…to nas będzie wku***ać. Czyli mała zapchajdziura o niczym.

Od ponad tygodnia chodziłem półprzytomny kaszląc i smarkając. Tak się kończy piesza podróż przez miasto w ulewnym deszczu. Na domiar złego zamiast kurtki miałem tylko marynarkę, a na nogach lekkie trampki. Nie spodziewałem się takiej pogody, a później nie zamierzałem poddać się byle przeziębieniu, więc krótko mówiąc, zbagatelizowałem sprawę.

W końcu, pod naporem szefa, poszedłem do lekarza i odebrałem zwolnienie z pracy i zajęć na dwa tygodnie oraz zakaz ruszania się z łóżka. Diagnoza brzmiała „ostre zapalenie płuc”. Ponoć gdybym przyszedł kilka dni później nie wywinąłbym się od szpitala. Tym razem na szczęście udało mi się ubłagać doktora, abym pozostał w domu, a fantazje o szpitalu odłożył do następnej wizyty, w razie, gdyby mi nie chciało przejść. Gdy pojawiłem się w domu, była zaledwie dwunasta, więc Michał krzątał się po kuchni z włączoną na cały regulator muzyką. W końcu zauważył mnie, w momencie, w którym wszedłem do pomieszczenia.
– Co Ty tu robisz o tej porze? – zapytał zdziwiony, wyłączając muzykę.
– Szef wysłał mnie do lekarza. – mruknąłem cicho.
– A mnie to słuchać nie chciałeś, jak próbowałem zrobić to samo. No i…? – spojrzał na mnie z dezaprobatą i czekał na odpowiedź.
– Zapalenie płuc… – mruczałem coraz bardziej niewyraźnie.
– Co?! Kładź się do łóżka, ale mi już! – widocznie się zirytował i fuknął w moją stronę, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– E tam, daj spokój… – próbowałem jakoś go ostudzić, ale wiedziałem, że szanse na to są raczej marne. Michał był wyjątkowo upartym okazem.
– Żadne „daj spokój”! Z zapaleniem płuc niektórzy trafiają do szpitala. To nie jest byle co! Dlaczego Ty mnie nigdy nie słuchasz?! – na domiar złego wkurzył się jeszcze bardziej.
– Dobrze, Michał, uspokój się… Ja po prostu nienawidzę leżeć sam w łóżku i gapić się w sufit… – mruknąłem w gwoli usprawiedliwienia. W sypialni nie było telewizora ani nic, na czym mógłbym zawiesić wzrok, dlatego choroba była dla mnie jak zesłanie. Widząc mnie w tym momencie mój partner westchnął ciężko, ale wyraźnie spuścił z tonu .
– Dobrze, słuchaj. Zrobimy tak. Ty pójdziesz się przebrać w jakąś wygodną piżamkę, a ja przygotuję Ci wygodne posłanie na kanapie w salonie. Będziesz miał blisko łazienkę, kuchnię i telewizor, i laptopa pod bokiem. Poleżysz i odpoczniesz, ja dokończę jakiś obiad i usiądę z Tobą, co byś się za bardzo nie wynudził. Pasuje? – w odpowiedzi pokiwałem tylko głową, na znak, że się zgadzam. Nie wiem, kiedy zaczął być tak bardzo opiekuńczy, ale nie miałem siły i ochoty zastanawiać się nad tym dłużej, ponieważ czułem się jak zombie. Pasowało mi to jak najbardziej. W końcu nie musiałem się o nic martwić i niczym przejmować. Mogłem zalec przed telewizorem i odpocząć.
– Dzięki, skarbie. – uśmiechnąłem się, na tyle na ile mogłem i poczłapałem się przebrać. Już po chwili leżałem opatulony szczelnie kołdrą wpatrując się tępo w ekran i przysłuchując się sztucznym dialogom, które raz po raz przerywał szczęk garnków dochodzących z kuchni. Po jakimś czasie Michał wszedł do pokoju i postawił przede mną na stole talerz zupy, po czym wrócił po swoją porcję. Znów pojawił się w drzwiach z talerzem w ręku i zmierzył mnie spojrzeniem.
– Usiadłbyś chociaż do jedzenia. Karmił Cię nie będę, na to nie licz. Nie jesteś dzieckiem i z tego, co pamiętam, to Bozia rączki dała, więc jazda. – rzucił tylko unosząc brwi i patrząc na mnie wyczekująco. Gdy zrobiłem to, o co prosił, usiadł koło mnie i zaczął jeść. Jak gdyby nigdy nic. Dalej był szorstkim dupkiem, tylko w nieco zmiękczonym wydaniu. Jedliśmy wymieniając komentarze na temat lecącego właśnie serialu. Gdyby nie to, że czułem się tragicznie, wszystko byłoby idealnie. Michał umiał całkiem dobrze gotować i gdy chciał, potrafił być kochany. Skończyliśmy jedzenie, jednak rozmowa trwała dalej, ale moje odpowiedzi stawały się coraz bardziej zdawkowe. Zmęczenie brało górę i oczy same mi się przymykały. Kiedy mój partner zauważył, że nie bardzo nadaję się do jakiejkolwiek rozmowy, wziął poduszkę i położył ją sobie na kolanach, po czym stanowczym, ale jednocześnie opiekuńczym gestem, przytrzymał mnie i ułożył tak, abym leżał wygodnie z głową na niej. Poprawiłem się nieco i wziąłem głębszy oddech, po czym zacząłem potwornie kaszleć. Próby głębokiego oddychania i wzdychania musiałem odstawić na jakiś czas, żeby przypadkiem się nie udusić. Zamknąłem oczy i poddałem się zmęczeniu. Po chwili Michał też trochę się poprawił, żeby zająć nieco wygodniejszą pozycję i zaczął głaskać mnie po głowie nucąc coś pod nosem. Działało to na mnie uspokajająco. Nie wiem nawet, kiedy zasnąłem. Gdy się obudziłem Michaś spał na siedząco z głową podpartą na jednej ręce i drugą ręką spoczywającą na mojej klatce piersiowej. Wyglądał słodko, ale gdy rozejrzałem się wokół, zauważyłem, że było niemal całkiem ciemno. Gdybyśmy zostali dłużej w takiej pozycji zapewne zdrętwiałby doszczętnie, a potem jeszcze się ode mnie zaraził. Mimo to, jeszcze przez jakąś chwilę wpatrywałem się w niego jak w obrazek. Ten gruboskórny dupek potrafił być troskliwy i oddany, chociaż sam by się do tego nigdy nie przyznał. Zrobiło mi się cieplej na sercu, ale nie mogłem dłużej trzymać go w takiej pozie. Zdjąłem ostrożnie jego rękę ze swojej klatki i usiadłszy, potrząsnąłem go delikatnie za ramię. Zerwał się jak oparzony. Najwidoczniej tylko drzemał.
– Co się dzieje, czemu wstajesz? Jak się czujesz? – zareagował natychmiast. Był widocznie zaspany, ale mimo to, wpatrywał się we mnie z troską wymalowaną na twarzy. Pierwszy raz w sumie miałem okazję go zobaczyć z taką miną, ale mogę to zrzucić na fakt, że wziąłem go nieco z zaskoczenia.
– Spokojnie, jest w porządku. – wychrypiałem. – Pomyślałem po prostu, że za bardzo zdrętwiejesz, jeżeli posiedzisz tak jeszcze dłużej, a poza tym, co, jak się ode mnie zarazisz?
– Spieprzaj. Jesteś chory, nie masz myśleć tylko odpoczywać. Ale masz rację. – powiedziawszy to wstał i położył poduszkę z powrotem na kanapie. – Zdrętwiałem trochę. Połóż się dalej, a ja zrobię Ci coś lekkiego na kolację.
– Mógłbym przywyknąć, wiesz? – powiedziałem, kładąc się znów na poduszkę i uśmiechając pod nosem.
– Wiem. Jesteś wygodnickim, śmierdzącym leniem. Tym razem jednak jesteś chory, to Ci to wybaczę. – powiedział takim tonem, jakby stwierdzał najbardziej oczywisty n świecie fakt, ale uśmiechnął się mimo to. – Zaraz wracam.
Po kolacji na dłuższą chwilę zniknąłem w łazience, a gdy wróciłem, Michał właśnie poprawiał posłanie na kanapie, która o dziwo była rozłożona i zyskała dodatkową kołdrę i poduszkę.
– Co robisz? – zdziwiłem się.
– No jak to „co robię”? Szykuję nam miejsce do spania. Nie marudź, tylko się kładź. Nie powinieneś stać w cienkiej piżamce w drzwiach. Może być przeciąg. – popędził mnie.
– Michał, to nie jest dobry pomysł. Powinieneś spać w sypialni. – powiedziałem powoli z powątpiewaniem w głosie.
– Chcesz się mnie pozbyć? – rzucił w odpowiedzi. Usilnie chciał udawać urażonego, jednak nie udało mu się ukryć rozbawienia kryjącego się w oczach i po chwili uniósł nieznacznie kąciki ust zdobywając się na półuśmiech.
– Nie. Nie chcę, żebyś się zaraził. – odpowiedziałem szybko.
– Zamknij się już i się kładź. Zostaję tutaj bez dyskusji. Nie zarażę się. Co by było gdybyś zaczął mi się tutaj dusić, a ja będę na górze? Nawet sobie nie próbuj wyobrażać, że pójdę spać do sypialni i zostawię Cię na dole.
– Przyznaj się, liczysz na jakiś seks. – zażartowałem.
– Tobiasz! Uspokój się w końcu. Jesteś chory, zapalenie płuc to nie są przelewki. Jak chcesz potem leżeć miesiącami w szpitalu, to już nie moja broszka. Ja nie mam zamiaru się z Tobą wtedy użerać. – mój partner wyraźnie się wkurzył.
– Oj, daj spokój. – podszedłem i przytuliłem się do niego, opierając się na nim jednocześnie. – Tylko żartuję. Jesteś za bardzo spięty. Nie trafię do żadnego szpitala ani nic się nie stanie. Jestem chory, ale nie umieram. Cieszę się, że się troszczysz, bo to miłe, ale nie przesadzaj w żadną stronę, okej?
– Okej. – westchnął i pogłaskał mnie krótko po ramieniu. – Idę się przebrać, a Ty właź w końcu pod kołdrę i przestań się ze mną kłócić. Nie mam wprawy w opiece nad kimś chorym, więc nie wnerwiaj mnie bardziej, niż to konieczne.
– Dobrze, już dobrze. – odpowiedziałem przysiadając na łóżku i obdarzając go zmęczonym uśmiechem. – Idzie Ci świetnie. Tak długo, jak będziesz tak przy mnie siedział, wszystko będzie cacy. Za małe głaskanko po głowie w międzyczasie też się nie obrażę.
– Mam faceta czy kota w domu? – rzucił kąśliwie.
– Mogę być i kotem. Nie przeszkadza mi. – przeciągnąłem się i wszedłem w końcu pod kołdrę.
– Weź idź się lecz. – westchnął i ruszył w stronę drzwi.
– Właśnie się leczę i co z tego wychodzi? – próbowałem za nim krzyknąć, ale nie był to najlepszy pomysł, gdyż niemal natychmiast zacząłem krztusić się od kaszlu, na co Michał przybiegł z powrotem.
– Idiota! Nawet na chwilę nie można wyjść z pokoju! – usiadł przy mnie i klepał mnie po plecach podsuwając chusteczkę pod usta. Wyplułem na nią chyba połowę płuc. Jeszcze przez jakąś chwilę oddychałem bardzo płytko i nierówno, ale powoli wszystko wróciło do normy.
– Dzięki. – wychrypiałem chcąc zabrać mu chusteczkę z ręki, ale tylko pokręcił głową.
– W porządku. Leż, ja wyrzucę. Potem szybko się umyję i zaraz wracam. Tylko błagam Cię, nie kładź się na plecach, bo się zakrztusisz na amen. – był prawdopodobnie bledszy niż ja sam.
– Okej… – rzuciłem tylko i opadłem na poduszkę, przekręcając się na bok. Michał wstał i szybkim krokiem ruszył w stronę korytarza. W ciągu niespełna dziesięciu minut był w pokoju z powrotem.
– Śpisz? – zagadnął cicho.
– Nie, tak szybko nie zasypiam. Chodź tu, bez Ciebie nie zasnę. – uśmiechnąłem się.
– Idę już, idę. – westchnął krótko. – Tobiasz, jak się czujesz, chcesz coś?
– Nie, nic nie chcę. Czuję się do dupy, więc tu chodź, bo nie zasnę. – marudziłem jak dziecko, a on tymczasem wgramolił się na kanapę obok mnie.
– Dobra, słuchaj. Idź spać, jak będzie pora na leki, to Cię obudzę. – powiedział spokojnie.
– Nie musisz, nastawię sobie budzik. Przecież nie raz byłem chory zanim się wprowadziłeś. Umiem się jakoś ogarnąć. – odmówiłem delikatnie. Zdecydowanie był w tym momencie zbyt poważny.
– Tobi, dopóki daję Ci się wykorzystywać, to się nie stawiaj tylko współpracuj. Mieszkałeś sam, to nie miałeś innego wyjścia, ale teraz masz tu mnie, więc na coś się przydam. Zresztą, jak wróciłem ze szpitala to Ty nade mną skakałeś. Czas na rewanż.
– Zabrzmiało groźnie. – uśmiechnąłem się i przytuliłem go niego przymykając oczy. Zaczął głaskać mnie po policzku i po włosach wedle wcześniejszego życzenia. W jego ramionach dość szybko odpłynąłem w świat marzeń i snów. Jednak tym razem, zanim znów nie zobaczyłem jego zatroskanej twarzy w momencie, w którym próbował mnie dobudzić, przed oczami stawały mi niezbyt miłe obrazy. Były to bardziej wspomnienia niż sny. Najpierw zobaczyłem rodziców i wszystkie ich listy i paczki. Ponownie odczułem każdy zawód, który przeżyłem przez nich. Następnie przeleciały mi przed oczami wszystkie kłótnie z Michałem i każde jego słowo wycelowane we mnie. Wszystko wypowiedziane z goryczą i jadem oraz przykry obraz jego pleców. Gdy w końcu zobaczyłem jego oczy, tym razem już na jawie, miałem ochotę wstać i wyjść, ale nie miałem na to siły. Wziąłem od niego tabletki i znów próbowałem zasnąć. Większość czasu udawałem, że śpię, ale nie mogłem zmrużyć oka. Gdy miałem pewność, że Michał odpłynął, wyślizgnąłem się z łóżka. Musiałem chociaż na chwilę usiąść w kuchni i spokojnie zapalić papierosa. Dusiłem się, zasłaniając usta ręką, aby nie obudzić partnera, ale na próżno. Po jakimś czasie zobaczyłem go opartego o futrynę drzwi kuchennych.
– Jesteś niereformowalny. – wydawał się być raczej rozżalony niż zły. Jego wysiłek, żebym spokojnie odpoczął i został w łóżku, poszedł na marne.
– Wybacz. Musiałem trochę pomyśleć. Nie mogę spać… – zacząłem ostrożnie, a on tylko podszedł, usiadł naprzeciwko i wyjął mi fajkę z ręki, samemu się zaciągając.
– Ty i te twoje przemyślenia. Wieczne problemy przez to. Musisz leżeć, bo inaczej może się to skończyć źle. Nie dociera to do Ciebie? I, chociaż wiem, że to jest cholernie trudne, ogranicz trochę fajki na czas choroby. To nie pomaga. Coś Ci się śniło wcześniej, prawda? Jak się obudziłeś wyglądałeś jakbyś zobaczył ducha.
– Tak jakby tak było… Najpierw śnili mi się rodzice, a potem wszystkie nasze kłótnie i Twoje zniknięcia… – nie wiedziałem jak mam to powiedzieć tak, aby nie zabrzmiało to, jak oskarżenie.
– Tobiasz, popatrz na mnie. Już nie znikam. Widzisz? Nie znikam. Więc się w końcu ogarnij i przestań pieprzyć. Wkurzasz mnie. Nie będę wiecznie nad Tobą skakał i czekał aż Ci to przejdzie.
– Wiem, przepraszam…
– Nie przepraszaj, tylko wracaj do łóżka. Musisz szybko wyzdrowieć, bo masz za dużo czasu na myślenie. – uśmiechnął się w końcu.
– Dobra, chodź. – wstałem i poczłapałem do salonu, a w ślad za mną poszedł Michał. Opatuliłem się szczelnie kołdrą i mruknąłem „dobranoc”, a on tylko wymamrotał „mhm” i odpłynąłem, tym razem w krainę spokojnych snów.


Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek to przeczyta i będzie miał ochotę – proszę o jakiś ślad. Fajnie byłoby wiedzieć, że ktokolwiek kiedykolwiek się na to zdobył, bo osobiście nie wyobrażam sobie, że ktoś z własnej, nieprzymuszonej woli to czyta regularnie. Z góry przepraszam za moje wypociny. Meh, meh, meh… W ten oto sposób zaczyna się lukier, duuużo lukru.
BTW, jeśli już ktoś to czytuje. Nie ma tu żadnej chętnej wolnej bety? Widzicie przecież jak to wygląda.

Podziel się dobrem