I. Ich zatrzymanie

Kochani!

Pierwszy rozdział III części Numero Uno przed Wami. Nie wiem, jak często będą się pojawiać update’y, ale liczę, że w miarę regularnie do końca roku. Zobaczymy, jak będzie szło pisanie. A póki co…

Enjoy!


Zanim Uno dotarł do nowego lokum, minęły prawie dwie godziny. Wprawdzie nie było ono aż tak oddalone od ich mieszkania, ale nie mógł się zdobyć na to, żeby wejść tam tak szybko. Wtedy wszystko stałoby się nagle ostateczne. Czuł wprawdzie, że i tak nie ma już odwrotu, ale nie był na tyle silny, by nacisnąć klamkę drzwi mieszkania, które miało być jego nowym domem. W jego głowie kłębiły się setki myśli, więc zdecydował się odwlec ten moment i obrał dłuższą, okrężną drogę, nie spiesząc się wcale na kolejne autobusy i tramwaje. Chciał dać sobie jak najwięcej czasu na uspokojenie się. 

Tymczasem jego partner siedział jak na szpilkach, wgapiając się w trzymany w ręku telefon i modląc się o przychodzące połączenie. Nie chciał dzwonić pierwszy, a co ważniejsze zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien. Musiał dać narzeczonemu tyle czasu, ile ten będzie potrzebował, jeśli ich związek miał przetrwać tę próbę, jednak jego choleryczny charakter zdecydowanie nie ułatwiał mu sprawy. Tymek pluł sobie w brodę, że nie zapytał się o adres mieszkania, w którym Unirad wynajął pokój, ale pod skórą czuł, że i tak nie uzyskałby jeszcze tej informacji. To było frustrujące.

Zanim Uno usiadł na wąskim, średnio wygodnym łóżku, minęło już trochę ponad godzinę. Rozejrzał się raz jeszcze po pustych ścianach i już wiedział, jak bardzo będzie tęsknił do ich nowego, świeżo wyremontowanego mieszkania. Coś mu mówiło, że mimo wszystko będzie spędzał w nim więcej czasu niż w wynajętym przez siebie pokoju, ale potrzebował teraz ucieczki przed uważnym wzrokiem partnera. Gdy tylko jego myśli powędrowały ku Tymkowi, zaklął pod nosem i szybko wyciągnął telefon z kieszeni, wybierając jego numer. Oczekiwał porządnej bury za tak późne zgłoszenie się, ale jego narzeczony był wyjątkowo wyrozumiały.

– Dojechałem… – zaczął niepewnie, gdy tylko upewnił się, że faktycznie telefon został odebrany już po pierwszym sygnale.

– To dobrze. Naprawdę tak daleko wynająłeś to mieszkanie? – Usłyszał w odpowiedzi, na co westchnął i pokręcił głową, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że przecież Tymon go nie widzi.

– Nie, po prostu… potrzebowałem czasu. Przepraszam, pewnie się martwiłeś – powiedział ostatecznie, licząc, że jakoś wykpi się od głębszych tłumaczeń.

– Nie powiem, że nie. Daj znać, jak będziesz czegoś potrzebował, okej? – zapytał wyraźnie zatroskany. Siedział w tym czasie na ich ulubionym fotelu pod grubym kocem, bo mimo zbliżającego się lata, na myśl o tym, co może dziać się z Radkiem, przechodził go zimny dreszcz. Na chwilę zawisła między nimi ciężka cisza, której od dawna nie mieli okazji posmakować.

– No przecież dam – mruknął młodszy z nich pod nosem, gdy opadły najcięższe emocje, a gula w jego gardle zmalała. – Zależy mi na tobie. Nie rozstajemy się. Kocham cię.

– To wróć – wyrwało się Tymkowi, ale zanim oburzony Uno zdążył na to odpowiedzieć, dodał szybko. – Przepraszam, wiem. Nie powinienem. Daj mi trochę czasu. Muszę się znów przyzwyczaić, że nie ma cię obok.

– Będę. Nie mam się zamiaru kompletnie odciąć – wtrącił obronnym tonem Unirad.

– Nie pozwoliłbym ci na to. – Usłyszał w odpowiedzi gorące zapewnienie i uśmiechnął się sam do siebie.

– Wiem. Zobaczymy się jutro, obiecuję. Na razie odpocznij i skup się na treningach i swoim zdrowiu. Będę jutro w mieszkaniu, zrobię obiad. Może coś obejrzymy? – zaproponował, chcąc niejako odwrócić uwagę partnera od niechcianych myśli.

– Jestem za. Znajdę coś ciekawego. Daj znać, o której się ciebie spodziewać, to może jak będę wracać z treningu to spotkamy się jakoś po drodze… – urwał sugestywnie, chcąc wymusić jakąś pozytywną reakcję.

– Jasne. Zadzwonię jeszcze dziś przed snem. Będzie prawie jak kiedyś – odparł Uno aż nazbyt wesołym tonem. Obaj dobrze wiedzieli, że była to sztuczna wesołość, ale zgodnie postanowili to przemilczeć.

– Masz rację. Prawie – wtrącił cicho Tymon, ale nie chcąc w to brnąć dodał zaraz. – To do usłyszenia.

– Uhm, kocham cię. Pa.

Rozmowa, mimo wszelkich starań zakończyła się dość ciężko i przez kilka kolejnych dni jeszcze nie bardzo wiedzieli, jak mają podejść do tego tematu. W powietrzu wisiała ciężka, gradowa chmura, która przysłaniała im widoki na wspólną świetlaną przyszłość. Wiedzieli, co prawda, że chcą zostać razem. Zbyt wiele poświęcili dla tego związku, żeby nagle z niego zrezygnować, ale to nie wykluczało napięć i niemej niezgody panującej mimo potoku słów przelewanych między nimi. Żaden z nich nie chciał jednak mówić o tym głośno. Coś obaj przegrali w momencie, w którym zgodzili się na taki układ, wyrzucając to sobie po cichu. Tymon żałował, że nie zawalczył o partnera wystarczająco mocno, a Unirad powoli zdawał sobie sprawę z tego, że popełnił błąd, widząc jak reaguje jego narzeczony. Nie było już dobrego wyjścia z tej sytuacji. Pozostało im tylko doczekać momentu, w którym Uno znów zaleczy anoreksję i wróci do domu. Tego, który mieli budować wspólnie od podstaw.

Tymek widział, jak jego partner marnieje z tygodnia na tydzień, ale z uwagi na jego stan psychiczny milczał dzielnie. Pozwalał mu w zasadzie na wszystko. Chciał znów widzieć go z beztroskim uśmiechem na twarzy, ale powoli nie wiedział, jak go przywołać. Bał się słów i gestów, które kiedyś były dla nich naturalne. Nie miał pewności, jaką reakcję wywołają każdym kolejnym razem. Radek tymczasem zagłębiał się z dnia na dzień w coraz większym poczuciu winy nakręcając tę spiralę. Nie chciał by partner skupiał się na nim, jednak Tymon ani myślał przestać się o niego martwić. W jego oczach wszystko było proste. Uno powinien być z nim w domu i powinni walczyć razem, a nie mijać się w drzwiach własnego mieszkania, uciekając od tematu, a tym samym uciekając od siebie nawzajem.

Sytuacja nie zmieniła się nawet po rozpoczęciu urlopu przez Tymka. Unirad wciąż na noc zostawał tylko, gdy widział, że jego narzeczony jest bardzo blisko granicy swojej wytrzymałości. Nie chciał jej próbować przesuwać, więc zgadzał się, choć wciąż nie pozwalał się dotykać. Brak postępów w leczeniu martwił Tymona nie mniej, niż Radka martwiły postępy w chorobie tego drugiego. Wszystko zmierzało w złym kierunku. W pewnym sensie czekali tylko na jakieś potężne tompnięcie. W końcu się go doczekali.

W dniu wyjazdu na zawody w Madrycie, które były już na zawsze naznaczone dla nich poważnym bagażem emocjonalnym, Tymek po raz pierwszy miał choć w przelocie zobaczyć, jak mieszka jego partner. Niestety Uno nie odbierał telefonu. Było bardzo wcześnie, więc istniała dosłownie minimalna szansa, że zaspał, jednak coś podpowiadało starszemu z partnerów, że to nie jest jedyny powód. Żołądek ścisnął mu się nieprzyjemnie. Miał bardzo złe przeczucia. Radek z każdym mijającym tygodniem wyglądał gorzej. Coś musiało mu się stać. Był zbyt odpowiedzialny, żeby ot tak zaspać. Nie po dwóch latach związku, nie na zawody, których obaj się obawiali, i o których dyskutowali długie godziny przez cały poprzedzający je tydzień. Tym bardziej, że wyniki testów nie wyszły w tym roku już tak obiecująco, a dla wszystkich, którzy chcieli wystartować w igrzyskach właśnie zaczynała się ostatnia prosta. Ostatni rok. Niedługo będą podane składy, a potem zostaną już tylko wzmożone treningi.

Gdy nikt nie odpowiedział na jego pukanie przez dłuższy czas, zmartwił się już nie na żarty. Zdenerwowany, nacisnął na klamkę i ze zdziwieniem odkrył, że drzwi frontowe są otwarte. Wszedł do środka, rozglądając się ukradkiem i prędko zrzucił torbę na ziemię, biegnąc w stronę partnera, którego właśnie zobaczył leżącego na podłodze przy drzwiach jednego z pokoi. W pierwszej chwili nie bardzo wiedział, co ma zrobić. Czuł narastającą panikę, tym bardziej, że Uno nie reagował na żadne wołania czy dotyk. Nie mógł jednak zostawić go tak na podłodze, więc wziął głęboki oddech i widząc rzeczy swojego partnera w pomieszczeniu, z którego najwyraźniej próbował wcześniej wyjść, podniósł go ostrożnie i przeniósł na łóżko. Dopiero wtedy uderzyło go, jak lekki był. Ułożył go tak, by leżał wygodniej, przy okazji sprawdzając puls i oddech. Na szczęście nie zauważył problemów z ani jednym, ani drugim, co pozwoliło mu choć trochę odetchnąć. Omiótł wzrokiem partnera leżącego nieruchomo, a później niewielkie pomieszczenie. Poza łóżkiem i niedużym stolikiem oraz wieszakiem na ubrania, nie było tam nic więcej. Wierzyć mu się nie chciało, że Radek wolał siedzieć sam w takiej klitce zamiast z nim, w domu, mając do dyspozycji dostosowaną do siebie przestrzeń i narzeczonego pod bokiem.

Właśnie… Narzeczonego. Westchnął na samą myśl i wziął go ostrożnie za rękę, przesuwając palcem po obrączce, którą od niemal roku Uno miał na palcu. Czuł się bezradny. Wiedział, że powinien zadzwonić na pogotowie, ale wciąż powstrzymywała go myśl o gniewie partnera. Wolał z telefonem poczekać, aż ten się wybudzi, ale tym razem był już tak przerażony, że wiedział, że nie odpuści i będzie napierał na pomoc specjalistyczną. Wszystko miało swoje granice, a ta została właśnie przekroczona. Na szczęście młodszy kochanek zaczął się po chwili powoli budzić, co od razu postawiło Tymona w stan gotowości.

– Uno? – zaczął szeptem, wciąż trzymając go za rękę.

– Tymek? Co ty tu… O matko, lotnisko! Musimy wychodzić, przecież… – od razu zaczął mówić, próbując się podnieść. Widać, adrenalina zadziałała, bo miał na to siłę, ale obaj wiedzieli, że to nie potrwa długo.

– Leż, nigdzie nie lecimy – powiedział stanowczo Tymek, kładąc partnera z powrotem na łóżku.

– Jak to? Nie możesz opuścić tych zawodów. Zbieraj się – upierał się Uno i ponownie spróbował usiąść, ale Tymon był nieugięty.

– Zadzwonię do trenera. Zawodów będzie więcej, a w tej chwili to ty jesteś moim priorytetem. Nie nadajesz się, żeby gdziekolwiek lecieć, a ja cię nie zostawię. Już dość. Musisz się leczyć i to natychmiast. – Frustracja była aż nazbyt słyszalna w jego głosie. W pierwszym odruchu Unirad przymknął oczy i westchnął głęboko.

– Wiem. Wiem, że muszę, ale nie mogę pozwolić ci zawalić zawodów. Musisz tam być. Pojadę tam z tobą, będziesz miał mnie na oku, a gdy wrócimy, zgłoszę się na leczenie. Obiecuję ci to. – Spojrzał się wreszcie głęboko w oczy swojemu partnerowi, a na jego twarzy malowała się wręcz desperacja. Nieco zmiękczyło to serce Tymona, który wciąż walcząc ze sobą, pokiwał niepewnie głową i wstał, nie bardzo wiedząc, jak spożytkować nagromadzoną energię.

– Chcesz coś do picia? – zapytał w końcu, nie chcąc jeszcze ostatecznie podejmować tak ważnej decyzji, na którą w żadnym wypadku nie był przygotowany.

– Wodę. Jest w lodówce, na drzwiach po prawej stronie – wykrztusił cicho Radek, mając wrażenie, że nie przekonał narzeczonego do swoich racji. Gdy tylko ten opuścił pomieszczenie, spróbował usiąść i bardzo szybko przekonał się, że to zdecydowanie zły pomysł. Potrzebował dwóch kolejnych prób, żeby móc zwyczajnie usiąść na łóżku. Było mu niedobrze i kręciło mu się w głowie, która w dodatku potwornie bolała go z jednej strony, prawdopodobnie od wcześniejszego uderzenia przy upadku. Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że nie będzie w stanie polecieć do Madrytu. Nie ważne, jak bardzo by się nie uparł, nie było na to szans. Odebrał drżącymi rękami szklankę z dłoni partnera i patrząc na niego smutno, powiedział ciężko. – Nie dam rady. Chciałbym, ale nie dam rady. Leć, błagam cię, leć. Zadzwonię do Natki, pomogą mi w przeprowadzce z powrotem do domu. Jeśli dostanie urlop to może posiedzi ze mną trochę i mnie przypilnuje. Będę się porządnie leczył, przyrzekam, ale leć.

– Uno, nie zostawię cię tu samego. – Tymek szedł w zaparte.

– Te lo ruego, cariño… – Uno przeszedł do szeptu, a po jego policzkach płynęły powoli łzy. – Nie chciałem tego. Nie tak miało być.

– Nie masz pojęcia, jak przerażony byłem, kiedy zobaczyłem cię leżącego na podłodze. Boję się spuścić cię z oczu choćby na chwilę. A co, jeśli następnym razem nie otworzysz oczu? To będzie moja wina. – Tu uciszył ruchem ręki chcącego od razu zaprotestować chłopaka. – Jeżeli coś ci się stanie, to tylko i wyłącznie z mojej winy. Mogłem cię bardziej pilnować. Co ze mnie za partner, gdy nie umiem się tobą zaopiekować, kiedy tego potrzebujesz?

– A ja? Potrzebujesz teraz wsparcia nie mniej niż ja, a zamiast wziąć się w garść… – zaczął wyraźnie sfrustrowany, ale Tymon mu przerwał.

– Nie wpędzaj się w poczucie winy. To nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Przyjmijmy, że obaj daliśmy ciała i zostawmy to. Jesteśmy siebie warci, ale naprawdę się martwię.

– Będę pod telefonem. Stale. Nie będę go wyciszał, żeby móc odebrać nawet, jeśli zdarzy mi się przysnąć. Natka z ojcem na bank nie zostawią mnie samego – zapewniał gorąco młodszy z partnerów, chcąc jakoś przekonać do wyjazdu swojego kochanka. Widział, że praktycznie prawie mu się to udało, ale niestety Tymon wciąż miał obawy. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż obaj wiedzieli, że są one uzasadnione.

– Poczekam chociaż, aż przyjadą. Kupię bilety na wieczór albo na jutro. – Tymek poddał się wreszcie, choć dalej próbował podejść jakoś racjonalnie do opieki nad partnerem.

– Nie trzeba. Zresztą, nie możesz. Sebastian cię zabije, jeśli się spóźnisz. Błagam, jedź na to lotnisko. Zadzwoń wieczorem na Skype, porozmawiamy wtedy.

– Obiecujesz? – Z ciężkim sercem zapytał Tymon, chcąc pozbyć się tego nieprzyjemnego ukłucia w sercu. Nie chciał zostawiać partnera. Nie wyobrażał sobie wylecieć bez niego, ale w gruncie rzeczy nie miał wyjścia.

– Obiecuję. Zjem śniadanie, zadzwonię do Natalii… Będzie dobrze. Teraz najważniejsza jest twoja kariera. To już ostatnia prosta. Musisz tam być. Nie skupiaj się na podium, tylko tam po prostu bądź. – Radek swoim zwyczajem zaczął obszerny wykład, przy którym Tymek szybko się wyłączył, a właściwie, zatrzymał na kilku pierwszych słowach.

– Po pierwsze – przerwał mu w końcu. – Twoje zdrowie jest najważniejsze i mam nadzieję, że wiesz, gdzie leżą, moje priorytety. Po drugie, zjesz…?

– Zjem. Dam radę – potwierdził cicho, po czym uśmiechnął się półgębkiem. – Mam nadzieję, że wiesz, gdzie leżą moje.

– Lecę, bo się nie dogadamy. Uważaj na siebie i dawaj mi znać, co się dzieje, bo inaczej oszaleję. – Ledwo wymówił te słowa, już ich żałował. Chciał zostać. Chciał zostać i jechać z partnerem do szpitala, zaopiekować się nim, a nie latać po świecie, kiedy ten wyraźnie przegrywał nierówną walkę z własnym ciałem i psychiką.

– Ty też. Kocham cię. Powodzenia, Antymonku. – Uno uśmiechnął się w końcu nieco lżej, ale jego narzeczony słysząc przezwisko tylko przewrócił oczami, pocałował go krótko, po czym zabrał swój bagaż i już w drzwiach rzucił.

– Ja ciebie też, Rudziaszku. Dbaj o siebie, mi querido.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry