika, co skutkowało tym, że godzinami przesiadywał w pracowni lub gdzieś indziej, ale zawsze wracał z gotowymi projektami i planszami. Czułem się jak stalker, zbierając po cichu informacje o nim, od kogo tylko mogłem. Niestety nie dowiedziałem się za wiele. Pozostało mi tylko jedno – spróbować znaleźć go i porozmawiać z nim dłużej. Ta opcja zdecydowanie mi pasowała, ale ciężko było to zrobić. Nawet przez chwilę zastanawiałem się czy nie chowa się przede mną po moim nachalnym flircie, który rano dość naturalnie mi wyszedł. Mimo wszystko po cichu liczyłem, że tak nie jest. Wydawał się zainteresowany, choć mogło to być tylko moje pobożne życzenie.

Ostatecznie, gdy próby dobiegły końca, usilnie próbowałem znaleźć jakąś wymówkę, żeby z nim porozmawiać. Nic mi jednak nie przychodziło do głowy. Przynajmniej, dopóki Remik nie rzucił zmęczonym głosem zaproś go na kawę. Wtedy mnie olśniło. Obiecałem mu tego ranka, że kupię mu kawę. To był doskonały pretekst do tego, żeby znowu zagadać o czymkolwiek. Zacząłem gorączkowo szukać kawiarni w pobliżu teatru, ale nie znalazłem nic godnego uwagi. Niestety jedynym miejscem znajdującym się nieopodal był Starbucks. Nie przepadałem za kawą stamtąd, ale było to jedyne, co mi pozostało. Nawet teatralny bufet był już zamknięty. Liczyłem na to, że nie pogardzi takim napojem i wziąłem największą białą kawę, jaka była. Nie chciałem kombinować i szukać udziwnień w obawie, że nie trafię w jego gusta. Pozostało mi więc jeszcze tylko jedno zadanie – wrócić do teatru i znaleźć Vitka.

Okazało się to o wiele prostsze, niż myślałem. Siedział na ławeczce przed budynkiem i palił papierosa. Był widoczny już z daleka z tymi swoimi jasnymi włosami i, o zgrozo, gołymi rękami. Miałem na sobie dość ciepłą bluzę, a i tak było mi chłodno, a on siedział, jak gdyby nigdy nic, w samej koszulce. Wzdrygnąłem się na samą myśl, a do tego nie przepadałem za zapachem papierosów, ale nie zniechęciło mnie to. Zanim zdążyłem podejść, on zgasił już fajkę i oparł się wygodniej o oparcie ławki, przymykając oczy. Wyglądał na zmęczonego i wydawało mi się, że zaraz odpłynie siedząc tam, mimo chłodnego majowego wieczoru, otulającego powoli Warszawę. Usiadłem w ciszy obok, ale nie zareagował w żaden sposób, więc szturnąłem go w udo, próbując jakoś zwrócić jego uwagę. W końcu spojrzał w moją stronę, wyraźnie zdziwiony, a ja podałem mu kubek, który przyjął z niejakim oporem. Ograłem to wszystko oczywiście ładnym uśmiechem, chcąc jakoś zagaić.

– Mówiłem, że się odwdzięczę. – Mrugnąłem do niego i dopiero wtedy zdawało się do niego dojść, o co chodzi z tą kawą. Chyba przez chwilę wziął mnie za stalkera i wariata.

– Dzięki – rzucił z uśmiechem. Miał naprawdę ładny uśmiech i aż musiałem gryźć się w język, żeby od razu z tym nie wypalić. Zamiast tego, gorączkowo szukając tematu, zeszło dalej na kawę.

– Nie bardzo wiedziałem jaką lubisz i sam co prawda za tą marką nie przepadam, ale uznałem, że duża biała to bezpieczny wybór po tej, którą ci rano wypiłem.

– Jeszcze raz dzięki. Też nie jestem ich fanem, ale zdradzę ci sekret. Kawa to kawa – powiedział konspiracyjnym szeptem, a jego uśmiech wyraźnie się poszerzył. Och, mógłbym patrzeć na niego przez długie godziny. Dlaczego to on nie występował na scenie? Zdecydowanie miał odpowiednią aparycję.

– Tu się z tobą zgodzę. – Rozluźniłem się w końcu i poprawiłem nieco. Usiadłem z jedną nogą podwiniętą pod siebie, opierając się wygodniej o oparcie zdezelowanej drewnianej ławeczki i podwinąłem nieco rękawy bluzy, po czym utkwiłem wzrok w jego nagich rękach. Jak o tej porze roku można siedzieć w samej cienkiej koszulce? Nie dochodziło to do mnie. Owszem, ja sam podwijałem rękawy, ale to raczej z przyzwyczajenia niż z gorąca, a do tego to dalej była bluza. Aż miałem ochotę ją zdjąć i mu podać, żeby się trochę ogrzał.

– Zmarzniesz – powiedziałem w końcu starając się utrzymać neutralny ton i niemal nie przewróciłem oczami słysząc, jak bardzo mi to nie wyszło. Nie chciałem być nachalny, ale jeśli zmarznie i się rozchoruje to będzie musiał wziąć wolne, więc w moim interesie leżało, żeby pilnować jego zdrowia. Inaczej nie będę mógł na niego patrzeć ani nie będę miał szansy go poznać.

– Przywykłem. Nic mi nie będzie. – Na poparcie swojej tezy uśmiechnął się szerzej i wzruszył lekko ramionami. Nie pozostało mi nic innego, jak odpuścić temat, ku mojemu niezadowoleniu.

– Niech ci będzie, że ci wierzę. – Odwróciłem się nieco bardziej w jego stronę, tak, żeby móc go lepiej widzieć, po czym zmarszczyłem lekko nos. – Śmierdzisz fajkami.

– Wiem – zaśmiał się lekko. – Mój przyjaciel często mi to powtarza.

– Fuj – skomentowałem krótko.

– Jakieś wady muszę mieć. – Wzruszył ramionami, wyraźnie nic sobie z tego nie robiąc.

– Mówisz, że poza tym nie masz innych? – podchwyciłem od razu temat, przyglądając mu się z rosnącym zainteresowaniem i uniosłem jedną brew dla efektu.

– Coś pewnie by się znalazło – mruknął pod nosem, wyraźnie nie chcąc brnąć w ten temat, więc musiałem jakoś zwinnie wycofać się z tego kierunku.

– Ech, będę najwidoczniej musiał przekonać się sam – westchnąłem teatralnie.

– Dalej flirtujesz przez poranną kawę? – Przygryzł wargę i modliłem się, żeby nie został tak długo, ponieważ wyglądał zbyt kusząco. Co się ze mną dzieje? Od kiedy mam w sobie takie pokłady energii i chęci do flirtu? Chyba zadziałała taktyka mojego nowego przyjaciela, który wciąż próbował mnie zmusić do jakiejkolwiek randki.

– Taak – przeciągnąłem powoli i popatrzyłem się na niego przymrużywszy oczy. – To wszystko przez tę kawę.

– Czyli muszę częściej ci ją robić – powiedział, starając się utrzymać spojrzenie, choć widać było, że robi to z niewielkim trudem. Modliłem się w duchu, żebym go nie odstraszył tym wszystkim.

– W takim razie będę musiał w ramach zadośćuczynienia zabrać cię kiedyś na porządną kawę albo co wieczór przynosić ci tę lurę. – Posłałem mu półuśmieszek. Atmosfera powoli gęstniała, a ja zdawałem sobie sprawę, że nie mam już odwrotu, więc żeby jakoś to złagodzić, dorzuciłem ciszej. – Oczywiście nie zmuszam.

– Mówisz, że znasz dobrą kawiarnię? – rzucił niby od niechcenia, ale widać było, że nad czymś się usilnie zastanawia. Oby nie nad sposobem na spławienie mnie.

– Nie znam, ale znajdę. A jak nie znajdę to sam zrobię – odpowiedziałem luźno, żeby nie pogarszać sytuacji.

– Ho, ho. Ledwo się poznaliśmy, a ty już mnie zapraszasz do siebie? – Uśmiechnął się sugestywnie, a mi zdecydowanie podobał się jego tok myślenia, choć postanowiłem się z nim nieco podroczyć..

– Powiedziałem, że zrobię, a nie, że zapraszam. Równie dobrze mogę ją tu przynieść – wytknąłem mu, śmiejąc się przy okazji z jego szybko żednącej miny, po czym dodałem prędko. – Ale zaprosić też mogę, choć z góry ostrzegam, że istnieje duża szansa na to, że w połowie wprosi się Remik i będzie nawijał za czworo.

– Ten tancerz? – Skinąłem głową, nie chcąc się nad tym rozwodzić. – Jesteście naprawdę blisko.

– Nie mogę się zdecydować czy go nie znoszę czy uwielbiam – zaśmiałem się ostatecznie. – Od kiedy przeprowadziłem się do Warszawy jest swego rodzaju przyjacielem, w sumie jedynym, którego regularnie widzę, ale mieszka blisko i razem trenujemy, więc nie mam wyjścia.

– Dobrze kogoś takiego obok mieć. Ja właśnie kombinuję jak bezboleśnie wyprowadzić się od przyjaciela – przyznał się z małym uśmiechem błądzącym mu na ustach.

– Biedny przyjaciel. – Westchnąłem głośno, ale postanowiłem zmienić nieco temat. – Swoją drogą, wracasz już?

– Tak, do pracowni – zaśmiał się, a ja wytrzeszczyłem na niego oczy. – Przed trzecią dziś stąd nie wyjdę, o ile w ogóle. Zaczął się najbardziej pracowity okres. Zresztą zobaczysz, bo będę cię kilka razy potrzebował w pracowni, żeby dostosować do ciebie rekwizyty.

– To jest straszne – odpowiedziałem, nie mogąc się zdecydować, jakie odczucie właściwie wywołała we mnie ta wiadomość. – To znaczy, straszne jest to, ile czasu masz zamiar tu siedzieć. Do pracowni mogę z tobą chodzić. – Wyszczerzyłem się na koniec.

– Jak nie masz nic do roboty, to chodź teraz. Ja będę miał z głowy część prac, a ty będziesz miał potem więcej wolnego – zasugerował, a ja poczułem, że wygrałem los na loterii. Przecież nigdzie mi się nie spieszyło.

– W sumie czemu nie. Dzisiaj mam wolny wieczór, więc akurat. Zazwyczaj pracuję – dorzuciłem.

– Pracujesz? Masz na myśli poza teatrem? – zdziwił się i zmierzył mnie zaciekawionym spojrzeniem, ale wzruszyłem na to ramionami.

– Uhm. To czysty przypadek, że tu jestem. Uczę angielskiego w szkołach językowych. Jestem po filologii – odpowiedziałem, obserwując jak patrzy na mnie jakby zobaczył właśnie kosmitę. – No nie patrz tak, kiedyś ci opowiem o co chodzi, a teraz chodź do tej pracowni bo aż mi zimno jak na ciebie patrzę.

– Straszny z ciebie zmarźlak – zaśmiał się wstając i podążając za mną do środka.

– Możesz mnie ogrzać – wypaliłem, po czym miałem ochotę sam palnąć się w czoło.

– Z każdym tak flirtujesz? – zapytał. Zatrzymałem się na chwilę i przygryzając policzek, popatrzyłem na niego przez moment w ciszy.

– Rzecz w tym, że nie flirtuję. Znaczy, od liceum z nikim nie flirtowałem, nawet nie byłem pewny czy jeszcze wiem jak – przyznałem ciężko.

– Więc czemu ja? – naciskał, a ja robiłem się coraz bardziej skrępowany i coraz ciężej było mi to ograć.

– Bo dałeś mi kawę – zaśmiałem się licząc, że to wystarczy.

– O nie, nie odpuszczę ci tego pytania – dodał prędko, a ja o mało nie jęknąłem pod nosem.

– Ja sam nie wiem. Po prostu przystojny z ciebie facet i do tego mega sympatyczny, więc chyba chciałem spróbować swoich sił – odparłem cicho, mogąc tylko mieć nadzieję, że nie straciłem szansy na bliższe poznanie go.

– Dziękuję za komplement – mruknął, a po chwili wahania dodał. – Czyli mam rozumieć, że jestem w twoim typie?

– Bardzo – wyrwało mi się, ku mojemu przerażeniu.

– To dobrze, tylko… Powoli, okej? – powiedział, patrząc na mnie niemal błagalnie, a ja automatycznie pokiwałem głową.

– Powoli brzmi świetnie. – Wypuściłem głośno powietrze, uśmiechając się nieśmiało. – Chodź do tej pracowni zanim zrobię z siebie większego kretyna. Nie wiem, co dzisiaj we mnie wstąpiło.

– Czasem tak bywa. Spontaniczne decyzje czasem są dobre, wiesz?

Kilka następnych godzin miałem okazję spędzić w jego królestwie. Obserwowałem uważnie, jak pracował i jak w skupieniu brał się za kolejne rzeczy, nie przerywając przy tym rozmowy. Potrafił być zabawny i miał wiele ciekawych historii do opowiedzenia, choć w gruncie rzeczy rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nie dowiedziałem się za wiele na tematy, które naprawdę mnie interesowały, ale z minuty na minutę przekonywałem się, że jeszcze nie raz będziemy mieli ku temu okazję. Coś czuję, że nie jedną przerwę spędzę w tej pracowni, uciekając przed wścibskim spojrzeniem znajomych, a szczególnie jednego, upierdliwego okazu. Niemal jak na zawołanie, gdy musiałem się już żegnać i wychodziłem z teatru powoli kierując się na metro, żeby jakoś dojechać do domu, dostałem SMSa od Remigiusza z pytaniem o moją domniemaną randkę. Nie wiem, jak się dowiedział, ale ma skubany wtyki. Pieprzony Remik.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*