Byle do brzegu

Opowiadania LGBT

25. Ostatni raz…

… ostatnich kilka słów.

Po ponad miesiącu poszukiwań, wreszcie znalazłem pracę. Powoli wracałem do normalnego życia i coraz lepiej radziłem sobie ze wszystkim. Michał na stałe wrócił do baru, dość często mając zmiany, a także, od czasu do czasu, wyjazdy związane ze szkoleniami.

Mimo, iż na początku byłem pod jego stałym nadzorem, to jednak fakt, że coraz częściej zaczynaliśmy się rozmijać, a mimo to nie stało się nic złego, jakoś go uspokoił. Z czasem telefony co kilka godzin zamieniły się w krótkie rozmowy na przerwie, pomiędzy jednym a drugim gryzem kanapki, a ostatecznie skończyło się na kilku SMSach wymienianych to tu, to tam. Wydawałoby się, że wszystko w końcu wróciło do względnej normy, o ile w naszym przypadku można było kiedykolwiek o niej mówić. Po około trzech miesiącach w nowej pracy zaproponowano mi tygodniową delegację. Miała to być konferencja w Oslo, na której przedstawiane będą wyniki badań przeprowadzanych ostatnio przez naszą grupę. Nie spodziewałem się takiej propozycji, po tak krótkim czasie, więc muszę przyznać, że byłem mile zaskoczony. Miałem czas na zastanowienie się do końca następnego dnia, więc, mimo iż wiedziałem, że Michał swoją zmianę kończy o północy, to czekałem na niego wytrwale. Zastał mnie siedzącego w łóżku przy zapalonej lampce.
– Co jest Kochanie, czemu jeszcze nie śpisz? – zapytał od progu. Wyglądał na zmartwionego.
– Czekam na Ciebie. Mam newsa. – powiedziałem, próbując jakoś ukryć moje podekscytowanie.
– O, no to słucham. – rzucił tylko wyraźnie rozluźniony i zaczął się rozbierać z zamiarem położenia się obok mnie.
– Bo widzisz… Wygląda na to, że idzie mi w pracy całkiem przyzwoicie… – nie wiedziałem, jak to zacząć.
– I w związku z tym…? – powiedział, siadając obok mnie i mierząc mnie zaciekawionym spojrzeniem.
– Dostałem propozycję tygodniowego wyjazdu na konferencję w Oslo w ramach delegacji. Miałbym jechać za niecałe dwa tygodnie. Nie tylko kasa będzie dobra, ale też poznam kilku ludzi wyższych rangą. – wydusiłem w końcu. Chciałem powiedzieć to jak najbardziej neutralnym tonem, ale nie udało mi się ukryć dumy, która podszywała mój głos. W końcu to nie jest byle co. Dostałem możliwość prelekcji w ramach konferencji i to z tak krótkim stażem pracy.
– Chyba jej nie przyjmiesz…? – powiedział takim tonem, jakby to była najbardziej absurdalna rzecz na świecie i spojrzał na mnie zmarszczywszy brwi.
– Dlaczego? – zdziwiłem się. – To duża szansa. Zaledwie po trzech miesiącach dostać taką propozycję? To się nie zdarza często.
– Nie możesz tego mówić poważnie. Nie ma mowy, nigdzie nie jedziesz. – pokręcił głową i patrzał się na mnie, jak na wariata, a ja poczułem, że zaraz mnie szlag jasny trafi i zacząłem przyjmować postawę defensywną.
– Jak to? Ale… Nie, nie, czekaj. Przyjmę tę propozycję. Druga taka może się nie trafić. – odparowałem stanowczo.
– No to niech się nie trafia. Nigdzie nie pojedziesz i koniec. – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, a ja w odpowiedzi najpierw prychnąłem, a widząc, że mówi jak najbardziej poważnie, wybuchnąłem.
– Czyś Ty oszalał?! Myślałem, że się ucieszysz. – krzyknąłem już na dobre rozeźlony.
– Ucieszyć się? – prychnął tylko. – Że niby z czego? Że wyjeżdżasz na tydzień na zagranicę z Bóg wie kim i Bóg wie po co? I to całkiem niedługo po operacji? – również podniósł głos do krzyku, co rozwścieczyło mnie na dobre.
– Proszę Cię! Minął prawie rok! Poza tym, co Ty chcesz zasugerować, co?! „Nie wiadomo z kim i po co”?! – Podkreśliłem z ironią ostatnie słowa. Czułem, jak krew mnie zalewa.
– Nic. Skończyliśmy tę rozmowę. Nigdzie nie jedziesz. – starał się uciąć temat, ale nie było mowy, żebym się na to zgodził.
– Tak? Dobrze, to się jeszcze okaże. – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, po czym położyłem się i odwróciwszy się do niego tyłem, nakryłem się kołdrą aż po głowę.
– O nie! Tak to my się bawić się będziemy! – próbował ściągnąć ze mnie nakrycie i przez chwilę się ze mną szamotał.
– Rozmowa miała być skończona, więc spierdalaj z łaski swojej i daj mi w końcu spać! – szarpnąłem kołdrę w moją stronę i przestałem się odzywać.
– Tobiasz. Tobiasz. No kurwa, Tobiasz! – krzyczał wściekły do moich pleców, aż w końcu poddał się i odwróciwszy się do mnie plecami również poszedł spać. Następnego dnia nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem aż do wieczora. Gdy w pracy zapytali mnie o decyzję dotyczącą wyjazdu, bez chwili wahania, powiedziałem, że się zgadzam. Kiedy w domu leżałem już w łóżku, Michał wszedł do sypialni i stając w drzwiach zapytał krótko.
– Jedziesz?
– Jadę. – słysząc to, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Tej nocy spał w salonie. Gdy rano wychodziłem do pracy, zastałem go tam. Spał w samych bokserkach, a koc zsunął mu się na podłogę. Podszedłem i przykryłem go szczelnie szepcząc „przecież się przeziębisz”. Ostatecznie całując go w czubek głowy, wyszedłem. Mimo, że byłem na niego wściekły, to nie mogłem darować sobie chociaż takich drobnych gestów. Niestety, do wyjazdu nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, pomimo powrotu Michała do sypialni. Nawet, jeśli próbowałem zagadywać to co najwyżej odburknął mi coś półsłówkami i na tym kończyła się cała rozmowa. To było bardzo długie i ciche półtora tygodnia. Nie mogłem go zrozumieć. Czemu aż tak bardzo mi nie ufał? Co, do cholery, kazało mu wierzyć, że mam jakieś ukryte intencje? Znałem go aż za dobrze. Wiedziałem, że spora część jego reakcji to faktycznie troska o moje zdrowie, ale to nie było wszystko. Za tym tkwiło coś jeszcze, a ja nie byłem w stanie go rozszyfrować i chyba to bolało mnie najbardziej. Za każdym razem, gdy o tym pomyślałem, wściekałem się. Jednak tydzień w Oslo minął, jak z bicza strzelił. Wszystko poszło raczej gładko i wydaje mi się, że zrobiłem dobre wrażenie, a wykład, który wygłosiłem został przyjęty jak najbardziej pozytywnie. Po cichu liczyłem na to, że gdy będziemy wracać, zobaczę Michała czekającego na mnie pod terminalem, gdy tylko zejdę z promu. Niestety, nigdzie go nie było, więc do domu wróciłem taksówką. Było już po osiemnastej, gdy przekroczyłem próg naszego mieszkania, więc na dworze panowała szarówka. Mimo to, nie widziałem, żeby gdziekolwiek paliło się jakieś światło. W pierwszej chwili poczułem bolesne ukłucie w sercu i pomyślałem, że Michała nie ma w domu. Automatycznie przeszył mnie dreszcz strachu. Co, jeśli w ogóle go nie ma? Jeśli tym wyjazdem zniszczyłem wszystko i on już nie wróci? Starałem się jednak nie skupiać na tym i przełykając zbierającą się w gardle gulę, wszedłem do środka. Nie mając na nic siły, zrzuciłem walizkę w przedpokoju, zdjąłem kurtkę i buty, i zrezygnowany poszedłem do salonu. Nagle stanąłem jak wryty. Niemalże cały salon poobstawiany był świeczkami, a na stoliku stała gotowa kolacja. Mój partner widząc mnie wstał i podszedł do mnie z wielkim bukietem kwiatów.
– Wybacz, że od razu w wazonie, ale nie chciałem, żeby uschły. – zagadnął z uśmiechem. Byłem całkowicie zbity z tropu. Dałem się pocałować i podprowadzić do stołu. Dopiero wtedy zauważyłem, że Michał jest ubrany raczej elegancko, a kolacja przypomina bardziej tę z wykwintnych restauracji niż codzienne, robione na szybko kanapki.
– Czy to ma znaczyć, że już nie jesteś na mnie zły? – spytałem ostrożnie, przymrużywszy oczy.
– Trochę jestem. – tu przewrócił oczami. – Ale to już nie ważne. Zapraszam do stołu. – uśmiechnął się szarmancko. Usiedliśmy więc i zaczęliśmy kolację. Czułem się, jakbym coś w tym wszystkim przeoczył. Po skończonej kolacji Michał westchnął przeciągle i patrząc na mnie wymownie, pokręcił głową.
– Tak myślałem, że nie pamiętasz. – w jego głosie było słychać delikatną nutę zawodu.
– Ja… Bardzo źle to zabrzmi, jeśli zapytam o czym? – przymknąłem oczy i czekałem na jakiś czas na wybuch, ale nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłem więc niepewnie jedno oko i spojrzałem na niego ostrożnie, a on w odpowiedzi popukał się w czoło.
– Przedwczoraj była nasza ósma rocznica. Do tej pory nie świętowaliśmy żadnej, więc chciałem coś zorganizować i miałem kilka rezerwacji… Niestety wszystko wzięło w łeb, więc musiałem nieco to poprzesuwać i zorganizować coś na szybko. Raz w życiu się do czegoś dobrze przygotowałem, a tu klapa. – powiedział ze smutnym uśmiechem na ustach, a mi na ten widok ścisnęło się serducho, ale nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie.
– Kompletnie zapomniałem. Jeżeli mam być szczery, to ciężko by mi było wskazać dokładną datę rozpoczęcia naszego związku. – mówiłem to bardzo powoli. Nie byłem pewien, czy dobrze robię przyznając się do tego.
– Wiesz… Ja zawsze to liczę od momentu, w którym przyszedłeś do szpitala, chociaż się tego nie spodziewałem. Wtedy pierwszy raz przełamałem się i powiedziałem Ci, że Cię kocham. Od tamtego momentu byliśmy prawie nierozłączni… – spojrzał mi w oczy. Wyglądało na to, że faktycznie nieco go to dotknęło, a ja pokiwałem w zamyśleniu głową.
– Masz rację. Przepraszam. Michaś, dziękuję Ci. Za wszystko. Za te całe osiem lat, a nawet więcej. – w tym momencie wstałem, wziąłem jego rękę i uklęknąłem przed nim. – Wiem, że od dawna nosisz na palcu obrączkę, a ślubu i tak wziąć nie możemy… Ale raz jeszcze chciałbym Cię poprosić, żebyś został ze mną, jak tylko długo będzie nam tu dane być. Bez Ciebie nic by nie miało sensu. Tak więc, co Ty na to? – czułem jak ręce mu trochę drżą, a na jego twarzy odbijał się słaby uśmiech.
– Tobi, wiesz dobrze, że zawsze odpowiem Ci „tak”. A teraz przestań błaznować. – to powiedziawszy nachylił się nade mną i na krótką chwilę złapał moje usta w czułym pocałunku, po czym poczułem, jak uśmiecha się i odsunąwszy się lekko, cmoknął mnie w czubek nosa. – Wstawaj, mamy też tort, szampana i wino. Świętowanie jeszcze nie skończone.
Siedzieliśmy do późnego wieczora na kanapie, a Michał coś opowiadał. Cały czas patrzyłem się na niego uważnie. Znam na pamięć wszystkie jego gesty, każdy uśmiech i zmarszczenie brwi. Jestem w stanie perfekcyjnie odczytać znaczenie każdego, nawet najdrobniejszego gestu. Osiem lat razem to wystarczająco dużo, by móc nauczyć się o sobie wszystkiego, co niezbędne, ale wciąż pozostało nam wiele do odkrycia. Z każdym kolejnym dniem uczymy się coraz więcej. Mimo oddzielnych zainteresowań, różnych zawodów i rozkładów dnia, spotykamy się niemal codziennie tu, w tym punkcie, by podzielić się ze sobą najważniejszymi wydarzeniami dnia. Wiem, że mam w życiu wszystko, czego tylko mógłbym zapragnąć, a ostatni rok nauczył mnie to doceniać. W tym roku dobiłem do równej trzydziestki. Za niespełna dwa miesiące Michał rozpocznie dwudziesty ósmy rok. Dwanaście lat temu, kiedy stał nade mną przy barze, obaj byliśmy jeszcze gówniarzami. Droga, jaką przebyliśmy była niesamowicie długa, ale czasem mam wrażenie, że nie zmieniliśmy ani o jotę. Wciąż jesteśmy, on i ja, dwójką szczeniaków, która nigdy nie dorośnie. Wciąż, gdy on na mnie patrzy czuję dreszcze na plecach. W tym momencie mój partner, jak gdyby nigdy nic, pochylił się w moją stronę i trzepnął mnie dość mocno w głowę.
– Au! Za co to?! – udałem oburzenie.
– Bo mnie, skurczybyku, nie słuchasz! O czym Ty tak znowu myślisz, co? – zapytał z rozbawieniem. Na co ja tylko westchnąłem i przymknąwszy oczy oparłem głowę na ręce spoczywającej na oparciu.
– Myślę, że mi tu zwyczajnie z Tobą dobrze. – po tych słowach poczułem tylko na sobie jego ciepłe wargi. Chwile takie, jak ta mogłyby trwać wiecznie.


Ludziska! No to na tym kończymy pierwszą część. Druga na bank nie ukaże się przed jej ukończeniem, a do tego jeszcze trochę. Od razu mówię, że będzie nieco dłuższa niż ta i lepiej przygotowana.

Bardzo chciałabym podziękować tym, którzy tutaj dobrnęli, a w szczególności tym, którzy wyrazili swoje opinie w komentarzach. Jesteście genialni.
Zdaję sobie sprawę, że to opowiadanie to żadne arcydzieło, więc każda cyferka na liczniku, a w szczególności każdy komentarz, bardzo motywowały. Nie raz skakałam jak pięciolatka, widząc, że ktoś faktycznie chciał poświęcić temu czas.

Podziel się dobrem

2 Comments

  1. Mam pytanie, czy będzie można kupić drugą część w wersji papierowej?

    • B.D.B.

      23 maja 2018 at 20 h 28 min

      Zarówno pierwsza jak i druga część będą drukiem, jednak ostateczną korektę przejdą dopiero po wypuszczeniu wszystkich trzech części „Numero Uno”, więc prawdopodobnie będzie to w okolicach stycznia bądź lutego 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Byle do brzegu

Theme by Anders NorenUp ↑