… co spodziewaliśmy się zastać.

Patrzałem na Michała przez dłuższy czas, jak chodzi w tę i we w tę po kuchni, z telefonem komórkowym kurczowo przyciśniętym do ucha. Odkąd odebrał telefon, nie mógł się uspokoić. Mówił przyciszonym głosem i wyraźnie pobladł.

Wodziłem za nim wzrokiem, patrząc, jak przemierza pomieszczenie, zmieniając tempo ze spokojnego na gwałtowne i odwrotnie. Nie potrafił się opanować. Obserwowałem go z salonu. Czekałem aż odłoży słuchawkę i przyjdzie powiedzieć, co się stało. On jednak, po zakończeniu rozmowy, pozostał w pomieszczeniu, w którym się znajdował. Podszedł do okna i oparł się o ścianę obok patrząc przed siebie zamglonymi oczami. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że momenty, w których rozmawiając wychodzi do drugiego pokoju, nie należą do najlepszych. Stojąc tam przez dłuższą chwilę, nawet się nie poruszył. Wstałem więc i podszedłem do niego, przytulając się. Dopiero po chwili zauważył moją obecność i przylgnął do mnie bez słowa.
– Tobiasz, ja po prostu nie wiem, jak ja mam się czuć… – powiedział cicho.
– O co chodzi? Co się stało? – odgarnąłem mu włosy z twarzy tak, by móc go dobrze widzieć.
– Nie wiem, powinienem być zły, smutny albo cokolwiek. Albo wręcz przeciwnie! Powinienem nie przejąć się tym kompletnie, ale mimo to mnie to dotknęło. Tylko ja wciąż nie wiem, jak ja mam się z tym wszystkim czuć. – mówił, pomijając moje pytania i błądził oczami po ścianach.
– Michaś, uspokój się. No, Michaś, proszę… – zacząłem mówić do niego spokojnie. To jednak nie podziałało, więc szybko zmieniłem ton na stanowczy. – Michał, do cholery, spójrz na mnie!
Spełnił moją prośbę. Przez chwilę patrzał się na mnie i na przemian otwierał, i zamykał usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł lub nie chciał tego z siebie wydobyć. W końcu westchnął i oparł głowę o moje ramię.
– Nie wiem, co mam teraz zrobić i jak się zachować. – wciąż mówił cicho, jednak tym razem bardziej przytomnie. – Moja matka zmarła.
Nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Nie byłem w stanie wykrzesać z siebie żadnego „przykro mi”. Oboje mieliśmy mieszane uczucia. W moich oczach ta kobieta narobiła tylko zamieszania i do samego końca nie chciała znać własnego dziecka i nie przeszło jej przez myśl, że On też może mieć jakieś zastrzeżenia do jej osoby, ba! Nawet własne uczucia! Co to, to nie! Nie odzywała się do niego nawet, jeżeli jej mąż czasem dzwonił. Jednak nie zmieniało to faktu, że dała Michałowi życie. Gdyby nie ona, nie byłoby też jego. Teraz, tu, w moich ramionach. Musiał mieć choć jedno miłe wspomnienie z dzieciństwa. Poza tym, nawet, jeżeli ich relacje układały się w ten sposób, to i tak pozostawał jej synem. Nie mogło go to nie ruszyć całkowicie.
– Nie wiem, co mam Ci powiedzieć, Michaś. – szepnąłem i pocałowałem go w czoło głaszcząc go delikatnie po włosach. Przytulił się mocniej i staliśmy tak chwilę, milcząc. W końcu mój partner wziął głęboki oddech i odsunął się trochę.
– Dzięki. – uśmiechnął się słabo. – Sam nie wiem, co tu można powiedzieć, więc się nie przejmuj. Wiem, że nie powinno mówić się źle o zmarłych, więc chyba lepiej po prostu nie mówić nic. Muszę tam pojechać, ojciec mnie o to prosił. Błagam, pojedź tam ze mną.
– Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. To i tak jest trudna chwila, więc chyba lepiej nie podnosić napięcia jeszcze bardziej. – zauważyłem przytomnie.
– Proszę Cię, sam nie dam rady znów tam wejść. Wciąż nie umiem przez to przebrnąć. Potrzebuję Cię tam. Cała rodzina zjedzie się dopiero pojutrze, a przynajmniej tak mówił ojciec, więc dziś możemy spokojnie być tam razem. Błagam Cię, zrób to dla mnie. Wiem, że proszę o wiele. – coś w jego oczach kazało mi ulec natychmiast. Gdy patrzał na mnie w ten sposób, nie umiałem mu odmówić.
– Dobrze, dobrze już. Pojadę z Tobą, nie panikuj. Jak coś, pamiętaj, że to nie moja wina. – uśmiechnąłem się do niego, próbując jakoś rozładować napięcie. Udało się.
– To chodź. Teraz albo nigdy. Jeżeli nie pojadę tam od razu to w ogóle się nie zdecyduję, a wiem, że muszę. – westchnął głośno.
– Okej. No to chodźmy. Bierz co trzeba i wychodzimy. – powiedziałem, zgarniając ze stołu portfel i telefon. – Czekam w samochodzie. – pocałowałem go i wyszedłem z kuchni. Przez chwilę jeszcze zbierał się w sobie i poszedł szukać swojego portfela oraz kluczy. Niecałe piętnaście minut później siedzieliśmy w samochodzie pod jego dawnym domem. Michał siedział spięty do granic możliwości i prawdopodobnie zbierał się psychicznie do tego, aby wysiąść z auta.
– Nie, jednak nie dam rady. Wracajmy do domu. – powiedział w końcu, nie patrząc ani na mnie, ani na swój rodzinny dom, który wyglądem i wielkością przypominał raczej willę.
– Nie, nie, nie, Michał. Tak to my się bawić nie będziemy. Wysiadaj. – postanowiłem doprowadzić do końca raz powzięty przez niego zamiar.
– Powiedziałem, że nie wysiądę. Jedź. – zaczynał coraz bardziej się denerwować. Byłem w stanie to zrozumieć, jednak miałem pewność, że gdybym teraz zrobił to, o co mnie prosił, to żałowałby tego do końca życia.
– Michał, ogarnij się. – powiedziałem twardo, mimo, że serce ściskało mi się na widok tego, w jakim jest teraz stanie.
– Nie mam zamiaru, jedź! – krzyknął. Chciałem od razu odpowiedzieć, ale wiedziałem, że gdy zacznę krzyczeć, to skończy się tylko na szarpaninie i niepotrzebnych słowach, których żadne z nas nie chciałoby usłyszeć. Opanowałem się więc i odpowiedziałem spokojnym, ale stanowczym głosem.
– Michał, ogarnij się i wysiadaj. Jeżeli teraz tego nie zrobisz, to później będziesz żałował do końca swoich zasranych dni, więc albo sam wysiądziesz, albo wywlekę twoją dupę z tego wozu na siłę, bez względu na to czy będziesz stawiał opór, czy nie. Zrozumiano? – popatrzał na mnie chwilę zdziwiony, ale w końcu otrzymałem odpowiedź.
– Tobiasz, ja nie mogę. Nie wejdę tam. To by było zbyt ciężkie w normalnych okolicznościach, a teraz? Ona nie żyje, a ja nawet nie wiem, co tak dokładnie o tym myślę i co czuję. Jak mam wejść do domu, gdzie spędziłem okres dojrzewania zastanawiając się nad tym, do jakiego stopnia można nienawidzić własnych rodziców? Nie będę umiał spojrzeć ojcu w oczy.
– Michał, wysiadaj. Wszystko będzie w porządku. Obiecuję. Jestem przy Tobie i nie odstąpię Cię nawet na krok. Możemy wyjść w każdej chwili, ale musisz spróbować. – mówiąc to, położyłem rękę na klamce i po chwili wahania wysiadłem, wziąłem kluczyki i stanąłem po stronie mojego partnera, otwierając mu drzwi i czekając aż wysiądzie. Jeszcze przez moment wahał się, ale w końcu podążył w ślad za mną. Zamknąłem samochód i pospiesznie schowałem kluczyki do kieszeni, po czym wziąłem go za rękę i pociągnąłem w stronę domu. Wyglądał tak, jakby szedł właśnie na własny pogrzeb. Był bledszy niż ściana i z każdym krokiem jego palce coraz mocniej zaciskały się na mojej dłoni. Po naciśnięciu dzwonka zdążyłem szepnąć jeszcze tylko „Spokojnie Michaś” nim otworzyły się drzwi.
– Wejdźcie. Widziałem was z okna. – powiedział na powitanie ojciec mojego partnera. Był równie blady jak jego syn. Na nim ta sytuacji odbijała się najbardziej. Był odpowiedzialny za przygotowanie wszystkiego oraz organizację całej uroczystości, z czym został zupełnie sam. Spędził większość życia z jedną kobietą, którą zapewne kochał i teraz sam musiał przetrwać jej odejście.
– Chodźcie do kuchni. Napijecie się czegoś? – rzucił w naszą stronę i skinął abyśmy poszli za nim. Najwyraźniej, ku naszej uldze, w ogóle nie przeszkadzała mu moja obecność. Gdy weszliśmy do pomieszczenia okazało się, że siedzi tam nieznana mi kobieta. Gdy tylko nas zobaczyła, odstawiła trzymaną w ręku szklankę i wstała, mrugając przez chwilę z niedowierzaniem.
– O mój Boże! Michał! To naprawdę Ty! Michałku, dziecko drogie, jak Ty wyrosłeś! No i zapuściłeś włosy. Pasuje Ci to, wyglądasz naprawdę dobrze. Przystojny z Ciebie chłopak. Pewnie masz powodzenie, co? – kobieta przytuliła mojego partnera i o mało się nie rozpłakała.
– Tak ciociu, to ja. – powiedział Michał zdławionym głosem. Kiedy jego ciotka przestała w końcu go ściskać odsunął się na krok i znów wziął mnie za rękę. – To jest Tobiasz. On… To znaczy my…
– Marta Zychowicz, miło mi. – kobieta wyciągnęła do mnie rękę, więc szybko zreflektowałem się i ująłem ją lekko, po czym cmoknąłem po staropolsku w mankiet. – Nie dość, że przystojny, to jeszcze dobrze wychowany. Rzadko się to ostatnio zdarza. Mam nadzieję, że masz oko na naszego Michasia. Może się czegoś od Ciebie nauczy. Było z niego takie kochane dziecko, tylko potem trochę się pogubił.
– Tobiasz Piórecki, miło mi. – przedstawiłem się prędko i przeszedłem do podjętego przez rozmówczynię tematu. – Michał nie jest złym człowiekiem. Umie dobrze się zachować i potrafi być czarujący. Jest kochający i troskliwy, i, mimo wszystko, wyrósł na wspaniałego mężczyznę. Może mi Pani wierzyć. – mówiąc to, wciąż gdzieś z tyłu mojej głowy przebrzmiewały słowa „Tobiasz, mam kogoś.” Jednak szybko starałem się je odgonić. Michał teraz potrzebował mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mnie oraz mojej stuprocentowej pewności, co do jego osoby.
– Dobrze to słyszeć. – kobieta uśmiechnęła się lekko. – Mów mi ciociu. Nie mam homofobicznych zapędów jak mój brat. Cieszę się, że Michaś znalazł sobie kogoś porządnego.
– To dobrze, dziękuję. – odwzajemniłem uśmiech.
– Siadajcie dzieci, nie będziemy przecież tak stali. – ciocia przejęła inicjatywę. – To co? Po szklaneczce whisky?
– Ja nie mogę! Prowadzę. – odpowiedziałem szybko i uśmiechnąłem się przepraszająco.
– A ja się chętnie napiję. – odpowiedział Michał i okrążając stół usiadł pod oknem. Podążyłem za nim i usiadłem zaraz obok. Spojrzał się na mnie i ścisnął mocno moją rękę. Nie potrafił się uspokoić.
– Zawsze tam siadałeś. – powiedział ojciec mojego partnera z nostalgią w głosie.
– Tak, pamiętam. – rzucił cicho Michał, ale wciąż nie spojrzał swojemu ojcu w oczy. – Trochę się tu pozmieniało.
– No tak, był remont kilka razy, ale stół zostawiliśmy ten sam. Nie miałem serca go wyrzucić. – w tym momencie przeszło mi przez myśl, że większym sentymentem darzyli stół niż własne dziecko, jednak szybko udowodniono mi, że się mylę. – Zawsze, gdy na niego patrzę, to przypominają się nasze dawne gwiazdki i wszelkie uroczystości. No i standardowo…
– Niedzielne śniadania rodzinne. – mój partner dokończył zdanie i w końcu odważył się spojrzeć ojcu w oczy. Uśmiechnęli się oboje mimo wyraźnie mokrych oczu. – Pamiętam to. Całkiem miła tradycja.
– Teraz tak mówisz. Wcześniej buntowałeś się, jak tylko się dało.
– Aj, bo młody byłem i głupi… – Michał odwrócił wzrok, wyraźnie zakłopotany.
– Oj, Marcin, nie magluj chłopaka tak. – tu do akcji wkroczyła ciotka Marta.
– Nie magluję. Rozmawiamy.
– No to już mamy jakiś postęp. – uśmiechnęła się kobieta i podała mojemu partnerowi szklankę z trunkiem, a mi z sokiem. Wziął łyka i odetchnął, na chwilę przymykając oczy.
– Jak sobie radzisz, tato? – widziałem, jak wiele kosztowało go zadanie tego jednego, prostego pytania. Spiął się i czekał na jakąkolwiek odpowiedź.
– Co ja mam Ci powiedzieć? Nie radzę sobie w ogóle. – odpowiedział zapytany opadając na krzesło – Nie wiem, jak mam przez to przebrnąć. Spędziłem z Twoją matką większość mojego życia i nagle jej nie ma i to z tak błahego powodu…
– Co się właściwie stało? – nam obojgu ścisnęło się w żołądku przy oczekiwaniu na odpowiedź.
– Zapalenie płuc. Zwykła choroba, którą teraz bez problemu można wyleczyć. Niestety zbagatelizowała to, a ja jej dobrze nie przypilnowałem. Jedno czy dwa wyjścia z koleżankami i dorobiła się powikłań po niedoleczonej chorobie. Gdy dotarliśmy do szpitala było już za późno. Próbowali jeszcze coś zrobić, ale… – tu ojciec Michała urwał i mimo usilnych prób nie udało mu się powstrzymać łez. Jego siostra podeszła do niego szybko i starała się go jakoś uspokoić.
– No, Marcin, weź się w garść. Musisz to jakoś przetrwać. – szeptała. W tym samym czasie mój partner spojrzał się na mnie wymownie. Niewiele brakowało, a sam byłby na miejscu swojego ojca przez moją własną głupotę. Mimo, że od tamtej pory minęły prawie dwa lata, mogłem wyraźnie powiedzieć, że wciąż gdzieś w nim to tkwiło.
– Wiem, ja to wszystko wiem… Tylko czemu, do cholery, to jest takie trudne?! Czemu nie mogę pozbyć się wyrzutów sumienia?
– Spokojnie, tato. – Michał powoli zaczynał czuć się swobodnie używając tego słowa. – Wiem, przez co teraz przechodzisz.
– Gówno wiesz… – odburknął jego rozmówca.
– Gdyby nie to, że niemal siłą zapakowałem go do łóżka i pilnowałem go non-stop, to prawdopodobnie dawno temu byłbym na Twoim miejscu. Szef wysłał Tobiasza do lekarza, bo mnie nie chciał słuchać. Diagnoza – ostre zapalenie płuc. Niewiele brakowało… – głos mu się załamał. Dopiero teraz naprawdę zauważyłem, jaki natłok emocji kryje się w jego głowie. Nic dziwnego, że gubił się w tym wszystkim i nie wiedział, co robić.
– To prawda, ale to już nie ważne. Nie musiałem nawet kłaść się do szpitala. To było dawno. Naprawdę dawno. Jestem zdrowy i nic się nie stało. Uspokój się, Michaś. To nie czas, by o tym myśleć. Jest dobrze. To było naprawdę bardzo dawno temu. – głaskałem go czule po dłoni. Mój partner spojrzał na mnie z wdzięcznością, natomiast jego rodzina przypatrywała się nam badawczo.
– Przepraszam. – rzuciłem szybko w ich stronę czując, że na moje policzki wypływa zażenowany rumieniec. – Nie powinniśmy…
– Nie, nie, nie. Jest w porządku. Dobrze jest widzieć, że nasz Michałek ma kogoś, kim się opiekuje i kto dla niego robi to samo. – powiedziała jego ciocia.
– To prawda. – dorzucił, ku naszemu zdumieniu, jego ojciec. – Być może i nie popieram związków męsko-męskich, ale teraz, kiedy odeszła Ola, chyba wreszcie zrozumiałem, że ważne jest tylko to, że masz kogoś kto Cię kocha i kogo kochasz równie mocno. Jeżeli jesteście szczęśliwi razem, to nie próbuję nawet oponować. Być może inni tego nie zrozumieją i wolałbym, żeby reszta rodziny nie wiedziała. Mimo to, jeżeli tylko będziecie tego chcieli… Moglibyśmy utrzymywać częstszy kontakt?
– Nie ma sprawy tato… – Michał uśmiechnął się do ojca. W końcu obaj odnaleźli się wzajemnie we własnej samotności. – Myślę, że zrobimy z Tobiaszem rundkę po domu. Zobaczę, co się pozmieniało, okej? Potem ustalimy wszystko. Może tak być?
– Okej. Twój pokój pozostał nietknięty, ale reszta trochę się zmieniła. Sam zobaczysz.
Michał wstał i pociągnął mnie za rękę, każąc iść za sobą. Chodząc po jego domu rodzinnym ze szklanką w jednej ręce i drugą zaciśniętą na jego dłoni, czułem się dziwnie. On tymczasem pokazywał mi niektóre zakątki, mówiąc o tym, co kiedyś tam stało i rozprawiając o kolorach ścian, jakie kiedyś były w tym czy tamtym miejscu. Po chwili stanęliśmy przed jednymi drzwiami. Wziął głęboki wdech, nacisnął na klamkę i wszedł do środka, a ja podążyłem tuż za nim. Pokój urządzony był na czarno-biało-czerwono. Poza tym, stała tam gitara i klawisze, a ściany pokryte były tekstami piosenek i plakatami. Pod ścianą, po lewej stronie, stało ogromne łóżko przykryte czerwoną narzutą. W takich warunkach wychowywał się i dorastał mój chłopak. Miał dla siebie duży, przestronny pokój i wszystko, czego mógł tylko zapragnąć, a mimo to zaprowadziło go to na skraj rozpaczy i moralnego zeszmacenia.
– Grasz? – wskazałem na instrumenty.
– Grywałem. – rzucił niechętnie, rozsiadając się na łóżku. – Nie stój tak w tych drzwiach tylko chodź i usiądź albo coś.
– Mhm… – mruknąłem, ale posłusznie usiadłem obok niego. – Zagraj mi coś.
Popatrzał się na mnie dziwnie przez chwilę, ale bez słowa zszedł z łóżka i podszedł do klawiszy. Usiadł na stołku przed klawiaturą, przymknął na chwilę oczy i zaczął grać jakąś dziwnie znajomą melodię, której mimo to nie mogłem sobie dobrze przypomnieć. Muszę przyznać, że nie znałem go z tej strony. Nigdy nie wyobrażałem sobie Michała z jakimkolwiek instrumentem.
– Wyszedłem z wprawy, ledwo co pamiętam. To jeden z moich ulubionych utworów, więc coś – niecoś jeszcze mi się po głowie pałęta, ale niewiele. – zaczął się tłumaczyć zażenowany.
– Wiesz… Mógłbym się przyzwyczaić do tego, że grałbyś mi wieczorami na pianinie albo gitarze. – rzuciłem niby od niechcenia, chcąc zobaczyć jego reakcję.
– Zobaczymy. Może się na to skuszę. To jest jedyne, co jej zawdzięczam. Zmusiła mnie do tego, żebym nauczył się grać na fortepianie, gitarze i skrzypcach. Za dzieciaka latałem po lekcjach muzyki w tę i we w tę. Na skrzypcach już bym pewnie nie zagrał, ale może chociaż pianinko i gitarę sobie odświeżę.
– Jednak masz jakieś pozytywne wspomnienia związane ze swoją matką. – powiedziałem cicho.
– Nah… – wykrzywił się. – Nie bardzo. Prędzej z ojcem. Matka nigdy nie mogła mnie znieść. Nie zapisywała mnie na zajęcia, żebym się rozwijał i kształcił, tylko po to, by mieć mnie z głowy i nie widywać tyle w domu. Skutecznie zadbała o to, żebym nie miał czasu na zabawę i pałętanie się po domu, szczególnie z jakimiś obcymi bachorami.
– Nie przesadzasz?
– Nie. Nigdy nie bardzo lubiła dzieci, a własnego syna szczególnie. Nigdy nie zjawiła się na żadnym recitalu. Kiedyś powiedziała mi, że nie jestem jej synem, ale nie miałem odwagi zapytać ojca, o co z tym chodzi. Nawet, gdy byłem mały, starała się trzymać mnie na dystans. To ojciec jakoś spajał to w całość. Były dobre chwile, ale z czasem skończyło się to tak, że przestali zwracać na mnie uwagę oboje i ich miejsce zastąpiły pieniądze. Wiesz, że przed ucieczką przeszukałem cały dom w poszukiwaniu papierów adopcyjnych? Tak na wszelki wypadek. Chciałem mieć dla nich jakąś wymówkę.
– I co? Znalazłeś?
– Niestety. Nic nie znalazłem. Szkoda. Wtedy miałbym dla nich usprawiedliwienie. – uśmiechnął się do własnych myśli. – Tobiasz, dziękuję, że tu jesteś i że zmusiłeś mnie, żebym tu wszedł. Nigdy nie przypuszczałem, że będę się czuł w tym domu tak swobodnie. Szczególnie będąc tu z kimś.
– Nie masz za co dziękować. Jestem tu dla Ciebie. Obiecywałem Ci przecież, że będzie w porządku. A teraz chodź tu, nie siedź tam cały czas, chyba, że zamierzasz coś grać. – powiedziałem spokojnie, po czym dorzuciłem. – Wygodne masz to łóżko.
Michał znalazł się przy mnie niemal od razu. Usiadł koło mnie i położył mi głowę na ramieniu. Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę. Czasem dobrze było tak po prostu posiedzieć z nim chwilkę i pomilczeć, uspokoić się, odetchnąć…
– Tobiasz… – zaczął coś mówić, jednak rozmyślił się.
– No? – mruknąłem cicho.
– Nie, dobra. Nie zaśnij mi tu.
– Nie wierzę, że tylko to chciałeś powiedzieć. Mów i mnie nie wkurzaj.
– Nic… Po prostu Cię kocham. – mówił prawie szeptem.
– Wiem. Ja Ciebie też. Słucham dalej.
– Wiesz… Nigdy nie spodziewałem, że to wszystko zaprowadzi mnie do takiego punktu.
– Jakiego znowu punktu?
– Kiedy opuszczałem ten pokój po raz ostatni, nie miałem bladego pojęcia, co się ze mną stanie. Nie obchodziło mnie to. Po prostu liczyłem na to, że kiedyś faktycznie znajdzie mnie ktoś w rowie i będzie po krzyku, bo i tak nikt się nie przejmie. Potem pojawiłeś się Ty, z miłością, która wydawała mi się głupia. Nie wiem, jak, ale przebiłeś się przez to, co budowałem latami i pomogłeś mi to wszystko ogarnąć na nowo. Mimo to, zostawiłem Cię i spieprzyłem Ci życie, a Ty po tym wszystkim wciąż tu jesteś i gdyby nie Ty… Nie byłoby mnie ani tutaj, ani być może w ogóle. Wychodząc stąd, nigdy nie spodziewałem się, że spotkam wspaniałego człowieka, który pozwoli mi żyć tak, jakbym tego chciał.
– Tak, wiem. Jestem chodzącym cudem. Nie ma za co. – uśmiechnąłem się ironicznie.
– Ja nie żartuje. To życie ma sens dopiero, kiedy jesteś obok. Tylko zbyt wiele poświęciłem, żeby się o tym przekonać.
– Wiem, że nie żartujesz. Zamknij się już, bo mi głupio. Nie wracajmy do tego Twojego skoku w bok i mojej wycieczki, okej? Kto wie, gdyby nie Ty, to może sam bym poleciał na Tomka.
– Osz, Ty… Mendo wredna! – ścisnął mnie pod bokiem.
– Od razu „mendo”, patafian zasrany. – odwzajemniłem uścisk. Przez chwilę szarpaliśmy się jak małe dzieci, przewalając się po łóżku. W końcu Michał wylądował prosto na mnie. Uśmiechnął się i nachylił się nade mną, całując mnie delikatnie.
– Dziękuję. – szepnął mi do ucha, po czym zaczął się podnosić. – A teraz wstawaj, czas w końcu zmierzyć się z tym wszystkim.
– No i takiego Ciebie kocham. – uśmiechnąłem się pod nosem i pokręciłem z rozbawieniem głową.
Siedzieliśmy w salonie, gdzie Michał omawiał z ojcem szczegóły pogrzebu, stypy i wszystkiego, co ma nastąpić niedługo po tym. Mnie natomiast maglowała ciotka Marta, wypytując o wszystkie mniej lub bardziej pikantne szczegóły z naszego dotychczasowego życia.
– Ja wiem, kim był Michał i co robił. – westchnęła w końcu. – Chyba tylko mi Marcin odważył się zwierzyć. Jakim cudem aż tak go zmieniłeś?
– Oboje zmieniliśmy się wzajemnie. To wszystko, to nie moja zasługa. On sam jest cudem. – uśmiechnąłem się obserwując mojego partnera.

– Mylisz się. Nie mówię, że nie jest cudowny, bo jako mojego chrześniaka będę go chwalić i rozpieszczać mimo wszystko, ale to, że tu wrócił i był w stanie rozmawiać z ojcem tak, jak to robi… Sam by nigdy tego nie zrobił. Jest dobrym chłopakiem, ale psychicznie jest słaby. Zawsze był.
– Mężczyzną. – poprawiłem ją nieznacznie.
– Czepiasz się szczegółów. Dla mnie zawsze będzie małym chłopcem. Czekałam na jego powrót. Wiele dla niego zrobiłeś.
– On dla mnie też. Proszę mi wierzyć. Michaś jest cudowny. To prawda, psychicznie trzeba od czasu do czasu pomóc mu się ogarnąć, ale kocham go i zrobiłbym dla niego wszystko. Poza tym jest zimnym dupkiem, który nie przywykł do okazywania czułości, nad czym powoli pracujemy. Jednak, kiedy chce, potrafi być kochany i uroczy. Nie żyje się z nim łatwo, ale ważne, że jest.
– Nawet nie wiesz, jak wielkie szczęście miał, trafiając na Ciebie. Nikt inny nie potraktowałby w ten sposób człowieka, którym kiedyś był. Dałeś mu wszystko, co ma. To, kim teraz jest, zawdzięcza Tobie i mam nadzieję, że zdaje sobie z tego sprawę.
– Niech pani… ciocia, nie przesadza. To wszystko zawdzięcza sobie. Ja po prostu byłem obok. – odwróciłem wzrok, zawstydzony.
– Jesteś stanowczo zbyt skromny. Michaś nigdy nie miałby tyle siły, co teraz i nie byłby tak opanowany, gdyby nie Ty. Właśnie to, że byłeś obok, dla niego jest niewyobrażalnym darem. Dałeś mu coś, czego nikt wcześniej nie potrafił. Spokój, zaufanie, miłość i po prostu swoją obecność. Czas i zainteresowanie, ale nie powierzchowne, odnoszące się tylko do jego seksualności. To jest coś pięknego. Dzięki Tobie jest silny.
– To nie jest siła. To tylko gra. Faktycznie jest opanowany i to mu się chwali, że w końcu się tego trochę nauczył, natomiast mogę powiedzieć dokładnie, co przemilczał, czego boi się powiedzieć i co chciałby zrobić. Przez ostatnich kilka lat trochę się o nim nauczyłem. On teraz naprawdę jest przerażony i prawdopodobnie da upust temu dopiero, kiedy wrócimy do domu. To jest dla niego ciężki moment. Ma kompletny mętlik w głowie.
– Jesteś w stanie to powiedzieć tylko po tym, jak na niego patrzysz? – zdziwiła się moja rozmówczyni.
– Tak. To po nim bardzo widać. Po sposobie, w jaki mówi, po tym jak dobiera słowa i jak gestykuluje. Najwięcej jednak, zdradzają jego oczy. Czy tego chce, czy nie, w nich można zobaczyć wszystko.
– Ja nie widzę nic.
– Bo nie przebywała ciocia z nim ostatnio. Tego można się nauczyć będąc z nim. – w tej chwili pochwyciłem jego spojrzenie. Uśmiechnęliśmy się do siebie przelotnie. Definitywnie był zmęczony.
– To jest całkiem możliwe, ale tak czy owak to też jest sztuka. Nie przed każdym otworzy się na tyle, żeby ktoś mógł nauczyć się o nim tak wiele.
– Michał jest trochę inny niż wydaje się być… – mówiąc to miałem w pamięci nasze ostatnie rozstanie, ale także momenty, w których wydawał się kruchy i słaby, jak i te, kiedy był niesamowicie zatwardziałym dupkiem. Jego osobowość to niespójna, wybuchowa mieszanka sprzecznych cech. Jest jedną wielką chodzącą dysharmonią i wciąż ciężko mi się wyzbyć części wątpliwości.
– Co masz na myśli? – zaciekawiła się ciotka Marta.
– Sama ciocia zobaczy… Z czasem, pogląd na niego może się nieco zmienić. – nie mogłem powiedzieć jej wprost, że czasem boję się, że on jednak ode mnie odejdzie. Nie w takiej chwili.
– No niech Ci będzie. Oho, chyba skończyli. – faktycznie obaj, Michał wraz z ojcem, zbliżali się do nas.
– I jak, wszystko ustalone? – spojrzałem na mojego partnera. Skinął głową i położył mi rękę na ramieniu. Ścisnąłem ją lekko. Miał ciepłe, spocone dłonie i było czuć, że wciąż nieco mu się trzęsły. – No, to powiesz mi wszystko w domu. Wracamy?
– Tak, tak. Wracajmy. – Michał mówił bardzo cicho. Był na granicy swojej wytrzymałości.
– Jak to, chłopcy, nie zostaniecie do jutra? Albo chociaż na obiedzie? – zaoponowała jedyna kobieta w tym towarzystwie.
– Nie, nie dzisiaj. – odpowiedział niemal natychmiast jej bratanek. – Mamy w domu obiad, więc szkoda, żeby się zmarnowało. Innym razem.
– No dobrze. Nie będę namawiać. – odpowiedziała zawiedziona, po czym zostaliśmy odprowadzeni do drzwi. – To trzymajcie się. Do zobaczenia niedługo.
– Pa ciociu. Dobrze było Cię zobaczyć.
– Miło było poznać.
Każdy z nas otrzymał po uścisku, po czym wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do domu. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi Michał oparł się o mnie i ścisnął mnie mocno. Przytuliłem go i zacząłem gładzić po plecach. Długo staliśmy tak bez słowa. Byliśmy sami, więc mógł pozwolić sobie na chwilę słabości. Po jakimś czasie czułem tylko jak trzęsą mu się ramiona, a moja koszulka robi się wilgotna. Pierwszy raz widziałem go tak naprawdę otwarcie płaczącego. Trochę zajęło mu dojście do siebie na tyle, by móc się odsunąć i spojrzeć mi w twarz. Miał nieco spuchnięte oczy i był czerwony. Nie widziałem go jeszcze takiego. Pogłaskałem go delikatnie po policzku, pocałowałem w czoło i uśmiechnąłem się.
– Już lepiej? – szepnąłem. Miałem wrażenie, że każdy głośniejszy dźwięk naruszy jakąś niewidzialną granicę, której nie powinienem teraz przekraczać.
– Tak, dziękuję. – odpowiedział, również szeptem. Był widocznie zażenowany sytuacją, w jakiej się znalazł. – To ja… – chrząknął, po czym zaczął mówić głośniej. – Pójdę do łazienki i podgrzać ten obiad.
– Idź do tej łazienki, ja się zajmę obiadem. – minęła właśnie nasza chwila. Czas było wrócić do prozaicznego napełnienia naszych przeraźliwie pustych żołądków, które zaczynały coraz głośniej dopominać się o swoje.


Skoro zyskałam stałych Czytelników, to w tym miejscu bym chciała im bardzo podziękować. Ostatnio, mówiąc szczerze, ledwo żyję, ale za każdym razem, jak widzę, że ktoś to przeczytał i skomentował, to uśmiecham się, jak głupia. You made my day, guys. ( ;

Podziel się dobrem