…czyli, co się dzieje, kiedy próbuję nie myśleć.

Za dnia studiowałem, wieczorami i w weekendy pracowałem w kawiarni, a noce należały od tamtego momentu do Niego. Prawdą jest, że chodziłem nieco niewyspany, ale był to raczej marny powód do zaprzestania naszej małej działalności.

Tak upłynął miesiąc. Miałem kolejny wolny weekend, co oznaczało możliwość odespania wszystkich nocy, które upłynęły nam na ćwiczeniach rekreacyjnych. Było niemal południe, a ja leżałem w pustym łóżku. Znów byłem sam i chłonąłem ciszę. Za każdym razem, gdy Michał wychodził z domu zastanawiałem się czy jeszcze w ogóle wróci. Czułem się jakby obecna sytuacja umacniała stare paranoje i pogłębiała tkwiące gdzieś w środku poczucie, że miłość jest dla głupców i może zniknąć za każdym razem, gdy tylko On przekracza próg. Prawda była taka, że najbardziej byłem przyzwyczajony do widoku Jego pleców. Nie tylko Jego. Gdy tylko zajdzie taka potrzeba, bądź chociażby sposobność, każdy jest w stanie odwrócić się do ciebie plecami. Najczęstszym widokiem jest widok człowieka odchodzącego. Nie mogłem jednak narzekać, w tym wszystkim również ja miałem swój udział. Za każdym pieprzonym razem, gdy tylko próbowali karmić mnie bajkami o miłości i legendami o wspólnym życiu, widzieli moje plecy. Przyzwyczaiłem się do odchodzenia, jednak tym razem miałem do tego mieszany stosunek. Kolejne odejście Michała będzie ostatnim. Są rzeczy, których nie trzeba wypowiadać, a które czuje się i wie z racji siły rzeczy i niemożności bytu. Z racji naszych słabości i ograniczeń, które co rusz podcinają nam skrzydła i każą latać nad oceanem, w którym zbyt łatwo jest zatonąć. Bałem się, że jego ostatnie odejście może zrujnować mój ład. Jednak taki układ, jak każdy inny, miał swoje zalety. Gdy każde z nas może swobodnie odejść to żadne z nas nie cierpi. Gdy relacja opiera się tylko na namiętności, ocierającej się wręcz o czyste pożądanie, odarte z całej psychospołecznej otoczki, nie istnieje pojęcie zdrady. Jak można zdradzić kogoś, z kim nie jest się związanym? Jak można zdradzić kogoś, kto zwyczajnie nie współistnieje z tobą na równym poziomie? To tak jakby dźgać ducha dzidą i czekać na reakcje. On jest duchem. Jego cielesność jest tylko czarą spełnienia, ale On sam jest nieuchwytny. Człowiek, w którym nikt nie dopatrzył się ani grama duszy, człowiek istniejący po to, by być, nie dla samego sensu istnienia. Czasem widziałem w nim siebie. Widziałem z nim tą część mojego „ja”, którą chciałem odseparować, jako masę czy raczej formę wypełniającą pustkę mojego ciała. Była to od dawna jedyna część, którą traciłem, usilnie próbując się jej złapać. Wpajając sobie nową, elastyczną moralność wyzbywałem się jednocześnie celu moich dążeń. Pieprzone paradoksy, których nie można obejść. Tak czy owak czułem, że zaczynam mu się nudzić. Jedno i to samo ciało, które zna się na pamięć, powtarzane skrupulatnie brajlem co noc. Jak długo On mógł to znosić? Jak długo Jego mogło to podniecać? Niedługo. Pozwoliłem sobie samemu na chwilę słabości. Leżąc w łóżku, w pustym domu wiedziałem, że nikt mnie nie usłyszy. „Kurwa” krzyknąłem na całe gardło. „Mógłbym z nim być…” Powiedziałem to na głos. Sam przeraziłem się własnych słów. Moja pogarda, ironia… Wszystko znikało, gdy w grę wchodził Michał. Znów czułem się jak kurwa. Sprzedałem mu siebie, wiedząc doskonale, czym to grozi. To jak podpisanie cyrografu. Widzisz, że jest Ci wydzierana własna wola, a mimo to błądzisz oczami za celem dawnych pragnień. Nie posiadając już ani ułamka sprawnie funkcjonującej świadomości brniesz w bagno własnych nieprzemyślanych poczynań, z czego obudzisz się z poczuciem, że spieprzyłeś sobie życie. Jednak na samych przemyśleniach to życie się nie kończy. Trzeba było wstać i robić swoje. Ja w tym momencie miałem do zrobienia obiad. Proza życia robi z każdym z nas, co jej się żywnie podoba. Jak bardzo byś nie był przygwożdżony do dna własnej beznadziejności i tak musisz wstać i ciągnąć dalej swój wózek z podłą formą życia zwaną codziennością. Nie jesteśmy w stanie od tego uciec, więc brniemy w to wszystko. Nie miałem siły ani ochoty na ubieranie się, golenie czy robienie czegokolwiek innego, więc zaraz po odgarnięciu kołdry poczłapałem do kuchni. Właśnie kończyłem przyrządzać coś, co wyszło podobnie do gulaszu, chociaż w oryginale wcale miało nim nie być. W smaku wyszło jednak niezgorsze, więc domniemana lub właściwa konsystencja nie miała znaczenia. Jak na zawołanie, niczym huragan, wpadł do domu Michał. W pośpiechu zdjął kurtkę, którą rzucił niedbale na jedno z krzeseł, po czym nie zdejmując butów wszedł do kuchni i zaczął myszkować po garach. Burza rozwianych, lekko kręconych włosów i szeroki uśmiech przemieszczały się po kuchni w zatrważającym tempie.
– A butów zdjąć to nie łaska? – rzuciłem tylko.
– Co ty dzisiaj jesteś taki kolczasty? Zluzuj trochę. – usłyszałem w odpowiedzi – W ogóle, czemu dalej jesteś nie ubrany?
– A co Ciebie to obchodzi? – odburknąłem
– Ło-ho, widzę, że wstałeś lewą nogą. Mi tam to pasuje, będzie mniej do zdejmowania. – uśmiechnął się z przekąsem. – To co, szybki numerek przed obiadem?
– Nie. Zdejmij w końcu te buty, bo potem ja muszę latać z mopem i to sprzątać. Idź zajmij się sobą albo bierz talerz i obiad sobie nałóż. – nie miałem ochoty na cokolwiek, a tym bardziej na jego gierki. Michał jednak nic sobie z tego nie robił. Wzruszył ramionami, ściągnął trampki, rzucił je w kąt i podszedł do mnie, próbując mimo wszystko dobrać mi się do bokserek.
– No weź, nie bądź taki… – szepnął mi zachęcająco do ucha i mrucząc jak kot oplótł mnie ramionami. Robił ze mną, co chciał. Nie mogłem tak długo. Teraz seks, wieczorem alkohol i seks, a chwilę później, a może nawet i w międzyczasie, On zniknie. Tak długo jak był tym drugim, „z doskoku”, nie przeszkadzało mi to, ale teraz, gdy mam tylko Jego pod bokiem, zaczęło mi to ciążyć. Strzepnąłem więc z siebie jego ręce i wyszedłem do salonu. Michał jednak poszedł za mną i niczym niezrażony powtórzył ostatnią czynność. Ponownie wyzwoliłem się z uścisku i odsunąłem się.
– No co z tobą dzisiaj? – podszedł do mnie jeszcze raz i złapał mnie za ramię. Próbowałem odtrącić jego rękę ponownie. Tym razem uścisk był jednak nieco mocniejszy. Chwyciłem go za nadgarstek i zdjąłem jego rękę z mojego ramienia. Początkowo się zdziwił, jednak szybko złapał mnie za rękę. Zaczęliśmy się szamotać i przepychać w jedną i w drugą stronę po pokoju, potykając się po drodze o meble. W końcu pchnął mnie tak mocno, że oboje upadliśmy na podłogę i jeszcze przez chwilę tarzaliśmy tam i z powrotem. Nie miałem pojęcia, że jest tak silny. W życiu bym go o to nie posądził. Przygniótł mnie do ziemi i mimo moich prób oswobodzenia się, trzymał mnie coraz mocniej. Czułem jego palce zaciskające się wokół moich nadgarstków i wbijające się coraz głębiej. Dotychczas znałem tylko ich ciepło i delikatny dotyk, dziś były zimne i nieprzyjemne, zdumiewały siłą. Jedną nogą przytrzymywał przy ziemi moje biodro, drugą wciskał mi w przeciwległe udo. Na jego twarzy odmalował się przebiegły uśmieszek i dało się wyraźnie zauważyć błysk satysfakcji w jego oku. Było jasne, że przegrałem tę bitwę. Pochylił się i zaczął mnie całować. Mimo moich protestów nacierał coraz bardziej. Bezprecedensowo wepchnął mi język w usta. Nie miałem szans na ucieczkę ani możliwości odmowy. Trwaliśmy tak chwilę, jednak w pewnym momencie Michał uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie i puścił moje ręce. Nadal jednak siedział na mnie. Byłem zbyt zdezorientowany by zareagować na oswobodzenie moich rąk. Przejechał mi delikatnie dłonią po policzku i zatrzymał ją na moich wargach. Zamarł na chwilę, a jego uśmiech stał się jakby cieplejszy. Trwało to jednak krótką chwilę. Nagle wstał, jak gdyby nigdy nic, poprawił koszulkę i skierował swoje kroki w stronę kuchni.
– To co mamy na ten obiad? – rzucił tylko przez ramię. Tak jak gdyby nic się nie stało. – Aha, właśnie! – zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. – Jutro wyjeżdżam. – powiedziawszy to ruszył do kuchni. Podniosłem się na łokciach. Byłem skołowany. Słyszałem głuchy brzęk garnków i talerzy dobiegający z kuchni i próbowałem przy ich akompaniamencie przeanalizować to, co właśnie się stało. Tego wszystkiego było już za wiele. Ostatnie zdanie przelało czarę goryczy. Nie wytrzymałem i wpadłem jak oparzony do pomieszczenia, w którym znajdował się Michał.
– Co to wszystko ma kurwa znaczyć?! – krzyknąłem, na co on spojrzał na mnie z bezbrzeżnym zdziwieniem i zastygł z widelcem w połowie drogi. Po chwili westchnął, odłożył sztućce i oparłszy się łokciami o stół, oparł brodę na splecionych dłoniach.
– Ale o co Ci chodzi? – odparł ze stoickim spokojem.
– O co mi chodzi? Kpisz teraz, żartujesz czy co robisz? – prychnąłem.
– Nie. Uspokój się, usiądź i powiedz, co masz do powiedzenia. – jego spokojny, ale lekko zniecierpliwiony ton głosu działał mi jeszcze bardziej na nerwy. Czułem, że zaraz mogę go uderzyć.
– Nagle stałeś się taki niedomyślny! Najpierw zachowujesz się w ten sposób, a potem oświadczasz ot tak, że jutro znowu znikasz! I co?! I to jest nic?! – w odpowiedzi tylko westchnął ciężko i przeciągle. Spojrzał się na mnie zrezygnowany, po czym wzruszył ramionami.
– Słuchaj… Tobiasz, uspokój się. Mówiłem Ci na wstępie, że to chwilowe i żebyś nie traktował tego jak związek. Zawsze znikam, dobrze o tym wiesz. – tu jego rezygnacja przemieniała się w lekką irytację. – Jeżeli Ci to nie pasuje, trzeba było nie pisać się na taki układ. Nie żałuję niczego, co zrobiłem, taki jestem. Masz prosty wybór albo będziesz to znosił, albo mnie unikał. Reszta należy do Ciebie. – zaniemówiłem. Wszystkie słowa więzły mi w gardle, na przemian otwierałem i zamykałem usta. Nie mogłem znaleźć ujścia dla całego mojego gniewu i frustracji. Uderzyłem pięścią w stół, krzyknąłem „Kurwa” i wyszedłem. Chwilę kręciłem się po salonie, nie mogąc się uspokoić, po czym poszedłem na górę i założywszy pierwsze lepsze spodnie, które leżały pod ręką zacząłem rozglądać się za jakąś koszulką. Gdy tylko ją znalazłem założyłem ją, potem jakieś buty i wyszedłem z domu głośno trzaskając drzwiami. Doszedłem do niewielkiego parku blisko centrum miasta. Długo okrążałem go bez celu, aż w końcu usiadłam na jednej z nieco zdezelowanych ławeczek, tępo gapiąc się w taflę wody, którą raz po raz mąciły kaczki i mewy. Nie wiem jak długo tak siedziałem, jednak minęło wystarczająco dużo czasu, żebym zdążył zmarznąć. Wychodząc nie miałem czasu zastanawiać się nad tym, jaką mamy pogodę, czy też, czy kurtka jest odpowiednim pomysłem. Najgorsze jest to, że gdy uleciały ze mnie emocje, zrozumiałem, że On ma rację. Nie miałem w tym wypadku żadnych praw. Nie mam zamiaru przepraszać, ale atmosfera teraz będzie prawdopodobnie nieco ciężka. Wystarczy przetrwać to do jutra i później przestać myśleć. Gdy znowu zniknie wszystko będzie łatwiejsze, a gdy pojawi się ponownie wystarczy go zignorować. Mówi się łatwo, jednak gorzej z wykonaniem. Dziś, jutro, za tydzień… Nie będzie jeszcze żadnego problemu. Tylko co będzie, gdy znów zobaczę go w jakimś klubie, lub gdy stanie u progu moich drzwi? Jak zachować spokój? Nie miałem telefonu ani zegarka, więc nie wiedząc, która godzina zacząłem zgadywać, że to już czas najwyższy, by wrócić do domu. Wracałem powoli, wyzbywając się resztek emocji. Wchodząc do środka i czując przyjemne ciepło własnego, przytulnego mieszkania zorientowałem się, że dziś nie zjadłem jeszcze kompletnie nic. Poszedłem do kuchni i zacząłem nakładać sobie obiad. Zjadłem w ciszy i podchodząc do zlewu, żeby pozmywać zauważyłem, że jak zwykle zostawił w zlewie brudne naczynia. Westchnąłem z rezygnacją i pozmywałem po nas obu. Jednak coś mnie tknęło i rozejrzałem się w około. Jego kurtki nie było tam, gdzie ją zostawił. Zacząłem nerwowo chodzić po pokojach, począwszy od salonu, na sypialni skończywszy. Wszystkie jego rzeczy zniknęły. Przyśpieszył wyjazd lub po prostu dziś będzie spał gdzie indziej. Dla zabicia czasu włączyłem muzykę i zacząłem przeglądać notatki na studia. Dziś nie miałem odwagi wyjść do klubu. Jeżeli bym go tam spotkał, nie wiedziałbym jak się zachować. Nie było opcji, żebym przeprosił, a rozmowa albo seks nie wchodziły już w grę. Czekała mnie leniwa wolna niedziela oraz pół wolnej soboty. Wreszcie mogłem puszczać muzykę na cały regulator i nie przejmować się zdaniem innych. Słodkie brzmienia rocka odbijało się od ścian, szyb i mebli. Moje antidotum na wszystko.


Hmm… No to co? Dwójeczka jest już up. W sumie nic takiego się nie dzieje, no nie? ( ;

Poza tym, drobna garść informacji. Miało to być kilkustronicowe opowiadanie, ale jednak nie wyszło. Całość ma 25 rozdziałów. Niektóre są bardzo krótkie (jak na przykład ten), a niektóre nieco mniej. Poza tym, jest to część pierwsza całej historii. Część druga dalej się piszę, a część trzecia również zdążyła się już napocząć. Nie wiem, jak to będzie z trzecią, ale nieukończona „dwójka” już jest dłuższa niż cała „jedynka”.

Well… Enjoy!

Podziel się dobrem