8. W mojej głowie

Cześć Kochani!

Po dość długiej przerwie wraca do nas Zabłądzić nocą! Może w tym rozdziale nie zadzieje się za wiele, ale sytuacja powoli będzie się prostować. Marcel ma przed sobą wiele ciężkich chwil i myślę, że dobrze by było, gdybyśmy mu w tym potowarzyszyli.

Już za parę dni dowiecie się, co będzie się działo z okazji drugiej rocznicy mojej działalności pisarskiej. Mam nadzieję, że jesteście podekscytowani tak samo, jak ja. ( ;

Enjoy!


Nie było jeszcze trzynastej, kiedy byłem wolny i miałem jeszcze około godziny do rozpoczęcia swojego dyżuru. Nie byłem pewien, jak go przeżyję, zważywszy na to, że już byłem wyczerpany, ale wziąłem głęboki oddech i powtórzyłem sobie po raz kolejny, że wiedziałem, w jaki zawód się ładuję. Szybko skierowałem więc kroki na oddział do Mariusza, żeby sprawdzić jak się trzyma Daniel. Jak się okazało badania już były skończone, a jego lekarz wykopał mnie z gabinetu, każąc iść do partnera zamiast przesiadywać mu na głowie. Nie traciłem czasu i szybko odnalazłem salę mojego chłopaka. Zapukałem ostrożnie w futrynę, żeby zwrócić na siebie uwagę i uśmiechnąłem się do niego, gdy tylko spojrzał w moją stronę. Odwzajemnił gest i ruchem głowy wskazał na taboret obok jego łóżka. Pospiesznie podszedłem do niego i siadając na stołeczku wziąłem go za rękę.

– Jak się czujesz? – zapytałem.

– Wykończony, ale ponoć warto, więc nie narzekam. Ty za to nie wyglądasz najlepiej – zwrócił uwagę od razu i zmierzył mnie badawczym spojrzeniem.

– Mało spałem, a asysta trwała jakieś trzy godziny, więc padam. W jednym momencie zaczęliśmy go tracić, ale się udało. Dalej nie wierzę. Uratowałem komuś życie – wydukałem wciąż nieco oszołomiony.

– Nie pierwszy raz – podsunął, ale pokręciłem głową.

– To co innego, kiedy masz przed sobą nieprzytomnego otwartego pacjenta i wiesz, że liczy się każdy milimetr… Nie umiem ci tego opisać. Profesor nie wierzył, że to się uda. Widziałem to, po jego minie, ale udało się. Nie wiem nawet, czemu tak zareagowałem. Zrobiłem to instynktownie, nie myśląc o tym – paplałem bez sensu, ale Daniel tylko ścisnął moją rękę mocniej.

– Mówiłem ci, masz tę wiedzę. Musiałeś tylko uwierzyć w siebie i działać. Jestem z ciebie dumny – powiedział cicho, patrząc na mnie z zadowolonym uśmiechem.

– Dziękuję. Profesor chce zmienić mój grafik od przyszłego miesiąca, żeby mieć na mnie oko, a jeśli się sprawdzę, to poleci mnie dalej na chirurgię onkologiczną. Tam będzie jeszcze ciężej. Muszę więcej ćwiczyć – mówiłem dalej, usilnie myśląc, jak to zrobić, a on jęknął na to i zaczął się śmiać.

– No co? – mruknąłem marszcząc brwi.

– Znowu będziesz kotlety kroił skalpelem – wytknął mi, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Miał rację, będę. Jakoś trzeba sobie radzić. – Niech cię Michał w kuchni zatrudni, a najlepiej wyśle do tego swojego znajomego do klubu. Tam poćwiczysz rozdrabnianie wszystkiego na małe precyzyjne kawałki.

– Spadaj, co? – obruszyłem się, ale postanowiłem nie wszczynać awantury. – Wiadomo cokolwiek o wynikach?

– Nie tak od razu, a podejrzewam, że tobie powie pierwszemu. Znasz się na tym lepiej niż ja – odpowiedział zlewczo.

– Ale to twoje zdrowie – zaoponowałem. – Poza tym, nie jesteśmy spokrewnieni. On nie może mi udzielić żadnych informacji.

– Masz mnie za takiego tępaka? Obaj z Michałem jesteście upoważnieni do wszelkich informacji na mój temat, a ty masz jeszcze jeden papierek do podpisania, ja już podpisałem wszystko. Jak to zrobisz, masz ostateczny, decyzyjny głos w razie, gdyby coś poszło nie tak. Nie dyskutuj – powiedział od razu twardo, gdy tylko zobaczył, że otwieram usta, żeby to skomentować. – Wiem, że to jest odpowiedzialność, ale chcę żebyś ty miał tę władzę. Jesteś do tego najlepiej przygotowany.

– Przygotowany? Jeśli coś pójdzie nie tak i będę musiał podjąć decyzję o tym, żeby cię odłączyć… Nie będę umiał tego zrobić. Straciłem ojca. Nie każ mi w razie czego decydować o twoim życiu i śmierci. Daniel, nie możesz tego ode mnie wymagać. Nie będę w stanie tego zrobić – zacząłem panikować, ale on tylko wstał z niejakim trudem i stając tuż przede mną, przytulił mnie do siebie. – Powinieneś leżeć – wydukałem.

– Nic mi nie będzie. Ani teraz, ani potem. Mimo to, muszę mieć pewność, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to podejmiesz decyzję zgodną z moim stanem i pogodzisz się z tym. Podpisując to, będziesz wiedział, kiedy trzeba odpuścić i pożegnać się raz na zawsze. Marcel, obaj tego potrzebujemy – mówił spokojnie i ani na chwilę nie przestawał mnie przytulać.

– Dobrze, już dobrze. Kładź się, Danny. Jesteś osłabiony chorobą i zmęczony po badaniach, powinieneś odpoczywać. Idę do Mariusza podpisać to upoważnienie, ale wiedz, że mi się to nie podoba – odparłem zrezygnowany.

– Dziękuję. Też powinieneś odpocząć przed dyżurem. Zobaczymy się potem. – Pocałował mnie krótko na pożegnanie i wgramolił się z powrotem na łóżko, a ja ruszyłem znów w stronę gabinetów lekarskich. Widząc moją minę Mariusz bez słowa podał mi dokumenty, które podpisałem. Nie chciałem ich czytać.

– Gratulacje, właśnie zostałeś dawcą nerki – oznajmił mój znajomy, a ja zamarłem i spojrzałem się na niego z wielkimi oczami, ale ten tylko parsknął śmiechem. – Żartuję, ale następnym razem czytaj, co podpisujesz. No i głowa do góry, teraz masz realną kontrolę. Nikt nie ma prawa cię odsunąć.

– Nie podoba mi się odpowiedzialność, jaka za tym stoi. Wymusił to na mnie, więc podpisałem – odparłem poirytowany. – Nie powinienem mieć takiej władzy nad jego życiem.

– Jesteś lekarzem. Przyzwyczajaj się. Ten zawód związany jest z odpowiedzialnością – wytknął, ale spojrzałem na niego spod byka.

– Mariusz, do jasnej cholery. Gdyby ktoś kazał ci decydować o życiu twojej narzeczonej to byłbyś z tego powodu szczęśliwy? – zapytałem już autentycznie rozjuszony.

– Może nie szczęśliwy, ale na pewno spokojniejszy. Ważne, że mógłbym reagować, a nie stałbym z boku i czekał aż ktoś podejmie decyzję za mnie i to zapewne taką, z którą bym się nie zgadzał – odpowiedział dobitnie, a ja pokiwałem głową i przełknąłem gorzki komentarz.

– To dla mnie za wiele – wyrzuciłem tylko. – Wystarczy mi śmierć ojca.

– Ale ty dramatyzujesz. On jeszcze nie umiera. Nie wiemy, jak wyjdą wszystkie wyniki. Jak tylko będą, sam je przejrzysz, jasne? Idź, odpocznij, ogarnij się i nie truj dupy – skwitował i wyprosił mnie ze swojego gabinetu.

Nie mając co ze sobą zrobić wyszedłem na dwór, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza i odetchnąć trochę. W międzyczasie wysłałem Michałowi SMSa, że Daniel miał już wszystkie badania za sobą, więc w razie czego mógł już powoli kierować się do szpitala. Niemal od razu odebrałem od niego telefon.

– Cześć, synek. Jak się trzymasz? – Usłyszałem na wstępie.

– Cześć. Nie wiem. Na razie nie bardzo, a przede mną długi dyżur. Jeśli masz jakąś nadprogramową wałówkę to nie pogardzę. No i ewentualnie paczkę fajek – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Wiesz, że jeśli jadę do niego, to oczywiste, że dla ciebie na dyżur też coś przygotowałem – rzucił urażonym tonem. – Poza tym, fajki są niezdrowe. Nie powinieneś palić.

– Ty też nie, a od śmierci taty masz wiecznie zakamuflowaną paczkę w kuchni – wytknąłem mu.

– Jak byliśmy młodsi to obaj paliliśmy i tam zawsze trzymaliśmy papierosy. Zresztą, ja mogę. Ty masz być grzeczny. Nie powtarzaj błędów młodości, Marcyś. Wiesz, jak łatwo się wciągnąć i przekroczyć cienką granicę… – zaczął, ale wszedłem mu w słowo.

– Michał, nie jestem już od lat twoim wychowankiem. Daj sobie spokój.

– Nie. Jesteś moim synem i dbam o ciebie – powiedział dobitnie, a ja tylko westchnąłem.

– Wiem. Dziękuję, ale potrzebuję tych fajek dzisiaj. Daniel jest w nienajlepszym stanie, kazał mi podpisać dokumenty, które upoważniają mnie do tego, żeby wyciągnąć wtyczkę, gdyby coś poszło nie tak i zaliczyłem trzygodzinną asystę, gdzie prawie straciliśmy pacjenta i tylko cudem udało się go uratować. Michał, proszę – jęknąłem, wiedząc, że gdy ojciec tak robił, on zawsze ulegał.

– Okej, ale to ostatni raz i nie dostaniesz więcej niż dwie fajki, a jak przyłapię cię z całą paczką, to śpisz na tarasie i nie obchodzi mnie, ile masz lat, dostaniesz przez łeb i koniec – ostrzegł i wiedziałem, że był w stanie to zrobić.

– Jasne. Dziękuję. Po prostu muszę się odstresować – mruknąłem.

– Będę za dziesięć minut. Nie bój się mówić, że kogoś potrzebujesz, synek. Ile można udawać, że nie potrzebujemy pomocy? Tobi zostawił nas na pastwę losu, ale chyba nie chciałby, żebyśmy tak skończyli. Czas się ogarnąć, Marcel – westchnął głośno do słuchawki. – Do zobaczenie za chwilę.

– Uhm, czekam przed wejściem – rzuciłem i rozłączyłem się, starając się uspokoić. Nie było jeszcze drugiej, a ten dzień już był dla mnie zbyt ciężki. Chciałem tylko skończyć dyżur i iść spać.

Nawet nie wiem, ile czasu minęło, ale wydawało mi się, że niewiele ponad minutkę czy dwie, kiedy poczułem oplatające mnie ramiona i poczułem dobrze znane mi perfumy mojego opiekuna. Wyszeptał kilka słów pocieszenia, zapalił ze mną papierosa i dając mi wałówkę, odesłał na oddział, sam kierując się do Daniela. Tego dnia musiałem jeszcze udawać silnego. Wiedziałem, że następnego też będę pewnie musiał, ale potem mogłem pozwolić sobie na błogie załamanie. Potencjalnie w ramionach mojego partnera. Nie obchodziło mnie, kto mnie zobaczy ani jakie plotki się rozniosą. Potrzebowałem jego bliskości, tak jak on potrzebował mojej. Miałem zamiar tę potrzebę uzupełnić tak szybko jak się dało. Dziesięć długich lat spędziłem w jego ramionach i nie miałem zamiaru teraz ich opuszczać, gdy wszystko zaczęło się powoli jakoś prostować.

Usiadłem na chwilę w stołówce nad kawą i przebiegłem myślami przez cały ten ostatni rok. Uczucia, które mi towarzyszyły, gdy Daniel mnie odtrącał raz za razem wciąż były świeże. Szczególnie, gdy milczał, kiedy go potrzebowałem. Krótko po pogrzebie byłem w totalnej rozsypce. Myślałem, że zawalę przez to studia, a właściwie staż. Przez kilka tygodni odmawiałem wyjścia z domu, a często nawet z pokoju, ale kiedy szukałem wsparcia w swoim partnerze jego odpowiedź mnie zaskoczyła. Wiedziałem, że przeżył to nie mniej niż ja, ale daj mi spokój, usłyszane, gdy mój świat się walił, pozostawiło zadrę. Gdy krzyczałem, płakałem i pałętałem się po domu, on po prostu wychodził, żeby na to nie patrzeć. Dopiero po jakimś czasie Michał miał dość oglądania mnie takiego i po długiej rozmowie namówił mnie na wizytę u psychiatry. Starałem się to przepracować na terapii, ale prawda była taka, że bez antydepresantów nie dałbym sobie rady. Mam wrażenie, że przez cały ten czas Daniel nawet nie wiedział, że je biorę. Nie wiedziałem, czy w ogóle by go to obeszło. Szczerze w to wątpiłem.

Brakowało mi taty. W ciągu dziesięciu lat stał się dla mnie ojcem, jakiego zawsze chciałem. Nie był ideałem, ale mimo to dla mnie był niedoścignionym wzorem. On i Michał odmienili moje życie. Wciąż doskonale pamiętam moje początki w ich domu i wciąż wstydzę się za każdą kłótnię. Po czasie doszedłem do wniosku, że szkoda mi całego tego czasu, jaki zmarnowałem gniewając się na ojca. Gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz, być może zastanowiłbym się trzy razy zanim powiedziałbym coś, co miało go zaboleć. Teraz było za późno, ale na szczęście w momencie jego śmierci nie byliśmy pokłóceni. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym dowiedział się, że on nie żyje, jeśli nie bylibyśmy akurat w dobrych stosunkach. Wciąż wyrzucałem sobie, że nie powiedziałem mu nigdy wprost tego, jak bardzo go podziwiałem. Ani razu nie zdobyłem się na to, żeby powiedzieć mu, że kocham go jak rodzonego ojca. Nigdy nie powiedziałem mu, jak dumny z niego jestem. Dopiero dzięki tej myśli postanowiłem porozmawiać z Michałem i powiedzieć jemu to, czego nigdy nie powiedziałem tacie. Nie chcę po raz kolejny popełnić tego samego błędu.

Chciałbym móc wrócić do tych pięknych momentów, gdy byłem jeszcze gówniarzem, a w domu wiecznie było pełno ludzi. Do rodziców przychodzili znajomi albo rodzina, Daniel był u nas codziennie, a do tego z czasem moi kumple wpadali posiedzieć. Z początku nie byli przekonani, a informacja o tym, że w sumie to mam dwóch ojców, obiegła szkołę z prędkością światła, ale tata i Michał szybko zjednali sobie wszystkich. Atmosfera, jaką wokół siebie roztaczali była niesamowita. Pamiętam, jak szczęśliwi byli, gdy po raz pierwszy wrócili od babci Manueli z Portugalii. Kiedy pokazali mi obrączki i nie mogli powstrzymać się od szerokich uśmiechów, nie wiedziałem czy złościć się, że nie było mnie tam z nimi czy cieszyć się ich szczęściem. Ostatecznie ta druga opcja szybko wygrała. Chciałem wtedy dojść z Danielem do takiego momentu, żeby móc cieszyć się sobą nawzajem tak, jak tata i Michał. Owszem, kłócili się, obrażali i miewali ciche dni, ale koniec końców wystarczyło, że na siebie spojrzeli, a na twarzach obu pojawiały się uśmiechy. Byli udanym małżeństwem. Do tego stopnia, że aż ciężko było mi uwierzyć w to, co opowiadali, gdy wspominali lata młodości i swoje przeboje. Chyba żadnego z nich nie posądziłbym o takie wybryki. No może tatę tak, zważywszy na to, jak często mijał się z prawdą i jak lekko mu to przychodziło.

Przez długi czas miałem wyrzuty sumienia, że nigdy nie powiedziałem Michałowi, że ojciec pracuje w terenie. Obwiniałem się tym samym o jego śmierć. Miałem wrażenie, że gdybym odezwał się szybciej, Michał zareagowałby i nigdy nie doszłoby do tego strasznego wypadku. Na szczęście psychiatra mi to wyperswadował i nakłonił mnie do rozmowy z Michałem, podczas której dowiedziałem się, że on wiedział przez cały ten czas. Może i tata nie przyznał się bezpośrednio, ale Michał znalazł jego dyplom z kryminologii, a poza tym rozmawiał z jego partnerem. Okazało się, że posada psychologa na policji to było kłamstwo dość grubymi nićmi szyte. Owszem, czasem zdarzało się, że potrzebowali go w tym charakterze, ale był profilerem, a co za tym idzie, często szlajał się z własnej woli za ekipą śledczą i starał się zebrać jak najwięcej informacji dotyczących ściganego. Tamtego razu po prostu zebrał za dużo i zapłacił najwyższą cenę za swoją wiedzę.Cieszyłem się, że podczas adopcji zdecydowałem się na jego nazwisko. Chociaż coś mi po nim zostało. Przedmioty za łatwo się niszczą, a to zostanie ze mną na zawsze. Mam namacalny dowód na jego istnienie i to, że jesteśmy połączeni. Wszystkie dokumenty mogę podpisywać nazwiskiem Piórecki i cholernie mi z tym dobrze. Chciałbym, żeby Daniel też kiedyś mógł. Daniel Felowicz-Piórecki. Nie brzmiało źle. Mógłbym przyzwyczaić się do tego. Gdy tylko będziemy mieli czystą sytuację, nie będę tracił więcej czasu.

Myśli o “8. W mojej głowie

    1. Dziękuję za komentarz! 😁
      W tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz ; >
      No powiem Ci, że ja też jestem ciekawa, ale to się zobaczy 😉

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*