Dla odmiany notka będzie tu, bo mam dziwne przeczucie, że nikt tego nie czyta.

Tym razem rozdział jest wcześniej niż zwykle, ponieważ miałam trochę więcej czasu, a na blogu pojawiła się dziś magiczna liczba 4.444 wyświetleń, co mnie ucieszyło niezmiernie.

Z przyjemnych informacji, rośnie liczba księgarni internetowych, w których można znaleźć pierwsze dwa tomy serii „Czas na wyczerpaniu”. Chętnym polecam też zajrzenie na http://lubimyczytac.pl/autor/151379/b-d-b (tak, tak, żebrolajki zawsze w cenie).

Wszystkim czytającym bardzo dziękuję. Łatwiej czasem przemóc się, gdy dopada zmęczenie, gdy wiem, że ktoś to kiedyś przeczyta.

Zachęcam niezmiennie do pozostawiania po sobie jakiegoś śladu.

Nieustanne podziękowania dla niezmordowanej Avieline za betowanie.

Enjoy!


Niestety doby mijały nieubłaganie. Po paru dniach skończył się jego pobyt w szpitalu, a mi czas zaczął się coraz bardziej dłużyć. Przed wyjazdem wymieniliśmy się numerami, zaakceptowaliśmy zaproszenia na facebooku, dodaliśmy się na skype’ie i generalnie posiadaliśmy swoje wszelkie możliwe namiary, włącznie z adresem. Podałem mu nie tylko mój adres domowy, ale też wynajmowanego w Warszawie mieszkania, na wypadek, gdyby chciał wpaść. Teraz zostały nam tylko wiadomości, telefony i wspomnienia. Nasz wypad na kebab na przykład; minął bardzo przyjemnie i gdybym nie był pewny, że jest inaczej, uznałbym to za randkę. Chociaż, ponoć jestem w jego typie, więc kto go tam wie, co on sobie pomyślał. Mimo że z początku opornie nam szło, to ostatecznie bardzo się przyzwyczailiśmy do przebywania w swoim towarzystwie. Wymienione na początku doświadczenia i kilka pocałunków, sprawiły, że następny dzień był nieco krępujący. Obaj musieliśmy się odnaleźć w codzienności z wiedzą, jaką posiadaliśmy o sobie nawzajem. Ja uparcie zwalczałem w sobie wszystko, co mówiło mi, żeby się nim zaopiekować, a on wyraźnie toczył własną walkę z czymś, co po drodze zaadaptował. Ostatecznie wyszło nam to jednak całkiem dobrze. Nie tylko nasz wypad zakończył się w przyjemnej atmosferze, ale też pod koniec jego pobytu czuliśmy się przy sobie bardzo swobodnie. Niezmiernie cieszył mnie fakt, że przez ostatnie dwa dni Radek jadł już względnie normalnie, bez większej pomocy z mojej strony, chociaż wciąż porcje były raczej małe. Nie chciałem jednak narzekać. Ważne, że jadł. Przez to ominą go nieprzyjemności związane z wizytą w szpitalu psychiatrycznym. Psycholog, z którym Uno wciąż ma spotkania, wystawił mu jak najbardziej pozytywną opinię, więc na jakiś czas powinien mieć względny spokój. Pozostaje nam tylko liczyć na to, że jeszcze długo nie będzie żadnego nawrotu. Ja oczywiście też mam w tym trochę swoich korzyści. Będąc w domu może ze mną bezkarnie i do woli SMSować i rozmawiać. Po jakimś czasie takie nasze konwersacje stały się moim małym nawykiem.
Nawet, gdy wróciłem do Warszawy, wiedziałem, że po każdym ciężkim dniu będę mógł usłyszeć jego głos i od razu robiło mi się lepiej. Jednoczesne branie udziału w treningach i chodzenie na rehabilitacje paradoksalnie odbiło się na moim zdrowiu. Chodziłem wiecznie zmęczony i często łapałem przeziębienia, mimo obecnej pory roku. Kto normalny choruje u progu lata? Najwidoczniej ja. Zdecydowanie zmalał mi też apetyt, ale widząc karcące spojrzenie Radka na ekranie monitora, za każdym razem grzecznie dreptałem do kuchni po jakąś lekką kolację. Nawet na odległość pilnował, żebym jadał i się wysypiał, co było na swój sposób urocze. Mimo iż był koniec roku akademickiego, a on już dawno obronił tytuł magistra i złożył wstępnie wszystkie potrzebne dokumenty do rozpoczęcia przewodu doktorskiego, bardzo dużo pracował nad ostatecznym kształtem swoich badań, które będzie chciał złożyć, jak i również pozyskiwaniem kolejnych miejsc, w których mógłby je przeprowadzić. W tak zwanym międzyczasie, chociaż szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, kiedy by to miało u niego być, uczył ludzi angielskiego, bądź hiszpańskiego, a jednak w tym wszystkim znalazł zawsze moment, żeby ze mną porozmawiać i dopytać się czy na pewno prowadzę zdrowy tryb życia. Było to naprawdę ujmujące. Rozbrajał mnie czasem doszczętnie prostymi gestami i słowami, dając mi znać, że się o mnie troszczy. Nie pozostawałem mu oczywiście dłużny, upewniając się, że on również jada należycie, a czasem nawet zmuszając go do jedzenia przede mną podczas rozmowy przez skype’a. Na początku trochę protestował, ale ostatecznie się poddał i nie raz czekał z kolacją, abyśmy mogli w pewien sposób zjeść ją wspólnie. Były to całkiem miłe chwile.
Dziwiło mnie w tym wszystkim to, jak łatwo w gruncie rzeczy przychodziło mi utrzymanie tej znajomości. Rozmowy między nami były naturalne. Nigdy nie doświadczyłem z nim tej krępującej ciszy, kiedy każda ze stron patrzy się tępo w ekran i nie wie, co jeszcze mogłaby powiedzieć. Zawsze znalazł się jakiś temat. Często się śmialiśmy, a ja szybko przywykłem do jego kąśliwego poczucia humoru. Z czasem zaczęły mnie nawet bawić jego żarty na mój własny temat. Wiedziałem, że mówiąc je, nie ma niczego złego na myśli, więc na spokojnie śmiałem się z nim, ponieważ musiałem przyznać, że zdecydowana większość była trafiona. Czasem zdarzyło nam się również obejrzeć film, jednocześnie komentując go przez skype’a. Nasza relacja, czymkolwiek ona nie była, rozwijała się w najlepsze. Chcąc, nie chcąc, w głowie zaczęły mi kiełkować myśli o tym, jakby to było móc trzymać go w ramionach co wieczór, przed zaśnięciem i budzić się koło niego każdego poranka lub poczuć jego dłonie na mojej nagiej skórze… Niestety, ale było to niewykonalne. Nawet, jeżeli dobrze nam się rozmawiało i znajomość szła w dobrym kierunku, to nie oznaczało przecież, że zostaniemy parą. Moja wybujała wyobraźnia płatała mi figle na przekór zdrowemu rozsądkowi. Jakby mało było powodów, to z czysto racjonalnego punktu widzenia, każdy z nas miał swoje życie gdzie indziej. On nie porzuci doktoratu, a ja nie poddam się z bieganiem na ostatniej prostej.
Jednego wieczoru wróciłem bardziej padnięty niż zwykle i mówiąc szczerze, nie bardzo miałem ochotę na jakiekolwiek rozmowy. Postanowiłem nie siadać nawet do komputera, tylko wziąć prysznic, szybko coś przekąsić i iść spać. Niestety coś koło dwudziestej drugiej z minutami, kiedy już leżałem w łóżku, mój telefon zaczął niemiłosiernie brzęczeć. Nawet na niego nie spojrzałem, ale kiedy usłyszałem trzeci raz dźwięk przychodzącego połączenia, zirytowałem się i złapałem za aparat odbierając połączenie nie zobaczywszy nawet, kto dzwoni.
– Czego? – warknąłem.
– Woah, przepraszam. Spokojnie, to tylko ja. Nie przeszkadzam? – Usłyszałem w słuchawce niepewny i lekko nerwowy głos Radka. Automatycznie zszedłem z tonu i mimowolnie uśmiechnąłem się do siebie.
– Nie przeszkadzasz. Wybacz, nie chciałem tak warczeć na ciebie – odpowiedziałem szybko.
– Martwiłem się. Nie odbierałeś, nie ma cię na Internecie, nie odpowiadałeś na SMSy… – zaczął nieśmiało.
– Przepraszam. Jestem padnięty i zaraz po szybkim prysznicu i kolacji położyłem się do łóżka. Nie mam dzisiaj siły na nic – wytłumaczyłem się nieco zażenowany. Nie chciałem go obrazić w żadnym wypadku, a już na pewno nie chciałam wyjść na chama, gdy on się o mnie martwił.
– Ups. Dobra, to idź spać, a ja zadzwonię kiedy indziej – odpowiedział szybko.
– Nie, nie. Zawsze dobrze słyszeć twój głos – wtrąciłem prędko. – Jak minął dzień?
– Wszystko w porządku. Słuchaj, mam do ciebie romans – rzucił już zupełnie normalnie.
– Oho, lubię dźwięk tych słów. Mów – zaczynałem się ekscytować. Coś w jego głosie mówiło mi, że spodoba mi się to, co dla mnie przyszykował. Przeciągnąłem się i ułożyłem wygodniej, oczekując na dalszą część.
– Przekimasz mnie parę dni? – zapytał prosto z mostu, a na moje usta wypłynął wielki uśmiech. Podobało mi się coraz bardziej.
– Jasne, nie ma sprawy. Mam bardzo wygodną kanapę – powiedziałem, ale po chwili dorzuciłem figlarnie. – I jeszcze wygodniejsze łóżko.
– Przyjmuję ofertę i trzymam za słowo. Powiedz mi gdzie i o której kończysz trening w środę, to podjadę, co?
– Słuchaj, ciężko powiedzieć. Na pewno na stadionie legii, ale w środę akurat będzie małe zamieszanie i mogę być wolny o dwunastej albo o siedemnastej. Ciężko stwierdzić, która z opcji jest bardziej prawdopodobna.
– Uuu, kurcze. Jedenasta trzydzieści jestem na dworcu w Centralnej.
– Wiesz, jak trafić na stadion?
– Wiem, wiem. Poza tym od czego są mapy, co? Dam sobie radę – zapewnił mnie od razu.
– Dobra, a nie przeszkadza ci czekanie na mnie? – upewniłem się.
– Nie, jasne, że nie. To jak robimy?
– Podjedź pod stadion i zadzwoń do mnie, to wyjdę po ciebie i wpuszczę cię na trybuny. Inaczej ochroniarz może mieć jakieś zastrzeżenia.
– Jesteś pewny, że tak możesz? To nie będzie żaden problem? Nie chcę robić kłopotu – od razu zaczął się dopytywać, a ja zaśmiałem się krótko.
– Nie, nie, żaden kłopot. To dość popularne. Muszę cię tylko ostrzec. Do mnie nikt nie przychodził jeszcze, więc możesz przyciągać uwagę. Żeby nie było, że nie powiedziałem zawczasu – ostrzegłem go od razu, a w odpowiedzi przez jakiś czas słyszałem tylko jego śmiech.
– Okej, zrobię się na bóstwo. Rozumiem, że witanie się buziakiem nie wchodzi w grę? – żartował w najlepsze. Wyobraziłem sobie miny trenera czy chłopaków, gdyby zobaczyli mnie całującego się z Radkiem i również dołączyłem do niego, wybuchając śmiechem.
– A to zależy od tego, jak dobrym. Jak zrobisz się na bóstwo, to mogę się nie powstrzymać – rzuciłem zniżając głos. Atmosfera stała się inna, trochę bardziej intymna. Wbrew wszelkim pozorom dość rzadko dochodziło do takich momentów i nigdy nie wiedziałem, jak z tego wybrnąć. To była bardzo specyficzna znajomość i te chwile napawały mnie jednocześnie nadzieją i strachem.
– Na to liczę, ale ćśś, to tajemnica – odpowiedział konspiracyjnym szeptem, ale po chwili wrócił już do normalnego tonu głosu, skutecznie rozwiewając kłębiące się w powietrzu emocje. – No to do zobaczenia za dwa dni. Nie mam serca cię dłużej trzymać. Dobranoc.
– Dobranoc. Będę czekał – powiedziałem cicho i rozłączyłem się. Jeszcze przez chwilę leżałem z telefonem w ręku, po czym poczułem, że faktycznie morzy mnie sen i odłożyłem aparat na stolik obok łóżka, i umościłem się wygodnie, przymykając oczy. Tego wieczoru zasypiałem z uśmiechem.

Wtorek mijał nieubłaganie. Wieczorem dostałem tylko krótkiego SMS–a: do zobaczenia jutro ( ;. Zaczynałem panikować. Istniała duża szansa, że coś pójdzie nie tak. Albo może odwrotnie, za bardzo tak. Być może będzie spał w jednym łóżku ze mną. Teraz, gdy nikt nas nie pilnował i nie było żadnych przeszkód… Nie wiem na ile będę mógł trzymać nerwy na wodzy i zachować jako taki spokój, gdy on będzie leżał pode mną… yyy… obok mnie w samej piżamie. Moja wyobraźnia płatała mi zdecydowanie za dużo figli. Nie mogłem zaprzeczyć, między nami była chemia. Tylko wciąż bałem się jej poddać. Bałem się tego, co miało być potem. Każde z nas ma życie gdzie indziej, a ja do niedawna myślałam o nim jak o dupku, który wszystkich ma za nic. Z jednej strony znów chciałem poczuć jego miękkie wargi na swoich i zanurzyć palce w jego włosach. Wpleść w nie dłonie i przyciągnąć go bliżej siebie, a drugą ręką sunąć po jego nagiej skórze… Aż przygryzłem wargę na samą myśl. Nie powinienem w ogóle nastawiać się na takie scenariusze, ale ciężko było powstrzymać strumień myśli i obrazów przewijających się przez moją głowę. Byłem w kropce. Jednocześnie chciałem wszystkie te wizje spełnić, ale za razem nie chciałem rujnować jedynej znajomości, która nie była powierzchowna.

Podziel się dobrem