4. Moje oszołomienie

Numero Uno II – rozdział czwarty

Enjoy!



Niestety minęły dwie godziny i powoli dochodziła dziesiąta, a jego dalej nie było. Zaczynałem się martwić. Gdy zadzwonił telefon, rzuciłem się do słuchawki, zapominając, że przecież nie wziął swojego. Dzwonił nieznany numer, więc od razu pomyślałem, że może dzwoni od znajomego, ale gdy odebrałem połączenie niemal od razu zmroziło mnie na chwilę.

– Halo? – rzuciłem.

– Cześć. – Usłyszałem w odpowiedzi i przez moment nie wiedziałem, co powinienem zrobić. W końcu wypuściłem głośno powietrze i starałem się uspokoić.

– Czego chcesz? – zapytałem chłodno.

– Jak ty się odzywasz do matki? – odparowała kobieta.

– Dawno straciłaś ten tytuł. Czego chcesz? – powtórzyłem dobitnie.

– Twoja siostra dowiedziała się o twoim istnieniu i zamęcza nas, że chce cię poznać – odparła sucho, a ja westchnąłem ciężko w odpowiedzi. Po chwili milczenia zebrałem się w sobie, żeby zapytać:

– Kiedy?

– Dzisiaj, najlepiej koło siedemnastej. – Spojrzałem na zegarek. Było chwilę po dziesiątej. Wystarczyło, że wezmę rzeczy, pojadę na dworzec i kupię bilet na najbliższe pendolino. Zdążyłbym bez problemu. Średnio mi się to uśmiechało, ale dziecko nie było przecież niczemu winne. Mała miała prawo poznać brata, tak, jak Karol.

– Będę. Powinienem się wyrobić, ale nie wiem, jak będzie z dojazdem. Myślę, że dotrę nawet szybciej, chociaż różnie bywa. Gdzie chcesz się spotkać? – spytałem.

– W domu – odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Aż się wzdrygnąłem na tę myśl.

– Nie ma mowy. Zapomnij. Możemy zobaczyć się w Fanaberii – powiedziałem twardo.

– I mam pokazać się z tobą publicznie? – żachnęła się.

– A co? Wstydzisz się mnie? – Użyłem identycznego tonu.

– Potem mnie zgłosisz na policję, już ja cię znam – prychnęła.

– Nie, nie znasz. Właśnie na tym to polega, że nie znasz. Dobra, słuchaj. Tu chodzi o małą, a nie o ciebie, więc mogę ci zagwarantować, że nigdzie nie zgłoszę dzisiejszej wizyty. Zgodziłem się na nią z własnej woli i mogę to nawet podpisać na papierze, ale ostrzegam, że nie mam zamiaru wysłuchiwać twoich głupich odzywek, bo nie po to tam jadę – odparłem zmęczonym tonem i powoli zacząłem zbierać rzeczy.

– Moich… – zaczęła wyraźnie rozeźlona, ale przerwała na chwilę i kontynuowała już innym tonem. – Muszę kończyć. Dzisiaj o siedemnastej w Fanaberii. Masz być. – Po tych słowach zakończyła połączenie.

Westchnąłem, czując się w tym wszystkim zagubiony. Nie chciałem spotykać się z matką. Zaledwie wczoraj zdałem sobie sprawę, że to wszystko już mnie aż tak nie boli, a dziś miałem stanąć z nią twarzą w twarz. Co innego opowiadać o tym, a co innego widzieć się z nią. Bałem się, że będę się przy niej czuł onieśmielony i rozbity, jak wtedy, gdy widzieliśmy się po raz ostatni. Nie chciałem znów dać się stłamsić i zamknąć w mojej starej skorupie. Powtarzałem sobie, że nie byłem przecież już tym Radkiem, który musiał podnosić sobie samoocenę ciuchami, zasłaniać blizny stosem bransoletek i chować się za soczewkami i innymi dodatkami. Teraz byłem sobą. Uno, który nie bał się podwinąć rękawów koszuli, założyć grubych okularów, wyjść w byle czym i zwyczajnie roześmiać się w głos z głupich żartów swojego partnera, nieważne, gdzie. Przestałem zastanawiać się nad tym, co robię i nagle nawet nagość nie była już taka krępująca.

Wszystko za sprawą tych jednych ciemnych oczu wpatrujących się we mnie dzień po dniu z miłością, czułością i troską. Jestem z nim od roku i oczywiście doceniam ten związek, ale tak naprawdę dopiero teraz uświadomiłem sobie, że wszystko, co do tej pory robił, nawet jeśli się z nim nie zgadzałem, robił dla mnie. Ze względu na moje dobro i z myślą o mnie. Mimo że dbałem o niego w jakiś sposób, z ręką na sercu mogę przyznać, że nie zawsze odwdzięczałem się tym samym. Chociażby dziś. Niepotrzebnie go drażniłem. Zawsze to robię, mimo że później wiecznie tego żałuję i sam to sobie wypominam.

Normalnie mógłbym liczyć na jego wsparcie i ciepłe słowo, ale dziś, gdy wkurzyłem go ponownie, nie miałem nawet jak się z nim skontaktować. Starałem się sam pocieszać, siedząc w pociągu, ale w głębi duszy byłem przerażony. Ta kobieta nie kojarzyła mi się z niczym przyjemnym, ale nie mogłem odmówić. Nie byłem nawet w stanie przewidzieć, jak zareaguję na spotkanie. Nie wiedziałem, czy uda mi się zachować spokój i utrzymać pokerową twarz. Nie chciałem rozsypać się przy siostrze ani w ogóle, jeśli jest taka opcja, ale może być to trudne. Nie mogłem też, chociaż bardzo bym chciał, wiecznie polegać na Tymku. Musiałem udowodnić jemu i sobie, że stanąłem na nogi. Jeśli nie jestem na tyle silny, by wytrzymać konfrontację z matką, to jak mam udźwignąć chorobę ukochanego?

Chyba dopiero ta myśl otrzeźwiła mnie trochę. Miałem na głowie poważniejsze problemy, niż humorki mojej, tak zwanej, matki. Tę rolę i tak dawno przejęła Natalia, więc w ogóle nie miałem się czym przejmować. To był tylko kolejny z demonów przeszłości, którym musiałem stawić czoło, żeby ruszyć do przodu. Mogę tylko wyjść z tego silniejszy. W dodatku powinienem to zrobić dla siebie i dla Tymona. On musi w końcu nabrać pewności, że ma we mnie oparcie, gdy będzie tego potrzebował, a nie będzie to możliwe, gdy wciąż będę bał się czegoś, co stało się kilka, jak nie kilkanaście lat temu.

Szczególnie, gdy siedziałem już w naleśnikarni, wszystkie te kłębiące się we mnie emocje nie dawały mi spokoju. Z każdą minutą coraz bardziej miałem ochotę wstać i uciec stamtąd. Na szczęście strach ma wielkie oczy. Kiedy zobaczyłem matkę wchodzącą z małą dziewczynką, całe moje przerażenie uleciało, a pozostał po wszystkim jakiś taki niesmak. Minęło ponad dziesięć lat. Nie miała już nade mną żadnej władzy.

Wstałem i odwróciwszy się w ich stronę, uśmiechnąłem się trochę na wymus. Mała od razu do mnie podbiegła, a matka rzuciła mi niechętne spojrzenie.

– O rany! To ty, nie? – Dziewczynka spojrzała na mnie wielkimi oczami. Mój uśmiech sam się poszerzył i skinąłem głową, otwierając ramiona i gestem zapraszając do uścisku. Szybko z tego skorzystała i ścisnęła mnie najmocniej jak umiała. Odwzajemniłem gest i pogłaskałem ją po główce. Gdy się już odsunęła, wyciągnęła do mnie rękę, którą kulturalnie ścisnąłem.

– Jestem Iza. Znaczy, Izydora, ale nienawidzę tego imienia – prychnęła na koniec, a ja zachichotałem.

– Mnie nazwali Unirad – powiedziałem konspiracyjnym szeptem.

– O matko, jak sobie z tym radzisz? – Zrobiła wielkie oczy, a ja wzruszyłem ramionami.

– Bliżsi znajomi i rodzina mówią na mnie Uno, reszta Radek. Ewentualnie czasem jeszcze Jasiek od nazwiska – wytłumaczyłem spokojnie, przy okazji siadając z powrotem, a mała usiadła naprzeciwko mnie. Na matkę na razie nie zwracałem uwagi.

– A ja? – zapytała niepewnie.

– Jak tylko chcesz, słoneczko. – Uśmiechnąłem się, a ona wyglądała na uradowaną.

– Super. Uno brzmi fajnie, ale dlaczego Jasiek? – Spojrzała na mnie, przekrzywiając główkę.

– Od nazwiska, Jasiński.

– Czemu masz inne nazwisko? – zapytała z niezrozumieniem.

– Widzisz, mamy tę samą mamę, ale innego tatę, więc ja mam nazwisko po swoim. To z nim mieszkałem, dlatego się nie poznaliśmy – powiedziałem łagodnie, a ona pokiwała głową mrucząc coś pod nosem. – To teraz powiedz mi najpierw, co zamawiasz. Dzisiaj ja stawiam. Od czego ma się starszego brata, nie? – Mrugnąłem do niej.

– Wow! Ekstra! – niemal krzyknęła. – Ja chcę naleśnika z twarogiem, jabłkami z cynamonem i magic starsami.

– Już się robi, księżniczko. – Uśmiechnąłem się ciepło, po czym niechętnie spojrzałem na matkę. – A dla ciebie?

– Stać mnie jeszcze na naleśnika – odparowała. Westchnąłem i przetarłem twarz ręką.

– Domyślam się, ale zaoferowałem, że dziś stawiam, więc pytam, co – odparłem zmęczonym tonem, po czym dorzuciłem. – Nie utrudniaj.

– Okej, weź mi coś z nutellą.

– Jasne. Zaraz wracam, tylko zamówię. – Wstałem od stołu, kierując się w stronę kasy. Czułem na sobie baczne spojrzenie matki.

Gdy widziała mnie ostatni raz, miałem na sobie soczewki, byłem wychudzony, nosiłem za duże ubrania i krótkie ciemne włosy. Byłem jak mysz w pułapce. Wiecznie przerażony i reagujący atakiem paniki na wszystkie jej nawet najdrobniejsze gesty. Mam nadzieję, że nie spodziewała się zastać tego samego zalęknionego chłopca. Nawet jeśli, mogła wyobrażać sobie, co chciała, to już nie był mój problem.

Gdy wróciłem do stolika, przez chwilę panowała cisza, aż w końcu odezwała się nasza matka.

– Co ty teraz właściwie robisz? – zapytała od niechcenia.

– Doktorat z lingwistyki. Metody nauczania języków obcych i ich powiązania. Poza tym mieszkam w Warszawie z partnerem – odparłem spokojnie.

– I jeszcze do tego pedał – mruknęła pod nosem, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, odezwała się Iza.

– Tak daleko? – jęknęła na głos. – To jak ty tu przyszedłeś?

– Niestety, ale właśnie tak daleko. Wsiadłem w pociąg i przyjechałem specjalnie dla ciebie. – Uśmiechnąłem się, puszczając jej oczko, a ona wstała i rzuciła mi się na szyję. Przytuliłem ją mocno i przez moment trwaliśmy w tej pozycji. Naprawdę fajna była z niej dziewczynka. Nie wdała się na szczęście w matkę. Ostatecznie odmówiła odklejenia się ode mnie i usadowiła mi się wygodnie na kolanach, zadając pytanie za pytaniem, na które cierpliwie odpowiadałem, raz po raz śmiejąc się z niektórych. To naprawdę było bardzo rezolutne dziecko. Śmiem twierdzić, że ma to po mnie. W końcu jesteśmy spokrewnieni.

Niestety, później zaczęła się seria pytań od matki, przy których czułem się jak na przesłuchaniu i zaczynałem się stresować, i powoli tracić cierpliwość. Mniej więcej po piętnastu minutach rozdzwonił się mój telefon. Spojrzałem na ekran i z ulgą zobaczyłem na nim imię mojego partnera. Nawet jeśli nie mogłem teraz rozmawiać za długo, to samo usłyszenie jego głosu dużo teraz pomoże. Podziękowałem mu w duchu za wyczucie czasu i przepraszając rozmówczynie, odebrałem połączenie.

– Gdzie jesteś? – Usłyszałem od razu.

– Nie mogę teraz. Jestem w Fanaberii – odpowiedziałem szybko.

– Ale to przecież… – zaczął, jednak szybko mu przerwałem.

– W Gdyni. Ja naprawdę teraz nie mogę. Odezwę się później, okej? – powiedziałem cicho.

– Jasne. To nie przeze mnie? – zapytał jeszcze z nadzieją w głosie. Nie był już zły. To dobrze.

– Oczywiście, że nie. Do usłyszenia później. – Po tych słowach rozłączyłem się i spojrzałem już dużo spokojniejszy na matkę. – Przepraszam. Chłopak dzwonił. Nie było go, jak wychodziłem, więc zdziwił się, że wciąż mnie nie ma.

– Ma cię na krótkiej smyczy – zaszydziła kobieta.

– Raczej odwrotnie, ale powiedziałbym, to że normalne. Jesteśmy w związku. To zazwyczaj wymaga komunikacji – odparłem zlewczo. W końcu ona nic nie może mi zrobić, a ja i tak ostatecznie wrócę do domu, do Tymka i znów wszystko będzie w porządku.

– Czyli nauczyłeś się żyć z ludźmi – kontynuowała, a ja tylko przewróciłem oczami.

– Zawsze umiałem, ale nie z każdym się da. Słuchaj, nie przyszedłem tu, żeby się kłócić i wywlekać krzywdy z przeszłości – zacząłem się niecierpliwić, więc od razu zwróciłem się do siostry. – Izula, powiedz mi, co lubisz robić, co?

– Tańczyć! – krzyknęła. – No i śpiewać, rysować, i jeździć konno. Ach, uwielbiam też angielski! A niedługo będę się uczyć też hiszpańskiego! Czad, nie?

– Super – przytaknąłem. – Jak się postarasz, to będziemy mogli porozmawiać po hiszpańsku.

– Znasz hiszpański?! Dziewczyny padną z zazdrości, że mam takiego brata – zawołała podekscytowana, a ja nie mogłem się powstrzymać i wybuchłem śmiechem.

– Cieszę się, że się na coś przydam. Znam angielski, hiszpański, niemiecki, francuski i trochę rosyjskiego. Zabieram się za podstawy japońskiego, bo jest mi teraz potrzebny. Języki obce są świetne – wysapałem w końcu. Po tych słowach mała wpatrywała się we mnie jak w obrazek i o dziwo, nawet na twarzy naszej matki zagościł słaby cień aprobaty.

– Mega. Muszę mieć z tobą selfi i będziesz ze mną rozmawiał w różnych językach, co? No zgódź się, błagam cię, zgódź. – Spojrzała na mnie prosząco, robiąc szczenięce oczy. Skubana była w tym dobra. Nie umiałbym jej chyba odmówić nawet, gdybym chciał.

– Jasne. Co tylko rozkażesz, księżniczko. – Uśmiechnąłem się i zaraz pozowałem z nią do zdjęcia. Ledwo ją poznałem, a już byłem sprzedany. Widocznie ten urok był u nas rodzinny.

Niedługo potem nastała dziewiętnasta, więc matkaoświadczyła, że muszą wracać, bo Iza ma jeszcze kilka rzeczy na następny dzień,a robiło się późno, jak na dziesięciolatkę. Była przesłodkim dzieckiem, więccieszyłem się, że zgodziłem się przyjechać na spotkanie. Nawet obecność mojejrodzicielki nie przeszkadzała mi nadmiernie, chociaż przebywanie z nią w jednymmiejscu było męczące.    

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*