…czyli wszystko ma swój początek i każdy ma swoją historię.

Nie mogłem spać. Miałem aż nazbyt dużo czasu na nowe przemyślenia. Te jednak, szybko zaczęły mnie również dręczyć. Wstałem więc wyjątkowo wcześnie. Wyszedłem jeszcze przed piątą i poszedłem na dworzec. Pociąg miałem dopiero za godzinę, ale mogłem równie dobrze wsiąść w każdy poprzedni, więc nie był to problem. Nie chciałem siedzieć w domu.

Po prostu nie mogłem znieść obecnej atmosfery i myśli o tym, co będzie, gdy spotkam go w kuchni, pokoju czy łazience. Był dopiero ranek, a ja już nie chciałem tam wracać. Mogłem jedynie podejrzewać jak to będzie wyglądało. Cisza. Na tyle mogę liczyć z jego strony. To jestem w stanie przełknąć, ale boję się tylko, że powrót, może okazać się powrotem do pustego domu. Co będzie, jeżeli on po prostu zniknie? Gdyby tak się stało, mógłbym tylko i wyłącznie zagłębiać się we własne poczucie winy. Z jednej strony wiem, że wyskoczyłem z tym wszystkim jak Filip z konopi, ale z drugiej strony… Nie mogę przecież całe życie chodzić wokół niego na paluszkach i uważać na każde słowo.
To był bardzo długi dzień. Była niemal dwudziesta pierwsza, gdy przekroczyłem próg domu. Jednak nieprzespana noc dawała mi się porządnie we znaki. Na zajęciach ledwo wytrzymałem, chociaż i tak nie miałem pojęcia o czym była dziś mowa, a w pracy, po raz pierwszy od dawna, zdarzyło mi się popełnić kilka drobnych błędów. Nie chcąc o tym dłużej myśleć, zrzuciłem kurtkę, zdjąłem buty i rzuciłem teczkę w kąt. Wszedłem do kuchni. Ku mojemu zdziwieniu Michał stał przy kuchence coś gotując.
– Idź ręce umyj, zaraz nakładam. – rzucił, nie patrząc na mnie. Mimo to, widok Michała pichcącego cokolwiek, należał raczej do rzadkich. Poszedłem więc do łazienki nieco się ogarnąć. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Byłem blady i potargany, ale nie bardzo chciało mi się teraz myśleć na stanem mojej fryzury i ogólną mimiką twarzy. Westchnąłem sam do siebie i przemyłem twarz zimną wodą, mając nadzieję, że chociaż trochę mnie to rozbudzi. Myślałem, że gdy zobaczę wieczorem Michała, będę musiał trzymać nerwy na wodzy, ale ku mojemu zdziwieniu, byłem chyba zbyt zmęczony, żeby się tym tak do końca przejąć. Po chwili siedzieliśmy przy stole jedząc leczo. Muszę przyznać, że było całkiem dobre. Wtedy zdałem sobie sprawę, że tułając się to tu, to tam, musiał niejednokrotnie sobie sam gotować i sam się o siebie troszczyć. Nigdy za bardzo się nad tym nie zastanawiałem, ale to chyba wszystko wyjaśniało.
– Dobre. Mógłbym się przyzwyczaić. – zagaiłem.
– Mhm. – mruknął tylko. No tak, nie zapowiadało się na przyjemny wieczór. Po posiłku Michał wstał bez słowa i pozmywał po nas obu. Zaczynało robić się naprawdę dziwnie.
– Musimy pogadać. – rzucił w moją stronę i w końcu na mnie spojrzał. Nie bardzo miałem, co odpowiedzieć, więc skinąłem tylko głową. Miałem złe przeczucia, chociaż sam nie wiedziałem, czemu. Usiedliśmy w salonie z kawą. Jeszcze przez jakąś chwilę panowała dość ciężka, przytłaczająca cisza.
– Tobiasz… O co Ci wczoraj chodziło? Tak naprawdę. – odezwał się wreszcie. Nie brzmiał już na zirytowanego ani nie wydawał się wybitnie zły.
– Jak to, o co? – wzruszyłem ramionami. – Myślałem, że pytanie, które zadałem, było raczej jasne. Ciężko dopatrywać się drugiego dna w pytaniu o wiek.
– Najpierw ni z tego, ni z owego zadajesz jakieś pytanie, nie związanie kompletnie z niczym, następnego dnia wychodzisz z domu o nieludzko wczesnej porze i wracasz później niż zwykle. Co ja mam o tym myśleć? Coś musiałeś sobie znowu ubzdurać. – fuknął i przewrócił oczami.
– Co? To Ty nagle wyszedłeś z sypialni i poszedłeś spać na kanapę. – zauważyłem, patrząc się na niego wymownie, ale on tylko pokręcił głową.
– Bo wszystko bierzesz za bardzo do siebie i mnie tym wkurzasz. Chodzisz i dąsasz się cały dzień, bo sobie coś ubzdurałeś, a ja mam się dostosowywać do Twoich humorków. No daj spokój, jesteśmy dorosłymi ludźmi, a nie dziećmi. – był widocznie poirytowany. Nie wiedziałem, że aż tak mogę na niego zadziałać. Może nie powinienem myśleć o tym w ten sposób, ale zrobiło mi się nawet przyjemnie. To wszystko oznaczało, że w jakiś sposób się przejmował. Zdałem sobie sprawę, że kłócimy się jak stare małżeństwo i to bez faktycznego powodu.
– Wiem. Po prostu jestem ciekawy. Nie wiem o Tobie kompletnie nic. No, może poza Twoim imieniem i nazwiskiem, które swoją drogą poznałem tylko dlatego, że podali mi je w szpitalu. Dziwnie się czuję, nie wiedząc nic o moim partnerze. Ciebie nic kompletnie nie ciekawi ani nie zastanawia? – jęknąłem na koniec, sfrustrowany.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. – przyznał szczerze. Oparł podbródek na dłoni i, unikając mojego wzroku, spojrzał w bok. Po chwili wymamrotał, zasłaniając po części usta ręką. – Dwadzieścia jeden.
– Co? – zmarszczyłem brwi, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.
– Pytałeś o wiek. Dwadzieścia jeden. – powtórzył już wyraźniej, ale słychać było w jego głosie zniecierpliwienie. Nie bardzo lubił się powtarzać. Ja natomiast, słysząc to, osłupiałem.
– Ale.. Jak to? – tylko tyle byłem w stanie z siebie wydobyć.
– Normalnie. Chciałeś wiedzieć, to wiesz. – odburknął, brzmiąc jak naburmuszony chłopiec. Wciąż na mnie nie patrzał.
– Myślałem, że jesteś ode mnie starszy. – wydukałem
– To ile byś mi dał? – w końcu spojrzał w moją stronę. Na jego twarzy odmalowało się wyraźne rozbawienie.
– Teraz? Jakieś dwadzieścia sześć albo siedem? Coś koło tego. – przyznałem, mierząc go wzrokiem od góry do dołu.
– No dzięki Ci wielkie. – rzucił ironicznie, a na jego ustach zagościł jego popisowy półuśmiech.
– Czekaj! Skoro teraz masz dwadzieścia jeden, to gdy się pierwszy raz spotkaliśmy miałeś…
– Szesnaście. – odpowiedział beznamiętnie, a ja zaniemówiłem.
– Ale… Ale… – zacząłem się jąkać, na przemian zamykając i otwierając usta. To rozbawiło go kompletnie. Widząc mnie, wybuchnął śmiechem, a ja, po chwili osłupienia, dołączyłem do niego.
– No nie wierzę. Chłopak młodszy ode mnie o jakieś dwa lata, wywrócił mi życie do góry nogami. Jak ja się dałem wrobić. – wydyszałem, wciąż się śmiejąc. Rozsiadłem się wygodniej na kanapie i wziąłem łyka kawy.
– I co z tego? Rzucisz mnie teraz? – odciął się.
– Nie, po co? Teraz to już za późno. – odpowiedziałem, udając, że się dąsam. – Ale, ale. Co taki gówniarz robił w barach prawie co noc?
– Ja Ci dam gówniarza. – spiął się nieco, po czym westchnął i spojrzał na mnie umęczonym wzrokiem. – Dobra, słuchaj. Widziałeś kiedyś mnie kupującego drinki? Nie. To zawsze mi ktoś kupował, więc nie miałem, o co się martwić. Wejście było bardzo prosto załatwić. Wystarczyło się dobrze koło kogoś zakręcić. Chodziłem, bo lubiłem i mogłem. Jak miałem jakieś piętnaście lat, zwiałem z domu. Moi rodzice mieszkają całkiem niedaleko. Czasem ich widuję. Udają, że mnie nie widzą albo nie znają. Zadowolony?
– Michał, ja… Nie chciałem… – nie wiedziałem co powiedzieć.
– E tam. – machnął ręką. – Przywykłem. W naszym konserwatywnym społeczeństwie mało kto akceptuje syna – geja. Zasrany konserwatyzm. Dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, bo ktoś kiedyś wymyślił sobie, że dla niego tak właśnie będzie sprawiedliwie. – w jego głosie przebrzmiewała gorycz. Nachyliłem się i przytuliłem go. Nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić.
– Tobi, uspokój się. Nic mi nie jest. Mówiłem już, że przywykłem. Czasem nawet jestem skłonny przyznać im trochę racji…
– Mówiłeś. I co z tego? Powiedz mi lepiej, czy próbujesz wmówić to sobie czy mnie? – zapytałem prosto z mostu.
– Sobie. Tobie chyba też. – odpowiedział po chwili.
– No właśnie. – zniżyłem głos do szeptu. – Więc teraz się zamknij i daj się przytulić.
– Okej. – uśmiechnął się łagodnie. O to właśnie mi chodziło.
– Kocham Cię. – szepnąłem.
– Spieprzaj. Ja Ci tego nie powiem. – zaperzył się od razu i w pierwszym momencie chciał się odsunąć, ale przytrzymałem go na miejscu.
– Wiem. Bez nerwów. – zapewniłem go i przez moment siedzieliśmy w komfortowej ciszy. Napięcie zeszło. – Jak się zorientowałeś, że jesteś gejem?
– Nie za dużo informacji jak na jeden raz? – westchnął.
– Dobra, nie pytałem. To już faktycznie tylko czysta ciekawość. Do szczęścia mi ta informacja nie potrzebna, ale wiesz… Przy Tobie mam raczej doświadczenie niewielkie. – zacząłem się z nim droczyć.
– Czy Ty właśnie zasugerowałeś, że ja się puszczam? – wszedłem na grząski grunt.
– Nie… Zasugerowałem, że miałeś… Niemałe powodzenie. – tu zorientowałem się, że wpadłem w bagno.
– Ach tak? Jesteś tego pewien? – słowa wypowiadał powoli próbując uchwycić moje spojrzenie, czego ja unikałem jak ognia.
– Tak, stuprocentowo pewien. Kto by nie poleciał na takiego faceta? – uciekałem wzrokiem jak tylko się dało.
– Tym razem Ci uwierzę, ale się pilnuj. – odsunął się i wycelował we mnie palec.
– Przestraszyłem się. – zrobiłem smutna minę i spojrzałem mu w oczy. To było wyzwanie.
– Zawsze byłem dobry w zastraszaniu starszych chłopców.
– Tak? A jak?
– Zaraz Ci pokażę. – uśmiechnął się i mnie pocałował.
– Jeżeli tak robiłeś wszystkim starszym chłopcom, to się nie dziwię. Ale jeszcze się nie przestraszyłem.
– Nie martw się.. Mam dużo więcej w zanadrzu. – zamruczał mi do ucha.
– To czekam. – odparłem kusząco. Wyglądało na to, że wszystko wróciło do normy. Tym razem był bardziej namiętny niż ostatnimi czasy. Przez każdy jego ruch przebijała się jakaś nieznana mi wcześniej forma delikatności. Jego ciepły oddech i delikatny głos zapadły mi głęboko w pamięć. Bardziej niż kiedykolwiek byłem spragniony jego rąk, ust… Mimo, że miałem go na co dzień, pragnąłem go mocniej niż w czasach, gdy spędzaliśmy ze sobą jedną lub może dwie noce w roku. Zatonąłem w nim całkowicie. Jego zielone, kocie oczy opętały mnie wręcz do cna. Byłem w stanie widzieć i czuć tylko jego.
– Tobiasz… – wydyszał koło mojego ucha, chwytając moją rękę. Spletliśmy mocno palce. Przylgnął do mnie niesamowicie. Chciałem coś powiedzieć, ale skutecznie zamknął mi usta pocałunkiem. Ten słodki ból i niewypowiedziane podniecenie przeniknęły moje ciało niczym dreszcz. Długo trwaliśmy zwarci w zmysłowym uścisku. Nie wyobrażałem sobie piękniejszej rzeczy, niż usłyszeć moje imię z jego ust w takim momencie. Nawet ono, dzięki niemu, brzmiało jak poezja.
– Przysięgam, że następnym razem ugryzę się w język prędzej niż to powiem, ale kocham Cię jak cholera. – wydyszał ponownie Michał starając się uspokoić oddech. Niestety nie powinien liczyć na to, że słysząc od niego takie słowa, pozwolę mu zaczerpnąć powietrza. Drugi raz w moim życiu usłyszałem od niego słowo „kocham”. Cała ta sytuacja graniczyła wręcz z cudem. Ten pocałunek był niezwykle długi. Stanowił uwieńczenie tego wieczoru. Byłem w końcu szczęśliwy i ciężko było mi się od niego oderwać. Leżeliśmy więc obok siebie, oddychając jeszcze nieco ciężko.
– Michaś? – zagadnąłem półszeptem.
– Zabiję cię kiedyś za ten skrót. – po tych słowach zapadła cisza. W takich momentach lepiej było chwilę odczekać. – No co?
– Cieszę się, że tu jesteś. – powiedziałem, patrząc w sufit.
– Ej, co znowu się dzieje? – wydawał się nawet nieco zaniepokojony. Podniósł się na łokciach i spojrzał na mnie uważnie.
– Nic, bez stresu. Po prostu cieszę się, że tu jesteś. Szczerze mówiąc miałem dość samotności. – było mi lekko. Wciąż patrzałem się w sufit uśmiechając się nieznacznie.
– Tobiasz, zaczynasz mnie wkurzać. Jakiej samotności?
– Igor, który tu mieszkał przed Tobą, nie był dla mnie nikim szczególnym. Wykorzystałem nieco jego jednostronną miłość. Sam nie byłem w stanie nic z tego wykrzesać. Nawet rozmowy nam nie szły. Wcześniej mieszkałem sam. Wcześniej z babcią… To też trochę tak jakbym mieszkał sam. Teraz w końcu jest fajnie.
– Z babcią? A rodzice? – zapytał
– No nie mów, że jesteś ciekawy? – tu skinął głową – To mnie zdziwiłeś. Moi rodzice… Niewiele mam do powiedzenia w tym temacie. Matka była bizneswoman, ojciec prowadził własną firmę. Oboje często pracowali do późna lub lecieli na kilka tygodni w różne strony świata. Nie mieli czasu dla siebie ani tym bardziej dla mnie. Prawdopodobnie dziecko mieli tylko dlatego, że ludzie dookoła wywierali na to presje. Skoro społeczeństwo tego wymaga, to znaczy, że jest to słuszne wyjście. Matka niemalże od razu wróciła do pracy. Szczerze mówiąc, nie bardzo nawet pamiętam jak oboje wyglądali. Zazwyczaj wyglądało to tak, że w moje urodziny dzwonili i wysyłali prezenty pocztą. Na gwiazdkę zresztą to samo, o ile któreś z nich nie zapomniało o jej, a może moim, istnieniu. Zginęli w wypadku jak miałem dwanaście lat. Jechali na urlop. Przed ich wyjazdem zdążyłem jeszcze się z nimi pokłócić. To miały być nasze wspólne wakacje, ale ostatecznie postanowili jechać sami, co mnie wkurzyło. Jedyne, co faktycznie mi dali, to ten dom. Z uczuciami po ich stronie było raczej kiepsko. Chociaż nie musiałem martwić się wynajmem ani zakupem mieszkania. Praktyczne i wygodne. Gdy skończyłem osiemnaście lat pasował jak znalazł. Ot, taka historia. – powiedziawszy to przewróciłem się na bok i oparłem głowę na dłoni, patrząc się na Michała. Wyraźnie nie wiedział, co zrobić z fantem, który właśnie trzymał w rękach. Po chwili położył się na brzuchu, złożył głowę na splecionych dłoniach, przymknął oczy i zaczął:
– Moi rodzice są bogaci. Mogłem robić, co chciałem, ale jak skończyłem jakieś dwanaście, może trzynaście lat, przestało mi to pasować. Chciałem odrobiny uwagi. Nie mogłem uzyskać jej w normalny sposób. Byłem najlepszym uczniem w klasie, ale nie zrobiło to na nich wrażenia. Później znów najgorszym, ale nie uważali tego za rzecz godną zauważenia. Jak miałem jakieś czternaście lat, nauczyciel u nas w szkole zaczął molestować kilku chłopców. W tym mnie. Wbrew pozorom nie byłem przerażony, choć powinienem być. W tamtym momencie byłem już tak spaczony, że zaczynało mi się to podobać, ponieważ otrzymywałem chociaż odrobinę uwagi, o którą tak zabiegałem w tamtym okresie. Miałem czternaście lat, wszystko, co mogłem sobie wymarzyć i wolność. Zacząłem się puszczać z nieco starszymi chłopakami. Myślałem, że chociaż to zauważą. Niestety nie było żadnego odzewu. Więc postanowiłem zszokować ich jeszcze bardziej. Zacząłem sprowadzać kolejnych kochanków do domu. Pewnego dnia przyłapali nas mniej więcej w połowie stosunku. W końcu dostałem tyle uwagi, ile oczekiwałem. Ojciec stracił nad sobą kontrolę. Przez najbliższy tydzień nie wychodziłem z domu, a do łazienki chodziłem trzymając się ścian i mebli. Kiedy w końcu większość siniaków zbladła, podsłuchałem ich rozmowę. Cała sytuacja odniosła odwrotny skutek. Zamiast poświęcić trochę czasu własnemu synowi, postanowili wysłać mnie do szkoły prowadzonej przez zakonników gdzieś w Anglii. Zabrałem plecak, kilka ciuchów i kasę. Wyszedłem i nie wróciłem. Na policji nie zostało zgłoszone zaginięcie, nikomu nie było żal. Nikt nie płakał ani nie tęsknił. Przykre. Więc tułałem się w jedną i drugą stronę, zazwyczaj po Polsce. Tutaj zaglądając raz na jakiś czas, żeby spojrzeć im w oczy. Unikają mnie jak zarazy. Teraz to nawet zabawne. Chociaż muszę przyznać, że niekiedy zaboli. Dlatego Twoje słowa w tamtym czasie były dla mnie niczym kpina. Nie umiałem wierzyć w takie bzdury. Miłość widziałem tylko na zdjęciach lub w filmach. Swoją egzystencję odbierałem jako karę. Takie życie może być wygodne, wiesz? Jeżeli nikt nie ma w stosunku do Ciebie żadnych oczekiwań, to przestajesz sam czegokolwiek oczekiwać. Przestajesz mieć wyrzuty sumienia. Tylko, że taka wolność jest cholernie gorzka i nie zawsze dogodna. Nie wyobrażałem sobie mieszkania gdziekolwiek na stałe. To było dla mnie niczym obwiązanie się łańcuchem i odebranie sobie jedynej rzeczy, która tak naprawdę mogłaby do mnie należeć. Mimo to muszę przyznać, że to całkiem przyjemne.
– Jak pozwolisz mi mówić do siebie „Misiu”, to Cię będę rozpieszczał ile wlezie. – to było jedyne, co mi przyszło na myśl. Nie mogłem za bardzo brnąć w ten cały patos i smutek. Musiałem nieco rozładować atmosferę.
– Spieprzaj, już raz Ci powiedziałem. – zaczął się śmiać.
– Dobrze wiesz, że i tak masz ze mną za dobrze. – odparłem z pełnym przekonaniem w głosie.
– Tak? A pod jakim względem? – zaciekawił się.
– Nie mów, że nie wiesz. Masz kucharkę, sprzątaczkę, kochanka… Wszystko w jednym i co? Źle Ci z tym? – uniosłem wymownie brwi.
– Ależ ja nie mówię, że mi z tym źle. Broń Cię Panie. Jest mi teraz wręcz idealnie. No może, poza kilkoma drobnymi szczegółami. – mówiąc to, mrugnął do mnie i widząc moją reakcję, zaśmiał się krótko.
– Już mi tu nie narzekaj, nie ma ideałów na tym świecie. – przejechałem dłonią po jego, wciąż całkiem nagim, ciele i roztkliwiłem się nieco na chwilę. Ten mężczyzna mimo wszystko teraz był tylko mój. Zaczynałem przy nim czuć się coraz bardziej pewnie. Przebiegłem palcami po kilku bliznach, po czym nachyliłem się i pocałowałem go. Chcąc nie chcąc, zaraz potem zmusiłem się, żeby wstać.
– Lecę pod prysznic. Ogarnij się trochę i leć do łóżka, bo się przeziębisz. – mruknął „mhm” w odpowiedzi, więc wyszedłem, kierując się na górę do łazienki.
– Tylko pamiętaj, że masz być moim kochankiem, a nie matką ani opiekunką! – krzyknął za mną.
– Zamknij się. Nie będę potem biegał za Tobą z syropkami i tabletkami! – odkrzyknąłem i wbiegłem po schodach na piętro. Humor mi wreszcie dopisywał. Zasnąłem u boku mężczyzny, który był dla mnie najważniejszy.


Generalnie przepraszam za wszystkie błędy. Opowiadanie jest niebetowane, niesprawdzane itd.

Dziwnie jest w sumie wracać do tego i czytać to ponownie, gdy na tapecie jest już niemalże końcówka II części tego opowiadania, która jest od niego, bądź co bądź, trochę inna.

Anyway, Enjoy!

Podziel się dobrem