… tylko nie bardzo wiemy jak.

Ze szpitala wróciłem jednak dopiero po paru dniach, ponieważ miałem kilka problemów z nagłym bólem głowy. Na ostateczną diagnozę pozostało mi poczekać jeszcze kilka kolejnych. Przez cały ten czas, który spędziłem w nieprzyjemnej zimnej sali, czekałem niecierpliwie na moment, w którym będę mógł zalec we własnym wygodnym łóżku, nie przejmując się niczym.


– Boże, Michał, jaki tu jest syf! – zauważyłem, od progu rozglądając się w około.
– Nie marudź, tylko idź się kładź, masz się póki co oszczędzać. – machnął ręką lekceważąco.
– Oszczędzać się, to nie znaczy wrosnąć w kanapę. Ktoś przecież musi tu posprzątać, syfiarzu jeden. – przewróciłem oczami i byłem gotowy zabrać się do pracy.
– Daj spokój, potem się tym zajmę. Idź się kładź, chociaż na kanapę. I ani mi się waż tknąć czegokolwiek poza pilotem. – powiedział i pocałował mnie krótko, po czym, grożąc palcem, wygonił do salonu. Dobrze było być w domu.
Usiadłem przed telewizorem i włączyłem jakiś serial, nie przywiązując do niego zbyt dużej uwagi. Rozejrzałem się po pokoju. Mieszkałem w tym domu od ładnych paru lat i byłem do niego tak przyzwyczajony, że nie zauważałem drobnych niedociągnięć w jego wyglądzie. Kanapa pamiętała jeszcze czasy, gdy mieszkałem tutaj z babcią. Panele na podłodze były w niektórych miejscach wyraźnie powycierane, a gdzie nie gdzie, rozchodziły się nieznacznie. Ściany miały już lekko poszarzały odcień i zdecydowanie wymagały odświeżenia. Firanki i zasłony prawdopodobnie były tutaj jeszcze za życia moich rodziców, tak samo, jak dywan i część mebli. Patrząc teraz na to wszystko świeżym okiem, stwierdziłem, że przydałby się mały remont.
– Michał! – krzyknąłem.
– Tak? – odkrzyknął szybko.
– Zróbmy remont! – chwilę po tym, mój partner stanął w drzwiach i spojrzał się na mnie dziwnie.
– Co? – zapytał ściągając brwi.
– No, zróbmy remont. Zobacz, jak to wygląda. Od kiedy się tu wprowadziłem, nie robiłem nic z wyglądem tego domu. Wypadałoby tu trochę odświeżyć. – zacząłem się coraz bardziej nakręcać na ten pomysł.
– Teraz Ci się na takie rzeczy zebrało? Nie sądzisz, że dobrze byłoby teraz trochę poczekać? – zapytał z lekkim wyrzutem w głosie i pokręcił zrezygnowany głową.
– No ja nie mówię, że teraz, zaraz, już, ale wypadałoby. Zobacz, jak to miejsce wygląda. Oli mąż jest projektantem. Myślę, że moglibyśmy się dopytać, ile wziąłby za projekt. – drążyłem temat.
– Nie potrafisz usiedzieć spokojnie. Mówiłem, że jak za dużo myślisz, to robisz się marudnym dupkiem. Póki co powinniśmy sobie odpuścić wszelkie takie akcje. Miałeś się oszczędzać. – wypomniał mi, po raz nie wiem który w ciągu ostatnich dni, słowa lekarza.
– Przecież nie mówię, że będę tego robił sam. Poproszę ich o projekt i zatrudnimy firmę, która to zrobi… – spojrzałem na niego z nadzieją.
– Nie o to chodzi. Póki co powinieneś unikać stresu. Przez tyle lat było okej, to i z rok jeszcze wytrzyma. – odpowiedział stanowczo.
– Oj Michał, czemu jesteś taki anty? – jęknąłem.
– Bo się o Ciebie, idioto, martwię. Zapomnij o tym na razie i oglądaj, co tam sobie oglądasz, a ja idę sprzątać dalej. Potem skoczę do sklepu, a obiad zrobię jak wrócę. W międzyczasie wygrzeb sobie coś z lodówki. – wyliczył szybko i wyraźnie chciał się zmyć.
– Czuję się jakbym był tu gościem. – uśmiechnąłem się kąśliwie.
– Nie zaczynaj, nie mam zamiaru się teraz z Tobą użerać. Zamknij się i odpoczywaj, a przede wszystkim, to mi nie przeszkadzaj. – machnął ręką i wyszedł ostatecznie z pokoju.
Michał zrobił się strasznie drażliwy. Łatwo było go ostatnimi czasy zirytować, ale po tym, co się stało, nasiliło się to jeszcze bardziej. Kiedy przypomniałem sobie jego pierwsze dni w tym domu, zebrało mi się na spazmatyczny atak śmiechu. Musiałem wyglądać jak obłąkany, śmiejąc się, Bóg wie, z czego, do rozpuku, podczas, gdy na ekranie nie leciało nic aż tak zabawnego. Obaj od tamtego czasu przebyliśmy długą drogę. Przechodząc obok salonu , mój partner popatrzał na mnie i zapytał czy wszystko w porządku. Nie będąc w stanie nic odpowiedzieć pokręciłem, tylko głową, na co on popukał się palcem w czoło i powiedział krótkie „lecz się idioto”, co przyprawiło mnie o nowy atak śmiechu. Komizm sytuacji, w której się znaleźliśmy był wręcz oczywisty. Niestety, tylko dla mnie. Chciałem, by kochał się ze mną tak dziko jak kiedyś i by potrafił znów wgnieść mnie w podłogę swoim sarkazmem. By tak jak kiedyś, przyszedł, wziął, co chciał i uśmiechnął się z satysfakcją. Nie miałem zamiaru czekać w nieskończoność, aż wszystko wróci do takiego stanu. Prawdopodobnie nie doczekałbym się tego nigdy. Gdy tylko opanowałem napad śmiechu, poszedłem do kuchni, gdzie aktualnie znajdował się mój partner. Podszedłem do niego i przytuliłem się od tyłu, szepcząc do ucha:
– Chcę seksu, teraz. – on jednak się odsunął i strzepnął moje ręce z siebie.
– Jesteś niepoważny. Wracaj na kanapę. – sapnął niezadowolony.
– Owszem, jestem, ale nigdzie nie wracam. – uśmiechnąłem się łobuzersko znów się przybliżając, co go wyraźnie rozzłościło. Ponownie musiałem zdusić w sobie atak śmiechu, ponieważ już raz byliśmy w podobnej sytuacji, jednak teraz role się odwróciły.
– Tobiasz, Ty… – chciał coś powiedzieć, jednak zdążyłem skutecznie zamknąć mu usta. Wciąż próbował się oswobodzić, mimo, że skończyło się to fiaskiem. Gdy skończyłem go całować i tak powiedział stanowczo.
– Nie. Nie ma mowy.
– Ty mówisz nie, ale Twoje ciało odpowiada zupełnie inaczej. – zamruczałem cicho, powoli przeciągając ręką po jego udzie ku górze.
– Nie możesz. – wyraźnie tracił na uporze, chociaż wciąż powtarzał swoje.
– Tchórz. – szepnąłem mu do ucha. Znałem go aż za dobrze. Koło tego nie mógł przejść obojętnie. Tak, jak przewidywałem, zaczął mnie całować.
– Okej, ale będziemy ostrożni. – powiedział cicho i uśmiechnął się ciepło, patrząc mi w oczy.
– Seks jest albo ostrożny albo dobry. – skwitowałem i obróciwszy się na pięcie, poszedłem jak gdyby nigdy nic do sypialni, zostawiając go na środku pomieszczenia. Nie musiałem długo czekać na reakcję. Wpadł zaraz za mną do pokoju jak burza.
– Co Ty sobie wyobrażasz?! – krzyknął rozjuszony.
– Ja? Nic. Kompletnie nic, kochanie. – rzuciłem tylko z udawanym zdziwieniem, siadając na łóżku.
– Ja Cię kiedyś zabiję. – warknął. Był naprawdę zły.
– Wiem. Proszę, do dzieła. – powiedziałem ze stoickim spokojem, rozkładając ramiona, co jeszcze bardziej go rozjuszyło. Gdy do mnie podszedł, położyłem mu rękę na policzku i zacząłem go całować, z każdą chwilą będąc coraz bardziej natarczywym. Spojrzał mi w oczy i aż przeszedł mnie dreszcz od tego spojrzenia. Michał wiedział już, że przegrał tę potyczkę, więc, chcąc się jakoś uratować, przejął inicjatywę. Znów czułem jego ciepłe, delikatne ręce, intensywne ruchy i ciepło jego ciała tuż przy moim. Znów, chociaż przez chwilę, było tak, jak dawniej. Brakowało mi tego ognia namiętności, który gdzieś po drodze musieliśmy ostatnio przeoczyć. Chwilę po skończonym stosunku leżeliśmy jeszcze przytuleni i uśmiechnięci.
– Tęskniłem za tym. – powiedziałem, pijany własnym szczęściem.
– Ja też. – przyznał mój partner, zjeżdżając ręką wzdłuż moich pleców i zatrzymując ją ostatecznie na moim biodrze.
– Bez tego, to już nie to samo, nie? Pamiętasz, jak było kiedyś? – wyszczerzyłem się, podnosząc na niego wzrok.
– Mówisz o naszych nieszczęsnych początkach? – zaśmiał się Michał, a ja pokiwałem głową. O matko, jak ja uwielbiam ten jego śmiech.
– Tak, o tym dokładnie mówię. A pamiętasz Twoją pierwszą wprowadzkę? – drążyłem dalej.
– O matko, nie przypominaj mi o tym, błagam. – śmiał się coraz bardziej, ale po chwili obrócił głowę w moją stronę i cmoknął mnie w ramię. – Kto by pomyślał, że to takie uzależniające.
– Co?
– To wszystko. Związki, Ty, stałe lokum… W życiu bym nie przypuszczał, że skończę inaczej, jak w rowie. – powiedział lekko.
– Kiedy pierwszy raz powiedziałeś, że zostajesz to myślałem, że to głupi żart. Pomyślałem, że całość nie zajmie nam więcej niż tydzień, ale Ty wciąż tu jesteś… – odwzajemniłem pocałunek, po czym, raz za razem, posuwałem się w dół po klatce piersiowej mojego partnera.
– Tobiasz… Wystarczy… – próbował oponować, po chwili jednak tylko jęknął i przymrużywszy oczy, patrzał na mnie przez chwilę głaszcząc mnie po głowie. Zajęło nam to jakiś czas.
– Chyba musimy robić to częściej, co Michaś? – spojrzałem na partnera, opierając podbródek na jego torsie.
– Kochanie, co tylko zechcesz. – zaśmiał się krótko i zmierzwił mi włosy. Leżeliśmy tak jeszcze jakiś czas, upajając się sobą nawzajem, po czym on westchnął. – Dobra, czas wstawać. Muszę dokończyć sprzątanie, iść do sklepu, zrobić obiad…
– Mogę zająć się chociaż obiadem. Na pewno nie zmęczy mnie to bardziej, niż seks. – zasugerowałem.
– Najpierw i tak muszę zrobić jakieś zakupy. Przez ostatnich kilka dni nie bardzo byłem w stanie myśleć o takich rzeczach. – spojrzał się na mnie przepraszająco.
– Już ja sobie wyobrażam, co Ty jadłeś przez ten czas… – przymrużyłem oczy i spojrzałem na niego z dezaprobatą.
– Jadłem, jak chciałem i nie Twój interes. – zbył mnie lekko. – Zabieraj swoje dupsko z łóżka, bo czas nam leci. Albo wiesz co? Nie, Ty możesz jeszcze trochę się pobyczyć.
– Dziękuję za pozwolenie. – rzuciłem kąśliwie.
– Spieprzaj. Okej, zrobimy tak. Najpierw skoczę do sklepu, potem posprzątam. Jakieś szczególnie życzenia? – uśmiechnął się rozbrajająco, powoli i z wyraźną niechęcią wstając z łóżka.
– Wszystko, co nie kojarzy się ze szpitalnym żarciem. – odpowiedziałem natychmiast.
– Myślę, że uda mi się coś wykombinować. – rzucił z przekąsem, pocałował mnie krótko i zaczął się ubierać. Ani się obejrzałem, a już go nie było. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc ostatecznie postanowiłem zdrzemnąć się chwilę. Jednak ta chwilka przeciągnęła się na tyle, że gdy się obudziłem była prawie siedemnasta. Przeciągnąłem się mocno i wstałem rozglądając się w około za moimi rzeczami. Ubrawszy jakieś spodnie, zszedłem na dół, nie dbając nawet o koszulkę. W salonie zastałem mojego partnera wraz ze wszystkimi znajomymi, którzy byli na grillu.
– Tobiasz! – krzyknęła Ania na mój widok i podbiegła rzucając mi się na szyję. – Słyszeliśmy, że dziś wychodzisz, więc postanowiliśmy sprawdzić, jak się czujesz. Tak dobrze widzieć Cię na nogach.
– Was też dobrze widzieć. – odwzajemniłem uścisk. – Wszystko jest w porządku. Jakby ten tam panikował, to go nie słuchajcie, bo pieprzy głupoty. Może jednak powinienem bardziej się ubrać?
– Daj spokój, sami swoi. Masz prawo się trochę pobyczyć we własnym domu. – szybko powiedziała Ola.
– Ja pieprzę głupoty? Żebym Ciebie zaraz nie pieprznął. – wpadł jej w słowo Michał z przekąsem. – Chodź i siadaj. Przyniosę Ci coś do jedzenia.
Było mi nieco głupio, kiedy wszyscy patrzeli, jak jem, jednak zapewnili mnie, że Michaś nakarmił ich już do syta. Na około mnie siedziało grono ludzi, z którymi rozmawiając, oboje czuliśmy się dobrze i mogliśmy śmiać się, wygłupiać, a nawet przytulać i całować bez obaw. Dziwne, ale przyjemne uczucie. Mieć grono znajomych, którzy nie tylko Cię w pełni akceptują, ale też się o Ciebie martwią.
– Kiedy wyniki? – odważył się w końcu zapytać Kuba. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu.
– Za kilka dni. Prawdopodobnie w czwartek. Z tymi wynikami później do lekarza i wtedy zobaczymy. Nie mniej jednak, czuję się dobrze, więc nie ma powodów do paniki. Jeszcze kwiatów nie musicie zamawiać. – rzuciłem lekko i uśmiechnąłem się do nich.
– Tobiasz, to nie są żarty. – Ola spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Wiem. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Po prostu nie chcę, by wszyscy teraz zamartwiali się moim zdrowiem. Naprawdę jest duża szansa, że to nie było nic groźnego. Uśmiechnij się Olka i nie truj. Tak będzie łatwiej. – puściłem do niej oczko.
– Nie truję, ja tylko… – kobieta zmieszała się i zaczęła nieporadnie się tłumaczyć.
– Kochanie, przestań. – zareagował szybko jej mąż.
– Rafał, żadne przestań. Czy to źle, że się zwyczajnie, po ludzku, martwię? – odparowała natychmiast poirytowana.
– Mówię mu to samo. – wtrącił Michał, niby mimochodem, co mnie ukuło.
– Hej! Mógłbyś…? – spojrzałem wymownie na mojego partnera.
– Nie będę stał po Twojej stronie, gdy się mylisz. – powiedział twardo.
– Michał! – podniosłem głos, bo zaczynał mnie znów irytować.
– Nie oburzaj się. Wiesz, że i tak będę się martwił. – starał się wzbudzić we mnie poczucie winy spojrzeniem.
– Myślałem, że mamy to już za sobą? – sapnąłem.
– Tobiasz, czy Ty siebie w ogóle słyszysz? Źle Ci z tym, że do jasnej cholery, nie chcę żebyś umierał? – po tych słowach Michał wstał z zamiarem wyjścia.
– Chłopaki, nie kłóćcie się. – zażądała kategorycznie Kasia. – Michał siadaj, a Ty byś mógł w końcu się ogarnąć.
Mój partner usiadł naprzeciwko mnie i wlepił we mnie nienawistne spojrzenie.
– Każdy kiedyś umrze. – powiedziałem spokojnie, utrzymując wzrok.
– Tego już za wiele. – Michał wyszedł z pokoju, ja natomiast dostałem w łeb od Tomka.
– Co się z Tobą dzieje? – zapytał rozdrażniony.
– Myślisz, że łatwo mi z tym, że faktycznie mogę umrzeć? Szybciej niż wszyscy, szybciej niż on? – odpowiedziałem od razu, patrząc się na niego poważnie.
– Więc może okażesz trochę współczucia? Wszyscy się martwimy, a co dopiero on. – wytknął mi, wskazując jednocześnie ruchem głowy w kierunku, gdzie zniknął mój partner.
– Wiem. Ja to wszystko wiem. Tylko muszę go jakoś przygotować na to, że to faktycznie może się stać. Sam nie jestem gotowy, ale on musi być. – powiedziałem już spokojniej.
– Nie tak drastycznie. Może nie wygląda, ale on też jest człowiekiem. – Tomek rzucił z ironią i uniósł sugestywnie brwi.
– Nie musisz mi tego tłumaczyć. Pójdę z nim pogadać. Zaraz tu wrócimy. – westchnąłem, wyszedłem z pokoju i rozejrzałem się za moim partnerem. Siedział w kuchni przy stole z papierosem w ręku. Usiadłem naprzeciwko niego i zacząłem bacznie mu się przyglądać. Był wyraźnie roztrzęsiony.
– Przepraszam. Jesteś zły? – zacząłem delikatnie i próbowałem dotknąć jego ręki, ale ją cofnął.
– Nie, Tobiasz, nie jestem. Jestem cholernie przerażony. Do kurwy nędzy, Ty możesz umrzeć, a do mnie zaczyna to dochodzić. Do tego wszystkiego zdajesz się nic sobie z tego nie robić. Jak możesz? – powiedział z wyrzutem, nawet na mnie nie patrząc. Czar dzisiejszego popołudnia prysnął bezpowrotnie. Wstałem, obszedłem dookoła stół i wziąwszy do ręki jego papierosa, zgasiłem go i zostawiłem w popielniczce, po czym przytuliłem mocno mojego partnera.
– Michaś, ja wiem, że Ci tego nie ułatwiam, ale musisz być gotowy, o wiele bardziej niż ja, na wszelkie wyniki. Kocham Cię i gwarantuję, że będę walczył o to, żeby w razie czego zostać tu z Tobą jak najdłużej. Tylko żadne z nas nie jest w stanie przewidzieć wyników tej walki. Tak bardzo nie chcę Cię tu zostawiać samego. Kocham Cię, słyszysz? – powoli przechodziłem do szeptu.
– Wiem, ja to wszystko wiem… Ale to nie jest łatwe. Tobi, czemu to nie mogłem być ja? – serce mi zamarło. Nie myślałem, że usłyszę coś takiego od swojego partnera.
– Nie myśl tak, nie wolno Ci. Po prostu Ci nie wolno.
– Kocham Cię i wolałbym sam być na Twoim miejscu. – tymi słowami rozczulił mnie doszczętnie. Zacząłem go całować. Chwilę to trwało zanim obaj się uspokoiliśmy, jednak był to niezawodny sposób.
– Już dobrze? – mówiąc to, spojrzałem mu w oczy, a on pokiwał tylko głową. – To chodź, goście czekają.
Stanęliśmy obaj w drzwiach, trzymając się za ręce.
– Konflikt zażegnany? – spytała Kasia.
– Tak jest. Wybaczcie nasze zachowanie. Musimy jeszcze dojść z tym wszystkim do ładu. – spojrzałem przepraszająco.
– Nie szkodzi. Dobrze wiedzieć, że umiecie szybko rozwiązać konflikt. – Tomek przypatrywał się nam uważnie.
– Umiemy. Jak nie słownie, to ręcznie. Niestety teraz muszę go oszczędzać. – zaśmiał się Michał, chcąc rozładować nieco atmosferę.
– No właśnie! Posłuchajcie go dobrze! Tak niewinnie wygląda, ale rękę ma ciężką. – zmierzyłem go wzrokiem, ale ostatecznie puściłem mu oczko. Odwzajemnił spojrzenie. – O! Widzicie! Już mnie straszy! Nawet nic nie musi mówić!
W odpowiedzi na to mój partner zaczął dźgać mnie pod bokiem, od czego usilnie starałem się uciec, jednak moje wysiłki spełzły na niczym.
– Dobrze się dobraliście. – stwierdziła Ania z dziwnym rozrzewnieniem w głosie. – To słodkie.
– Słodkie?! – niemal chórem zapytaliśmy wraz z Michałem i jak na komendę zatrzymaliśmy się w miejscu. Przy czym jego głos brzmiał, jakby miał zaraz zwymiotować i od razu potem prychnął. – No nie rozśmieszaj mnie.
– No nie widzicie tego?
– Ja bym tego tak nie nazwał. – oburzał się dalej mój partner.
– Oh, zamknij się w końcu i całuj. – sam postanowiłem zamknąć mu szybko usta. Musiałem przy tym tylko pamiętać, by nie trwało to zbyt długo, żeby goście nie musieli nas oglądać w takiej sytuacji. – Pozwól im myśleć, co chcą. Ja swoje wiem. Męczący dupku.
– Zamknij się, cholero, i siadaj. Miałeś się nie przemęczać. – Michał rzucił tylko i przybrał na usta swój ironiczny uśmieszek.
– Kto by pomyślał, że Tobiasz skończy w stałym związku. – westchnęła Anka, ni z tego, ni z owego.
– Co? Tobiasz? Michał! – żachnął się Tomek.
– Tobiasz też nie zapowiadał się na to. Od kiedy go znam nie potrafił usiedzieć w miejscu. No, może z Igorem był nieco dłużej, ale nie powiem, żeby był to związek zabójczej jakości. – odpowiedziała od razu na to Kasia.
– Nie przypominaj. – mruknąłem.
– Igor? – zapytali równocześnie Tomek i Michał.
– No tak… Ten od stołu. – zwróciłem się w stronę mojego partnera.
– Ach… No tak, kojarzę. Artystyczna dusza. – mój partner automatycznie się rozluźnił.
– Sportowiec. Talentu artystycznego to on nie miał. – poprawiłem go nieznacznie.
– Co Cię to tak obeszło? – zmierzył mnie wzrokiem.
– Nie obeszło. Prostuję fakty. Co się tak od razu najeżyłeś? – uniosłem brwi i spojrzałem na niego wymownie.
– Nie najeżyłem się, jestem ciekawy. – odparował.
– No to sprawa rozwiązana. W takim razie zamknij się i siadaj. – uśmiechnąłem się z przekąsem.
– To cud, że jeszcze się wzajemnie nie pozabijaliście. – wyszczerzył się Kuba, po czym wszyscy wybuchli śmiechem, kiwając zgodnie głowami.
– Czasami mało brakowało. – powiedział Michał patrząc na mnie z ukosa.
– Ale Ci się to nie opłacało. Nie miałby kto zajmować się domem, gotować ani myśleć o rachunkach. – zacząłem wyliczać na palcach.
– Mówisz, jakbym nigdy nic tu nie robił. – obruszył się natychmiast.
– Teraz robisz, ale sam wiesz, że byłeś śmierdzącym leniem i nierobem, jakich mało. – wzruszyłem ramionami i przymrużywszy oczy, zatrzymałem na nim spojrzenie.
– Spieprzaj. Nie będę się z Tobą kłócił. – mój partner machnął ręką i podszedłszy do fotela, usiadł na nim ciężko. Podążyłem w ślad za nim i sadowiąc mu się wygodnie na kolanach, co wyraźnie było mu nie w smak, ale droczyłem się z nim dalej.
– Milcz, gówniarzu. – wiedziałem jak go rozjuszyć. Wyraźnie widziałem, ile wysiłku kosztuje go to, by nie zepchnąć mnie z fotela lub nie trzepnąć w głowę.
– Powiedziałem Ci coś właśnie, tak? – wysyczał. – Takiego sobie wziąłeś, to takiego masz, jak nie pasuje to wymień.
– Ech, przestań. Wiesz, że czasem lubię Cię powkurzać. – przeczesałem jego włosy palcami i zacząłem bawić się jednym z loczków.
– Czasem? Czy ciągle? To na „c” i to na „c”, więc mogło Ci się pomylić. Zostawisz wreszcie moje włosy w spokoju? – zapytał wywracając oczami.
– Nie, nie zostawię. – odpowiedziałem, szczerząc się jak głupi do sera i kontynuowałem powziętą zabawę.
– Zachowujesz się infantylnie. – powiedział z niesmakiem, patrząc na mnie.
– Oho, nauczyłeś się nowego słowa. Tego jeszcze nie było. – bawiłem się przednio, patrząc, jak się wkurza. On jednak spojrzał na mnie i momentalnie się rozluźnił. Wypuścił głośnio powietrze, oparł się wygodnie na fotelu i zaczął się śmiać.
– Ty jednak jesteś nienormalny. Zamiast do neurologa to do psychiatry Cię trzeba zaprowadzić, idioto. – tym razem niestety nie dał mi się podejść.
– Kto z kim przystaje… – zacząłem.
– Takim się staje, wiem. – wpadł mi w słowo. – Czyli niedługo sam też będę musiał się przejść, jak to od Ciebie złapię. Na razie jednak czuję się dobrze. – odwrócił całkowicie całą sytuację. Wygrał tę potyczkę, co niechętnie musiałem przyznać.
– Wygrałeś. Fartem, ale wygrałeś. – wycelowałem w niego palec.
– Żadne fartem! Za dobrze Cię po tych wszystkich latach znam, żeby dawać się wiecznie wrobić. – musiałem przyznać, że błysk zwycięstwa w jego oku nawet mnie bawił.
– Dobra gołąbki! – wtrąciła Ania. – Tobiasz powinien odpoczywać, a my musimy się powoli zbierać. Dajcie nam, proszę, znać, jak wyszły wszystkie badania. Na pewno jeszcze niedługo wpadniemy. Trzymajcie się obaj. – i tym oto sposobem, obaj obcałowani za wszystkie czasy, po krótkiej chwili znów zostaliśmy w domu sami.
– Ania miała rację. Odpocznij trochę. – mój partner powiedział czule i oplótł mnie ramionami.
– Przecież ja nie robię nic innego, tylko odpoczywam od kilku godzin. – westchnąłem.
– To dobrze. Nie stawiaj się, tylko korzystaj, póki możesz. Dobrze? – zapytał się, patrząc mi głęboko w oczy. Gdy skinąłem głową, pocałował mnie krótko. – Umyj się, przebierz i połóż, a ja ogarnę stół i już do Ciebie lecę. Może coś obejrzymy?


Wyniki coraz bliżej… Co to będzie…? ; > No i jeszcze jakieś sześć „rozdziałów” do końca.
Enjoy!

Podziel się dobrem