Cześć, cześć i czołem!

Z okazji, że wczoraj obroniłam kolejny kierunek studiów, mam mega humor i postanowiłam coś tu wrzucić. Komu zrujnować światopogląd? Jak ktoś się pisze, to zapraszam niżej na nieco większy sneak-peek niż ostatnio. Ostrzegam, że niektórym się może nie spodobać, więc każdy czyta na własną odpowiedzialność. Żeby nie było.

Enjoy!


FEW YEARS AFTER
Była godzina dwudziesta trzecia. Miałem zamiar właśnie kłaść się spać. Położyłem się więc po swojej stronie łóżka i przymknąłem oczy. Nie lubiłem tych dni, kiedy Michał musiał iść do pracy. To oznaczało, że do rana będę musiał spędzać czas w pustym łóżku. Takie noce jednak zdarzały się coraz częściej. Gdy tylko po wszystkim wrócił do pracy, zaczął się w nią niesamowicie wkręcać i z czasem dostawał więcej i więcej propozycji. Zdaję sobie sprawę, ze niektóre odrzucał ze względu na mnie, ale to wciąż było dla mnie za dużo. Nie mogłem jednak narzekać. Sam ostatecznie sporo pracowałem. Jednak mijanie się w drzwiach z krótkim „będę rano, śpij dobrze” ostatnio zaczęło mi doskwierać. Niekiedy chodziłem na imprezy, gdzie on był barmanem, jednak to z kolei nie pasowało jemu. On musiał pracować, a ja bawiłem się w tym czasie z kumplami, a trzeba przyznać, że niektórzy są całkiem przystojni. Od kiedy pewnego razu zrobił mi scenę zazdrości, przestałem chodzić na jego zmianę lub przynajmniej do klubu, w którym pracował. Obaj zaczynaliśmy powoli przekraczać trzydziestkę. Życie stawało się coraz bardziej zapracowane. Nic nie można było na to poradzić. Na szczęście mięliśmy przed sobą kupę wspólnych lat.
Nagle zadzwonił telefon. Myślałem, ze to Michał sprawdza, czy jestem w domu, ale dzwonił Kuba, z którym tego dnia miał zmianę.
– No co jest, Kuba? Jak wieczór mija? – zagadnąłem po odebraniu telefonu.
– Tobiasz, słuchaj, ubieraj się czym prędzej. Była burda w barze. Jeden z klientów wyciągnął pistolet i zaczął strzelać na oślep, Michał dostał i zasłabł, zawieźli go do szpitala wojewódzkiego. Właśnie go zabrali. Nie wiem, w jakim jest stanie, ale to nie wyglądało dobrze, spiesz się lepiej. – Te słowa zrujnowały cały mój świat. Rozłączyłem się bez słowa i zacząłem naprędce ubierać cokolwiek miałem pod ręką. Nie zwróciłem nawet uwagi, że mamy zimę. Wybiegłem przed dom i odpaliłem samochód. Nie mam pojęcia ile przepisów złamałem, ale w szpitalu byłem tak szybko, jak tylko się to dało.
– Przywieźli tu mojego brata, ze strzelaniny w barze – wydyszałem w stronę stróża, a ten wskazał mi ręką kierunek. Pobiegłem tam, jednak po drodze złapał mnie lekarz.
– A pan do kogo? – zapytał z podejrzliwym tonem.
– Michał. Wolski. Mój brat. Strzelanina – sapałem pomiędzy jednym a drugim oddechem.
– Dobrze, proszę mi dać swój dowód – powiedział lekarz niewzruszony. Przegrzebałem wszystkie kieszenie. Na szczęście okazało się, że zostawiłem portfel w spodniach. Podałem lekarzowi dowód.
– Ma pan inne nazwisko, przykro mi, nie mogę panu pomóc.
– Ale jak to? Mamy inne matki, on ma nazwisko po ojcu, a ja po swojej matce. – Wymyśliłem wymówkę na poczekaniu. – Proszę mnie do niego wpuścić.
– To nie możliwe, mówię Panu wyraźnie. – Po tych słowach nie wytrzymałem. Zacząłem się szarpać z lekarzem, aż przybiegli ochroniarze, żeby nas rozdzielić. Gdy chcieli już mnie wyrzucić, w drzwiach pojawiła się dobrze mi znana pani doktor, która już raz miała tę przyjemność witać mnie tu w nocy, na samym początku mojej i Michała drogi.
– Proszę go zostawić, znam tego człowieka, faktycznie jest bratem naszego pacjenta – powiedziała do ochroniarzy, po czym zwróciła się do mnie. – Proszę za mną.
Szedłem na miękkich nogach, jakbym zaraz miał usłyszeć wyrok skazujący.
– Robiliśmy, co w naszej mocy, ale niestety nie udało nam się uratować pańskiego brata. Krwawienie było zbyt silne, nie byliśmy w stanie go zatamować. Bardzo mi przykro. – Na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przytrzymałem się ściany, by nie upaść.
– Czy ja… Mógłbym go zobaczyć? – wydukałem usilnie starając się pohamować łzy.
– Dobrze, ale tylko na chwilę. Proszę tędy.
Lekarka wpuściła mnie do pokoju, gdzie leżał Michał. Był blady, ale gdy go dotknąłem jego skóra była jeszcze ciepła. To nie mogła być prawda, On nie mógł tak po prostu mnie zostawić. Był cały umazany krwią. Pogładziłem go po policzku i osunąłem się na kolana przytulając się do jego dłoni, która już nigdy nie odwzajemni mojego uścisku. To wszystko brzmiało jak koszmar albo kiepski film. Powinienem teraz się obudzić i zobaczyć jego, śpiącego obok w ciuchach, świeżo po powrocie ze zmiany. Moje ciało ogarnął niepowstrzymany szloch. Trząsłem się ściskając coraz mocniej jego dłoń. Czemu nie pogłaszcze mnie teraz po głowie i nie powie, że to boli i mam się uspokoić…
– Powiedz, że to żart. Błagam.. Nie będę się wściekał, obiecuję, tylko powiedz, ze to wszystko to jakaś marna farsa. Wiem. Chciałeś zerwać się szybciej z pracy i to był jedyny sposób, prawda? – Mówiłem w szaleńczym tempie patrząc na jego lekko uśmiechniętą twarz. Jednak za każdym razem odpowiadała mi tylko cisza.
– Michał, Michaś, Misiu, skarbie, kochanie… Powiedz coś, błagam, odezwij się do mnie. Misiu, powiedz coś. Wiem, że nie lubisz, gdy tak do Ciebie mówię, ochrzań mnie chociaż. Misiu, błagam, co z naszymi planami? Nie możesz mnie teraz ze wszystkim zostawić. Nie możesz, słyszysz? Michał do cholery, to nie jest śmieszne. Nie mogłeś tak po prostu odejść, no przecież nie mogłeś. Odezwij się w końcu… Misiu…
Nie byłem się w stanie uspokoić. Przytulałem się do niego w nadziei, że zaraz pogłaszcze mnie po głowie, że powie, że poradzimy sobie ze wszystkim i to nie jest żaden problem. Po chwili bezsilnego wciskania twarzy w jego ramię nerwy puściły mi doszczętnie. Zacząłem szarpać go za koszulę powtarzając „Obudź się”, ale nic się nie stało. Stałem umazany jego krwią i nie wiedziałem, co z sobą począć. Patrzyłem na niego pustym wzrokiem. Mój Michał odszedł. Patrzałem dokładnie mając nadzieję na najdrobniejszą oznakę na to, że pozostało w nim trochę życia. Jednak jego ciało ani drgnęło. Żadnych oznak minionego życia. Myślałem, że dopatrzę się chociaż drżenia powiek, ruchu palców lub policzków, ale nic takiego się nie stało. Wstałem i nie patrząc już na niego wyszedłem z pomieszczenia. Po tym straciłem przytomność. Trwało to ponoć trzy dni. W tym czasie jego ojciec zdążył odebrać ciało, a ja zdałem sobie sprawę, że to koniec historii wariata, który chciał przeżyć to życie po swojemu. W głowie roiło mi się tysiąc myśli. Wszystkie były o nim. Gdyby tylko był odwyk od nieżyjącej miłości. Ale tego współczesny świat nam nie proponuje, zapominając, ze uczucia mają jakąkolwiek wartość. Z jego pogrzebu niewiele pamiętam. Byłem na tak silnych środkach uspokajających, że nie jestem nawet w stanie powiedzieć, która to była godzina ani czy przyszło dużo ludzi. Jednak za każdym razem, gdy tylko zamknę oczy widzę trumnę zjeżdżającą w dół i czuję przemożną chęć rzucenia się zaraz za nią. Do domu prawdopodobnie odprowadził mnie Kuba, ale i tego nie jestem pewien. Nie byłem wstanie wrócić do normalnego spokojnego życia przez długi czas. Przychodziłem do domu, kładłem się na łóżku przytulając się do jego bluzy i zasypiałem. Dzień w dzień. Aż w końcu pewnego dnia zorientowałem się, że po Michale pozostało mi już bardzo nie wiele. Bluza, chociaż jego przestała pachnieć Nim. Mieszanką żelu pod prysznic, jego ulubionych perfum i okazjonalnie popalanych fajek. Gorączkowo zacząłem przegrzebywać wszystkie jego rzeczy, ale zapach Michasia już dawno ulotnił się ze wszystkich. Leki na depresje nie były w stanie chociażby przyćmić bólu, jaki powstał w chwili, gdy doszła do mnie świadomość, że Jego nieobecność jest permanentna. Tamtej nocy ukojenie mogłem znaleźć tylko w barze. Gdy nieśli mnie z powrotem do domu wydawało mi się, że go widzę. Stał uśmiechnięty pod restauracją. Miał na sobie luźne dżinsy, białą koszulkę i marynarkę. Jego włosy związane były z tyłu. Stał oparty o barierkę w miejscu, gdzie rozmawialiśmy po pierwszym spotkaniu jego rodziców. Wodził za mną wzrokiem, po czym odwrócił się i odszedł. Widzieć cień jego dawnego życia odchodzący w nieznaną mi dal… Tępy ból przeszył moje ciało. Michał był martwy.

Dobra, bad joke. Ta część nigdy nie weszła w skład faktycznego opowiadania. Tu macie prawdziwy fragment z drugiej części:

Nawet kiedy rozsiedliśmy się z kawą w salonie. Po chwili odstawił kubek na stolik i przeciągając się ponownie, rozłożył się na kanapie kładąc mi głowę na kolanach. Nieco mnie to zaskoczyło, jednak nie miałem większego wyjścia. Nie chcąc zrobić mu krzywdy, również odstawiłem kubek na stół. Nie bardzo mając co zrobić z rękoma, jedną oparłem na jego klatce piersiowej, a drugą zacząłem przeczesywać mu włosy. Przymknął oczy i po prostu leżał. Wyglądał na bardzo zadowolonego z obecnego stanu rzeczy, ale przy tym miałem wrażenie, że zaraz po prostu padnie ze zmęczenia.
– Wyglądasz coś niemrawo, możesz się tak przekimać – powiedziałem cicho, nie przerywając zabawy jego włosami. W odpowiedzi zamruczał tylko i po chwili spał jak dziecko. Przypomniało mi się wtedy, że kiedyś to ja spałem w ten sposób na jego kolanach. Ile to już lat minęło od tamtego czasu? Czasem po prostu nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Rozmyślając o tym, sam zasnąłem. Kiedy się ocknąłem było już po siedemnastej. Przespaliśmy tak oboje dobre cztery godziny. Spojrzałem jeszcze raz na mężczyznę leżącego z głową na moich kolanach i uśmiechnąwszy się sam do siebie, pogłaskałem go delikatnie po policzku. To wciąż był on. Nic więcej nie było mi potrzebne do szczęścia, ale wiedziałem, że to nie potrwa długo. Najwyżej kilka dni. Nie mógł przecież od tak rzucić wszystkiego i tu przyjechać, zostać ze mną… Potrząsnąłem go lekko za ramię.
– Wstawaj Michał, noc jest do spania. Już i tak za długo pokimaliśmy.
– Nie bądź świnia, daj jeszcze trochę pospać – mruknął nie otwierając nawet oczu.
– Mowy nie ma. Wstawaj – zakomenderowałem, mimo iż sam miałem ochotę jeszcze trochę zostać w tej pozycji. Znów mruknął niezadowolony, ale wstał i przetarłszy oczy przeciągnął się i spojrzał na mnie z uśmiechem.
– A tak mi było wygodnie.
– Jeszcze będzie kiedyś okazja – pocieszyłem go. – Wyśpisz się potem, chodź weźmiemy Twoje rzeczy z auta.
– Ty nigdzie nie idziesz i nie będziesz nic nosił, zrozumiano? – Wycelował we mnie palec. – Masz odpoczywać i wrastać grzecznie w kanapę, ale faktycznie kiedyś muszę chociaż część rzeczy wziąć.
– Chociaż część? To ile Ty tego masz? – zaśmiałem się, ale on na chwilę odwrócił wzrok, a potem spojrzał na mnie poważnie.
– Co Ty na to, gdybym przekulał się tutaj dopóki nie znajdę jakiegoś mieszkania? – zapytał, a ja poczułem się, jakby piorun we mnie strzelił.

Podziel się dobrem