Cześć Kochani!

Uwaga, uwaga! Dziś przychodzę do Was z kolejnym dość starym i dość krótkim opowiadaniem. Macie przed sobą pierwszą z dwóch części. Tutaj jednak występują trochę bardziej obrazowe sceny, niż w innych pojawiających się do tej pory opowiadaniach. Przyjmijmy zatem, że mamy tu +18, żeby nie było niedopowiedzeń.

Anyway, enjoy!

 

 


Patrzyłem na jego ręce jak zahipnotyzowany. Jego gra była nie z tej ziemi. Gdy siadał do pianina, wszystko, co mogło mieć jakąś wartość i znaczenie, łamało się, pękało i rozpadało w drobny mak tuż obok moich stóp. Cały świat przestawał istnieć, a dźwięki wydobywające się spod jego palców były jakby nierzeczywiste. Coś kazało ludziom uginać się i klękać pod naporem tej muzyki. Wyraźnie czuło się rozchodzące się w powietrzu wibracje. Nie musiał na mnie patrzeć żebym czuł przygniatające mnie do ziemi zimne spojrzenie. To wszystko – chłód, potęga, spokój i lodowate pauzy – płynęły z jego muzyki i zdawały się wydawać rozkazy, którym każdy bez zbędnego szemrania był gotowy się poddać. W tych rzadkich momentach czułem się jakby ten młody, przystojny mężczyzna mną władał. O ironio losu, widywałem go z rzadka, nieraz wymieniając zdawkowe uśmiechy lub zdania o pogodzie, ale nigdy nie miałem szansy poznać jego imienia.

Był naprawdę przystojny. Szczupły, wysoki, z dłuższymi blond włosami opadającymi lekko na twarz. Miał nienaturalnie wręcz błękitne oczy w stalowym, chłodnym odcieniu, co idealnie komponowało się z jego grą. Był moim dokładnym przeciwieństwem. Pewnie dlatego często byliśmy porównywani. Moja gra była spokojna i łagodna. Zawsze grałem na emocjach. Lubiłem wyciskać z ludzi łzy i szukać w ich pamięci czegoś, czym dany utwór mógłby przywołać na ich twarzach uśmiech. Czasem jedną nutą byłem w stanie rozbawić nagle całą publikę. Kochałem lekkość. On zaś zdawał się kompletnie nie przejmować muzyką. Przy całym swym kunszcie, nie grał na emocjach, co mógłby zrobić doskonale, i nie przejmował się tym, jak grał, mimo dobrej techniki, która zdawała się być bardziej nawykiem, niż ciężko wyćwiczoną i wyczekaną rzeczą. To tak, jakby robił to kompletnie bez powołania.

Ja miałem grać następny. Odczułem przemożną ochotę podroczenia się z nim trochę. Repertuar dowolny, można grać, śpiewać a nawet skakać, jak ci będzie wygodnie, więc gdy tylko usiadłem do pianina westchnąłem, nabrałem powietrza i zacząłem grać „All that I am” śpiewając do tego. Uwielbiałem ten moment, gdy w połowie utworu połowa ludzi na sali płakała, a reszta czekała z zapartym tchem na moment, w którym padną ostatnie nuty i słowa, by dowiedzieć się jak skończy się historia, która ma być moim osobistym udziałem i jest w stanie przemówić do każdego wrażliwego odbiorcy. Tym razem zobaczyłem jednak rzecz zadziwiającą.

O mało nie pogubiłem się w nutach. Ten chłodny, spokojny typ stał wpatrując się we mnie z nieco zaszklonymi oczami. Nigdy wcześniej nie widziałem na jego twarzy cienia emocji poza słabym, wymuszonym uśmiechem, którym obdarzał wszystkich wokół podczas spotkań publicznych. Byłem z siebie dumny. Po zakończeniu mojego występu wstałem, ukłoniłem się i, walcząc ze sobą zaciekle w myślach, poszedłem w przeciwnym kierunku, niż miałbym teraz ochotę. Nie spojrzałem na niego już tego wieczora. Po ciuchu liczyłem, że moje ignorowanie jego osoby przyniesie jakiś rezultat. Nie wiedziałem tylko czy on to w ogóle zauważy. Na moje szczęście zwrócił na to uwagę i pod koniec wieczoru podszedł do mnie. Wyglądał na nieco skrępowanego, jednak zebrał się w sobie i w końcu zagadnął.

– Byłeś dziś genialny. Masz dobrą technikę – powiedział na wstępie.

– Technika to nie wszystko. – Uśmiechnąłem się.

– Bez techniki nikt nie jest w stanie zagrać czegoś takiego – obruszył się.

– Nie prawda. Technika znaczy bardzo wiele, ale nie jest wszystkim. Bez niej również można dobrze grać. Czasem nawet umyślnie ją pomijając. Wtedy, gdy zaczynasz tworzyć w głowie jakiś obraz i czekasz na reakcję publiki mając nadzieję, że ktoś z nich go podłapał, a może nawet stworzył własny. Pomijasz technikę, żeby nie zakłócała więzi między tobą, a muzyką i między muzyką, a słuchaczem, czyli w rezultacie między tobą, a słuchaczem. Tak długo, jak możesz mu coś przekazać, technika staje się wręcz zbędna. – Odpłynąłem nieco w mój własny świat.

– Masz ciekawy punkt widzenia. Tylko, że uczuciami nie zdobywa się pozycji ani nagród – odparł chłodno.

– Wiem – odpowiedziałem lekko i zmierzyłem go wzrokiem. – Po co mi nagrody i pozycja? Mi do szczęścia potrzebne jest życie, scena, pianino, fortepian… no jakiekolwiek klawisze i chociażby jeden słuchacz od czasu do czasu. Muzyką chcę zdobyć szczęście osobiste, miłość i spokój. To nie jest sposób na zarabianie pieniędzy – zapewniłem gorąco, wiedząc, że brzmię, jak trzynastolatek bujający w obłokach.

– Ja patrzę na to trochę inaczej… Jakoś trzeba się utrzymać, a to dobry sposób… Poza tym, jak chcesz ze sceny znaleźć miłość?

– Wierzę, że mój przekaz trafi do osoby, do której coś czuję i wtedy zacznie się romans – odpowiedziałem rozmarzony. On tylko na to prychnął i odwrócił się z zamiarem odejścia. – Na ciebie podziałało – rzuciłem do jego pleców, czekając na reakcję.

– Skąd wiesz? Skąd o mnie wiesz? – Podszedł do mnie szybko i stanął w tak bliskiej odległości, że czułem na sobie jego oddech.

– Ale co mam wiedzieć? – Udawałem głupka.

– Skąd wiesz, że jestem gejem? – wysyczał cicho, przez ściśnięte gardło.

– Swój swojego wyczuje. – Wzruszyłem lekko ramionami i odwróciłem się odchodząc. Nie potrafił nawet stawić czoła temu, że ma inną orientację seksualną. Nasz romans skończył się nim się zaczął. Nie było o czym rozmawiać. On jednak złapał mnie za rękę.

– Dziś, u mnie, po przyjęciu. Proszę cię, Adrian – powiedział nie patrząc mi w oczy. To było zabawne, obserwowanie go, gdy po raz pierwszy stracił nad sobą kontrolę.

– No proszę, znasz moje imię – zaciekawiłem się.

– A ty mojego nie? – Z minuty na minutę był wyraźnie coraz bardziej poirytowany.

– Uspokój się, kotek. Nie, nie znam. Próbowałem poznać, ale nigdy nikt nie raczył cię przedstawić.

– Igor. Jestem Igor. Czekaj na mnie o pierwszej przed wyjściem. Jak się spóźnisz to drugiej szansy nie będzie.

– Tak jest, panie kapitanie. – Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Kolejny sukces.

Wylądowaliśmy u niego w łóżku. Był tak spięty, że niemal nie mogłem z nim nic zrobić. Przecież nie będę chłopaka zmuszał do niczego na siłę. Opadłem na poduszkę obok niego i westchnąłem.

– Jak długo nie uprawiałeś seksu? – zapytałem po chwili ciszy.

– Zamknij się, to nie twoja sprawa – odpowiedział poirytowany.

– Może i nie moja, ale jeżeli się nie rozluźnisz to nic z tego nie będzie. Dajmy sobie dziś z tym spokój. – Starałem się na niego nie patrzeć.

– Dam radę. Spróbuj jeszcze raz. – W jego głosie nie było żadnych emocji.

– Okej. Ale powoli i wszystko w swoim czasie. Nie stresuj się i nie spinaj. To nie są zawody, wyścigi ani konkurs. Pozwól sobie na chwilę zapomnienia… Jesteś piękny – zacząłem zniżać głos do szeptu, aż w końcu ostatnie słowa wymruczałem mu do ucha. Zaczerwienił się i odwrócił wzrok. Położyłem mu rękę na klatce i zbliżyłem swoją twarz do jego kładąc mu drugą rękę na policzku. Uśmiechałem się próbując złapać jego spojrzenie, a gdy w końcu mi się do udało zacząłem go całować. Długo i namiętnie odwracając tym samym uwagę od mojej ręki, która dyskretnie wędrowała w dół. Głaskałem go delikatnie po udzie, czekając na jego reakcje. Naprężył się nieco, ale szybko rozluźnił mięśnie i poddał się moim pieszczotom. Rozchyliłem mu delikatnie nogi wędrując palcami głębiej. Zacząłem powoli od jednego palca. Natychmiast się spiął i próbując mnie odepchnąć krzyknął:

– Aua! To boli! Zejdź! – Przytrzymałem go jednak mocno i od razu znów zacząłem całować tak, by skutecznie zamknąć mu usta. Po niedługiej chwili uspokoił się, ale wciąż patrzał na mnie z lekkim wyrzutem. Położyłem się tak, by móc mieć kontrolę nad nim całym.

– Spokojnie. Na początku boli, ale potem będzie przyjemnie. Obiecuję. Nie szarp się tak, bo będzie gorzej bolało – szeptałem tylko, kontynuując raz zaczętą czynność i powoli dokładając drugi palec. Po chwili Igor zaczął jęczeć, ale jak się wydawało, raczej nie z bólu. Podejście do tematu powoli i spokojnie przynosiło pożądane efekty. Zaczynał się całkowicie rozluźniać. To był dobry moment na przejście do cięższej artylerii. Wyjąłem dłoń i, zanim zdążył się zorientować, wszedłem w niego niemal całkowicie. Pisk, jaki przy tym wydał był przezabawny, chociaż prawdopodobnie on sam miał mnie ochotę wtedy udusić.

– Zabiję Cię, Adrian, zobaczysz, zabiję… – dyszał nieskładnie między jednym a drugim oddechem.

– Wiem, będzie dobrze. Dzielny chłopiec. – Musiałem się z nim trochę podroczyć. Poruszyłem się lekko, on jednak tylko syknął z bólu. Musiałem odczekać jeszcze chwilę zanim przyzwyczaił się do sytuacji. Znów rozpocząłem od delikatnych pocałunków. Na jego ustach, szyi, ramionach… Gdy w końcu wydawało się, że przywykł do pozycji, w której się znajduje, zacząłem powoli i miarowo ruszać biodrami. Na początku zacisnął oczy i pięści, jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej dawał się ponieść chwili i oszałamiającemu uczuciu. Zaczęliśmy tonąć w sobie nawzajem niezdarnie próbując szukać wzajemnie swoich ust i składając pocałunki na oślep. Igor przylgnął do mnie i wczepił się palcami w moje plecy dysząc mi wprost do ucha, co nakręcało mnie coraz bardziej. Był piękny. Chwilę później oboje doszliśmy, najpierw on, a ja parę chwil po nim. To było niesamowite uczucie. Przez moment leżałem jeszcze na nim próbując uspokoić oddech. Potem jednak zszedłem i położyłem się obok wpatrując się w tą niemalże boską istotę, zmęczoną nieziemsko i dyszącą obok.

– Adrian… – zaczął pomiędzy jednym, a drugim oddechem.

– Słucham? – Wciąż nie mogłem mówić inaczej, jak tylko szeptem.

– Już nie ważne. – Dopasował ton głosu do mojego. – Idę do łazienki.

Tak jak powiedział, tak zrobił. Nie było go dłuższą chwilę. Gdy przyszedł wydawał się być zmęczony i zmarnowany. Nie było co się mu dziwić. Dzisiejszy dzień był bardzo wyczerpujący. Przesunąłem się bliżej ściany tak, by mógł się swobodnie położyć.

– Mam nadzieję, że nie każesz mi teraz wynosić się do domu? – zagadnąłem przysypiając lekko.

– Nie, śpij – mruknął i, ku mojemu zdziwieniu, wtulił się w moje ramię zasypiając momentalnie.

Gdy następnego ranka musiałem wyjść wcześnie postanowiłem go nie budzić. Wyglądał słodko śpiąc ze zmierzwionymi włosami w nienaturalnie wygiętej pozie. Zostawiłem mu karteczkę z podziękowaniem, przeprosinami oraz numerem telefonu, czekając na jakiś sygnał z jego strony. On jednak nie odezwał się ani słowem. Zobaczyłem go dopiero przy okazji następnego koncertu, ale unikał mnie jak zarazy. Zobaczyłem w pewnym momencie, jak wychodzi na zewnątrz. To była moja ostatnia szansa, by go złapać. Poszedłem za nim, ale gdy zobaczył, ze zdążam w jego kierunku, przyspieszył kroku. Biegłem, dopóki nie dorwałem go w jednym zaułku obok sali koncertowej.

– Igor, stój! – krzyknąłem i gdy udało mi się zbliżyć na tyle, by dosięgnąć go ręką, złapałem go za nadgarstek zatrzymując siłą.

– Czego chcesz?! – Był wściekły, to nie ulegało wątpliwości. Odkryłem jego kolejne interesujące oblicze. – Mało ci jeszcze? Chcesz mnie znowu upokorzyć albo wykorzystać?! No proszę! – krzyczał.

– Kto kogo? – zapytałem spokojnie. – To ty się nie odezwałeś.

– Ja? Ja?! – krzyczał co raz głośniej. – To ty wyszedłeś bez słowa, jak jeszcze spałem. Trzeba było jeszcze zostawić kasę na stole, wtedy w ogóle poczułbym się jak dziwka.

– Przestań, bo cię wykastruję. – Zaczynał mnie irytować. – Nie zrobiłem z Ciebie dziwki. Zostawiłem ci na stoliku kartkę, że muszę wyjść, że nie chcę cię budzić, bo wyglądasz słodko, swoją drogą chociaż jak śpisz i nie drzesz japy to tak jest, a także, że przepraszam, że tak wyszło i dziękuję za cudowną noc. Na koniec dopisałem swój numer telefonu z prośbą o odezwanie się. I kto kogo zrobił na szaro, co?

– Ściemniasz, nie znalazłem żadnej kartki – prychnął.

– Tylko ty możesz mieć taki talent i zgubić coś, co leży u ciebie w domu. Wiesz co? Nie chce mi się z tobą użerać. Było miło, dzięki, pa – powiedziałem i zacząłem odchodzić. Po chwili jednak Igor się zreflektował.

– Czekaj! Serio zostawiłeś dla mnie taką kartkę? – Podbiegł do mnie i spojrzał wręcz błagalnie.

– Tak, zostawiłem. Wybacz, ja nie mam na to siły. Jak ją znajdziesz to daj znać, ja idę do domu – powiedziałem tylko i ruszyłem w stronę parkingu samochodowego. Nie miałem zamiaru ułatwiać mu zadania ani o jotę. Niech chociaż raz to on się postara.

– Adrian! Halo? – Usłyszałem w słuchawce podniesiony głos, którego nie dało się nie rozpoznać.

– Tak, cześć. Co tam? – Rozsiadłem się na kanapie i upajałem się chwilą. Zdenerwowanie po jego stronie prawdopodobnie sięgało teraz zenitu.

– Nie znalazłem tej cholernej kartki – wydyszał.

– Nie? – zdziwiłem się. – To skąd masz mój numer?

– Żebyś ty wiedział ilu znajomych obdzwoniłem zanim znalazłem kogoś, kto ma do ciebie jakikolwiek kontakt. Wszystko przekopałem i nie mam żadnej kartki. Wpuściłeś mnie w maliny! – wkurzał się.

– Nie – westchnąłem. – Podaj adres dokładny, pomogę ci tego szukać i udowodnię, że to tam jest. Swoją drogą fajnie, że tak się starałeś, miło mi.

– Spieprzaj. Biała 25. Masz pół godziny na dotarcie tu, potem nie otwieram.

Po niespełna piętnastu minutach stałem w jego drzwiach z szerokim uśmiechem na twarzy. Westchnął zrezygnowany patrząc na zegarek.

– Dobra, zmieściłeś się. Właź. – Otworzył drzwi szeroko, a ja mijając go udałem się prosto do sypialni. Nie odezwałem się do niego ani słowem, a przez kolejne dwie, a może trzy minuty szperałem w jakiś papierach porozwalanych na stoliku niedaleko łóżka. W końcu wyciągnąłem kartkę, na której widniało moje odręczne pismo i pomachałem mu nią przed nosem z satysfakcją. Miałem rację, a co więcej znałem jego stolik lepiej od niego, po zaledwie jednej wizycie. Miał minę jak mały, nadąsany chłopiec. Było to moje kolejne odkrycie. Jakim cudem ten chłodny, stanowczy człowiek potrafił tak bardzo dawać ponieść się emocjom. Podszedł do mnie i wyrwał mi kartkę z ręki. Przebiegł po niej wzrokiem i zrezygnowany odłożył kartkę na stół. Odwrócił się i poszedł do kuchni nie mówiąc ani słowa. Ubawiony całą sytuacją podążyłem za nim i nie pytając go o nic, usiadłem na blacie koło zlewu.

– Złaź – warknął. – Krzesła są od siedzenia.

Nie chciałem drażnić go bardziej, więc posłusznie przeniosłem się na krzesło, cały czas bacznie go obserwując. Przyszło mi do głowy, ze ten chłodny typ, który dba tylko o pianino, w pokoju którego zalegają stosy nut, a cały drugi pokój jest zajęty przez przeogromny fortepian, że to on właśnie nagle stał się w tym wszystkim nieprzewidywalny. Zaczynał mnie poważnie interesować.

– Uroczy jesteś jak się złościsz. – Starałem się sprowokować jakąś reakcję. Doczekałem się. Spojrzał się na mnie, niemal złowrogo i wciąż milcząc podszedł do mnie. Oparł się jedną ręką o stół stojący obok krzesła, na którym siedziałem i nachyliwszy się nade mną zaczął mnie całować. Namiętnie i wręcz agresywnie. Niemniej jednak spodobało mi się to. Był wkurzony do granic wytrzymałości i wyprowadzony ze swojego zwykłego stanu równowagi, który powalał mu zachować lodowate opanowanie. Pozwoliło mu to zatracić część hamulców i przejąć inicjatywę, przez co oboje nakręcaliśmy się coraz bardziej. Złapał mnie mocno z koszulkę i nie odrywając swoich ust od moich, szarpnął mnie, bym wstał. Impuls był na tyle silny, że oboje zachwialiśmy się, lądując ostatecznie na lodówce, przy czym tym razem to on był pode mną. Przytrzymałem go mocniej, tak by moje biodro było na równi z jego, a on zaczął zdejmować ze mnie koszulkę. Wyzwalał we mnie niesamowite i dzikie instynkty, których sam nie byłem w stanie sobie odkryć.

– Igor… łóżko… teraz – dyszałem pomiędzy kolejnymi pocałunkami, chaotycznie próbując zdjąć z niego ubranie. Posłusznie pociągnął mnie w stronę pokoju, w którym stała jego kanapa. Kładąc się obok niego przejechałem palcami po jego nagim torsie. Nie mogłem powstrzymać się od myśli, że ten cholernie atrakcyjny mężczyzna nie znudzi mi się nigdy. A przynajmniej nie prędko. Był jak marzenie, albo raczej jak narkotyczny trans, który wydawał się tak nierzeczywisty, że aż byłem w stanie uwierzyć, że zaraz ja wytrzeźwieję, a on zniknie. Moje własne, niezwykle intensywne marzenie przeżywane z całą mocą za każdym razem, gdy tylko zetkną się nasze ciała. Tym razem nie był spięty. Był nawet bardziej niż rozluźniony. Wszystkie nasze emocje musiały znaleźć ujście właśnie w tym momencie. Ukłucie tego słodkiego bólu, gdy staliśmy się jednością kompletnie zrujnowało mój, już nadszarpany, wizerunek rzeczywistości. Widziałem, czułem i słyszałem tylko jego przez dłuższy czas. Gdy w końcu wyczerpaliśmy pokłady energii leżące w nas od jakiegoś czasu, opadłem na poduszki obok niego i starając nie patrzeć się w jego stronę uśmiechnąłem się pod nosem mówiąc cicho.

– Igor. Musimy to powtórzyć. – Dopiero po tych słowach odważyłem się spojrzeć w jego oczy. Wyglądał na zmęczonego, ale przebijała przez niego zwykła, lodowata obojętność. Nie wiem jak mogło być to możliwe po tym, co było przed chwilą.

– Tak, może kiedyś – powiedział cicho i odwrócił się do mnie plecami. Nie wiedziałem, co tak naprawdę siedzi mu w głowie. Mimo to, było mi dziwnie lekko. Może dlatego, że wrócił do tego, co znałem od lat. Był taki, jakiego widziałem go za każdym razem, a to dawało jakieś poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Po chwili ciszy, kiedy resztki emocji zeszły ze mnie całkowicie, odważyłem się w końcu rozluźnić się na tyle, by nie przejmować się jego lodowatym zachowaniem. Podniosłem się na łokciach i po chwili zastanowienia, zepchnąłem go z łóżka.

– Ej! Co się…? – Rozejrzał się zdezorientowany i widząc moje rozbawienie znów się wściekł. – Ile Ty masz lat?!

– Dla ciebie mogę mieć i dziesięć. – Postanowiłem kompletnie nie przejmować się ani jego krzykiem ani spojrzeniem, którym mogłoby zabić, gdyby tylko miało taką moc. Słysząc moją odpowiedź westchnął tylko.

– Tak jak myślałem. Jesteś nienormalny. – Po tych słowach uśmiechnął się i wdrapał z powrotem na łóżko. Doznałem szoku. Chyba pierwszy raz widziałem uśmiech na jego twarzy. Taki zwykły, codzienny, ludzki uśmiech.

– Igor! Ty jesteś człowiekiem! I do tego umiesz się uśmiechać! – Wyszczerzyłem się, na co on wybuchnął śmiechem. Gdy się śmiał stawał się jeszcze przystojniejszy. Musiałem się tym nacieszyć, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że nie prędko będę miał okazję zobaczyć taki właśnie widok.

– Zamknij się i idź spać, przez ciebie tracę mój wizerunek, na który długo pracowałem – wykrztusił.

– Tylko, jeżeli dasz się do siebie przytulić. – Nie miał wiele do powiedzenia, szantaż był w tym momencie nie do obejścia. Skinął głową i przysunął się bliżej. Nigdy nie podejrzewałem, że Igor, człowiek, który był postrzegany niemal jako posąg, będzie leżał obok mnie i się uśmiechał tak, jakbyśmy byli kochającą się parką. Oparłem głowę o jego ramię i rozluźniłem się próbując zasnąć, ale wciąż byłem za bardzo rozbawiony tym wszystkim, aby spokojnie odpłynąć w krainę marzeń sennych.

– Hej, zagrajmy coś na cztery ręce… – szepnąłem.

– Dobra, ale nie teraz. Może kiedyś… – mruknął niezadowolony. – Daj mi w końcu spać.

Podziel się dobrem