Byle do brzegu

Opowiadania LGBT

Pianinko część 2

Witajcie Kochani!

 

Przed Wami zakończenie pianinka. Wybaczcie, że tak późno, ale praca i sesja dają się we znaki.

Dla tych, którzy czekają razem ze mną – pamiętajcie, Uno już blisko. ( ;

Polecam subskrypcję strony. Subskrybenci dostają czasem sneak-peaki oraz niepublikowane fragmenty, więc warto ( ;

Enjoy!

 

 


Z grania na cztery ręce nic nie wyszło. Teraz sobie o tym przypomniałem i uśmiechnąłem się do własnych wspomnień. Kilka nocy potrafi uczynić człowieka szczęśliwym i utrzymać taki błogostan przez długi czas. Uśmiech Igora na długo odbił się w mojej pamięci jednak nie miałem już więcej okazji zobaczyć go właśnie takiego. Ostatnio widziałem go około dwóch lat temu. Każde z nas wyjechało w inne miejsce. Dziś siedziałem na ławeczce przed jego dawnym mieszkaniem, które ewidentnie było teraz zajmowane przez kogoś innego i zastanawiałem się, co ja właściwie tu robię. Przez większość czasu miałem objazdową trasę koncertową, a na stałe osiadłem w Warszawie. On natomiast, z tego, co ostatnio słyszałem, na dzień dzisiejszy mieszka w Wiedniu. Dzień był piękny i słońce grzało w najlepsze, więc zamknąwszy oczy rozsiadłem się wygodnie. Nie przejmowałem się specjalnie ludźmi, którzy przechodzili to w jedną, to w drugą stronę. Nawet nie zauważyłem momentu, w którym ktoś się do mnie dosiadł. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero po przeanalizowaniu słów rzuconych w moją stronę.– Chodź się pieprzyć. Tu niedaleko mam hotel. Oferta ograniczona czasowo – powiedział właściciel głębokiego głosu o niesamowitej barwie i lodowatym tonie. Coś przeszyło mnie momentalnie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem tylko oddalającą się powoli sylwetkę. Chwilę to trwało zanim doszło do mnie, co się właśnie dzieje, ale gdy tylko otrząsnąłem się z pierwszego szoku wstałem i pobiegłem za nim. Nie odezwał się ani słowem, dopóki nie znaleźliśmy się w jego pokoju. Mimo upływu dwóch lat, nie byłem w stanie zapomnieć żadnego ze szczegółów jego ciała, głosu… Jego piękne oczy wpatrywały się we mnie z pożądaniem.

– Rusz się, nie będę na ciebie wiecznie czekał – rzucił w moją stronę i zaczął rozpinać koszulę siadając na łóżku. Nie musiał mi tego powtarzać dwa razy. W kilka sekund znalazłem się przy nim, całując go namiętnie. Znów mogłem poczuć jego ciepłą skórę pod palcami. Podniecenie narastało we mnie z każdym kolejnym odsłanianym centymetrem jego ciała. Był piękny. Fenomenem było dla mnie to, w jaki sposób w takiej sytuacji wciąż potrafił był zachowawczy i wyważony. Jego chłodne spojrzenie nie zmieniło się ani na chwilę. Przeszywał mnie na wskroś swoimi stalowo błękitnymi oczami nawet, gdy byłem w nim. Nie pozwolił mi odpocząć nawet na moment. Był magiczny. Nie zdejmował ze mnie lodowatego spojrzenia, jednak gdzieś w jego ciele płonął ogień. W zakamarkach jego oczu odbijała się czysta furia. Był to obraz tak bardzo ze sobą sprzeczny, że aż pociągający. Znów mnie intrygował do tego stopnia, że mój świat zaczynał się i kończył na nim. Przynajmniej tej nocy. Chłonąłem go zachłannie, jakbym chciał nadrobić stracone dwa lata. Zapragnąłem go mieć tylko dla siebie. Był jak wolność, którą ogląda się przez pręty klatki. Na wyciągniecie ręki, a jednak nie do zdobycia.

Leżałem obok niego milcząc. Po ostatnich dwóch latach nie było o czym rozmawiać. Nie miałem pojęcia, co mógłbym mu powiedzieć lub o co zapytać, by nie wyjść na głupka.

– Jak ci się mieszka w Warszawie? – zaczął niespodziewanie.

– Nie wiem. Mało tam bywam. W domu przeważnie tylko sypiam. Na miasto wychodzę do pracy lub ewentualnie na jamy. Zazwyczaj jeżdżę gdziekolwiek, byle by tam nie siedzieć.

– No to nieciekawie. Jeździsz na jamy muzyczne? – zdziwił się, po czym wstał i zapalił fajkę podchodząc do okna. – Jesteś na to za dobry.

– To nie dla umiejętności, tylko dla zabawy. Jakoś muszę się rozerwać i zniknąć z własnymi myślami. Zatopić się gdzieś w muzyce i atmosferze, w której jedyne, co możesz spotkać to mętlik skłębionych dusz zakochanych w muzyce.

– Wciąż jesteś daleki od profesjonalizmu, a mimo to porywasz tłumy. Nie rozumiem twojego fenomenu, chociaż i mnie twoja muzyka kiedyś dotknęła. Bawisz się ludzkimi uczuciami, wiesz?

–Wiem. W twoim wypadku to było efekt zamierzony.

– Co? – Odwrócił się szybko w moją stronę i spojrzał na mnie zaintrygowany.

– Chciałem tego. Było w tobie coś, co kazało mi się z tobą podroczyć. Byłeś jak nieosiągalne bóstwo, więc musiałem spróbować. – Zdobyłem się na moment szczerości, co zaowocowało długim i namiętnym pocałunkiem zainicjowanym przez niego. – Smakujesz fajkami.

– Zapamiętaj ten smak i czekaj do następnego razu. – Uśmiechnął się tajemniczo.

– Następnego razu, czyli kiedy? – zapytałem, ale on tylko pokręcił głową na znak, że nie powie już nic więcej. Chyba udało mi się go w sobie rozkochać lub przynajmniej zainteresować go sobą na tyle, by chciał znów się ze mną kochać, a nawet zadać mi od czasu do czasu jakieś prozaiczne pytanie. Było to osiągnięcie większe niż wszystkie moje dotychczasowe zdobyte nagrody.

– Igor, znowu stanowisz zagadkę. Będę miał co rozgryzać.

– Każdy w końcu musi wrócić do stanu względnej równowagi. – Uśmiechnął się i wyciągnął rękę w kierunku spodni leżących niedbale obok łóżka, po czym przegrzebując wszystkie kieszenie wyciągnął z nich paczkę papierosów i odpalił kolejnego.

– Twoja równowaga prawdopodobnie oznacza moją zagładę – rzuciłem krótko siląc się na obojętny ton.

– Prawdopodobnie masz rację. Nie przeszkadza mi to. Skoro ja pozbyłem się tego, co mógłbym uważać za mój atut, a do tego pozbyłem się tego w twojej obecności, to stan twojego wewnętrznego rozkładu nawet mnie cieszy.

– Czyżby miała to być zemsta? – Uśmiechnąłem się kąśliwie.

– W najczystszej postaci. – Nie ukrywał satysfakcji. W końcu znalazł dziedzinę, w której to on mógł dręczyć mnie i bacznie obserwować efekty, a nie na odwrót.

– Domek na mazurach w przyszłym miesiącu – rzucił krótko.

– Nie mogę, jestem w Kopenhadze prawie cały miesiąc.

– Więc żałuj. – Odwrócił się w moją stronę z ironicznym uśmiechem wymalowanym na twarzy.

– Jeżeli zobaczę tam Twój uśmiech taki, jak wtedy, to podaj tylko datę, a to załatwię – powiedziałem całkiem poważnie. On jednak zbliżył się do mnie i położywszy mi rękę na policzku dmuchnął mi dymem w twarz.

– Nie Ty tu będziesz dyktował warunki. Od teraz, jeżeli chcesz się ze mną pieprzyć to na moich warunkach. Rozumiemy się?

– Nie, nie, nie. To, że mam do Ciebie słabość, nie oznacza jeszcze, że dam sobą tak pogrywać. Póki co, pamiętaj, że to ja wiem, jak Ci zrobić dobrze – powiedziałem spokojnie, ściskając go za krocze. – Musisz zaakceptować fakt, że albo gramy na równych warunkach albo żadne z nas nie ma z tego korzyści. Co powiesz na domek na mazurach za dwa tygodnie? – zamruczałem pieszcząc go coraz mocniej. Mimo przebytego jakąś chwilę temu stosunku, wyraźnie stwardniał. – I co teraz powiesz, panie opanowany?

W odpowiedzi jedynie jęknął i zaczął dyszeć coraz bardziej.

– Chcesz mnie w sobie? Powiedz… – mruczałem mu do ucha, zdając sobie sprawę, że zbliżam się do cienkiej granicy.

– Wejdź we mnie – wydyszał, chociaż jego oczy wyrażały czystą chęć mordu.

– Jak sobie życzysz – odparłem z szyderczym uśmiechem. Widząc to, o mało mnie z siebie nie zepchnął. Nieco spuściłem z tonu. – Dobrze, obiecuję, że już nie będę. Ja też chcę seksu.

Postanowiłem rozegrać to nieco inaczej. Zamiast udowadniać mu, kto ma władzę zacząłem od ponownych pieszczot i składania pocałunków na całym jego nagim ciele. W końcu położyłem się na nim szepcząc mu do ucha „Uwaga, wchodzę” i powoli zacząłem go penetrować. Miał nierówny oddech i wczepiał się we mnie z całych sił swoimi długimi, szczupłymi palcami. Spojrzałem na jego twarz. Dopiero teraz zauważyłem, że ma znacznie dłuższe włosy niż miał ostatnim razem. Odgarnąłem ich znaczną część tak, by móc go dobrze widzieć. To, co zobaczyłem bardzo mnie zdziwiło. Jego oczy zrobiły się jakby mniej lodowate, a przez jego twarz przeszedł cień wyrzutu.

– Nie mogłeś mi pozwolić zachować twarzy? – zapytał. Słysząc jego głos przez chwilę poczułem bolesne ukłucie. Pokręciłem jednak przecząco głową.

– Nie. Chcę oglądać taką twarz, jaką pokazałeś tylko mi.

– Skąd ta pewność? – rzucił ironicznie.

– Stąd – odpowiedziałem i wykonałem kilka głębszych ruchów. – Widzę to po twojej reakcji. To niemożliwe, żebyś jeszcze na kogoś tak reagował. Zabijesz mnie za to potem, ale w takich chwilach chcę się tobą po prostu opiekować. – Nie wiem czemu zebrało mi się na szczerość. On tymczasem odwrócił głowę i nic nie powiedział. Nie zaprotestował, nie zaprzeczył… To był dzień cudów. Po skończonym stosunku przytuliłem go mocno nie pozwoliwszy mu wstać.

– Igor, ja wiem, że nie pozwolisz mi na żaden związek, ale teraz chcę zwyczajnie ponapawać się twoją obecnością.

Westchnął tylko i ułożył się wygodniej w moich ramionach. Spojrzałem na niego. Jego twarz była prawie całkowicie zasłonięta przez burzę jego włosów, ale mógłbym przyciąć, że widziałem na jego twarzy uśmiech, który tak bardzo wrył mi się w pamięć. Chciałem przyjrzeć mu się lepiej, ale postanowiłem nad tym zapanować i dać mu zachować chociaż to dla siebie. Przymknąłem oczy i po chwili zasnąłem. Gdy się obudziłem było już całkowicie ciemno. Bałem się, że zostawił mnie tak i zniknął. On jednak spał spokojnie obok, a ja z niewyjaśnionego powodu znajdowałem się pod kołdrą, mimo, że zasnąłem na niej. Usiadłem i spojrzałem na niego. Był tak spokojny, gdy spał. Szkoda, że tylko wtedy. Bałem się kolejnego dnia. Wiedziałem, że to tylko romans, który wkrótce urwie się na długi czas. Pogłaskałem go po włosach i ucałowałem w czubek głowy, po czym niechętnie położyłem się dalej spać. Obawiałem się, że rano obudzę się sam, jak zawsze. Jednak zaraz po obudzeniu zdałem sobie sprawę, że Igor dalej śpi na moim ramieniu. Gdy próbowałem wstać obudził się. Spojrzał się na mnie, po czym uśmiechając się ironicznie przeciągnął się i zamruczał. Długo nic nie mówiliśmy. Aż do naszego pierwszego wspólnego śniadania. On był zrelaksowany i siedział z talerzem na łóżku, wygodnie oparty o stos poduszek. Ja zaś przysiadłem przy stoliku i z jakiegoś powodu czułem się nieco dziwnie w zaistniałej sytuacji.

– To jak będzie z tym domkiem w przyszłym miesiącu? – zagadnął niby od niechcenia.

– Nie dam rady. Jestem w stanie wykrzesać może dwa lub trzy dni i to nie pod rząd. – Zacząłem się zastanawiać przerywając jedzenie. – Nie da rady za te dwa tygodnie?

– Odpada. Na cały miesiąc pożyczyłem ten domek znajomemu. Nie mogę go wykopać.

– A później?

– Odpada. Pierwsze dwa tygodnie września jestem w Wiedniu, a potem już będzie zimno.

– Widać nie jest nam to pisane – westchnąłem i wróciłem do jedzenia.

– Nie dasz rady zrobić nic z tą Kopenhagą?

– Nie bardzo. Najpierw mam urodziny kumpla, potem obiecałem pomóc siostrze, mieszka tam. Ostatnie dwa tygodnie to koncerty, nie wliczając siedemnastego, dwudziestego pierwszego i dwudziestego trzeciego.

– A z twoją siostrą to takie pilne? – Spojrzał się na mnie kusząco. Westchnąłem po chwili.

– Nie wiem, zapytam, ale wystawiłem ją już raz, bo mi koncert wypadł, więc nie chciałbym tego robić po raz kolejny.

– Ale może byście spotkali się wcześniej? Albo może wystarczy wam tydzień?

– No mówię, że zapytam…

– Tylko poproś bardzo ładnie… – Uśmiechnął się kusząco.

– Słuchaj… Nie wiem. – Odwróciłem wzrok. Nie chciałem tego widzieć, bo za bardzo chciałem mu ulec.

– Nie chcesz?

– To nie tak…

– A jak? – spytał rzeczowo. Przez jakiś czas milczeliśmy. Wyglądało na to, że nie odpuści tego pytania.

– Nie ważne. Po prostu nie sądzę by mi się udało.

– Czemu?

– Musisz wszystko wiedzieć? – zaczynałem się irytować.

– Chcę.

– Okej. Od śmierci rodziców widziałem ją może ze dwa razy. Za każdym razem odmawiałem przyjazdu znajdując jakąś wymówkę lub faktycznie coś mi wypadało. Gdy w końcu faktycznie mam tam jechać i wszystko jest ustalone, nie chcę tego znowu odwoływać.

– Czyli nie chcesz jechać.

– Chcę, ale wygląda na to, że ona ma jakieś problemy. Za długo ją zbywałem i teraz muszę zorientować się, co się dzieje i co mogę z tym wszystkim zrobić.

– Znalazł się i samarytanin. – Uśmiechnął się ironicznie.

– Nie waż się z tego śmiać – odparłem sucho i wstałem od stołu rozglądając się za rzeczami. Kiedy tylko zorientował się, że zamierzam wyjść zerwał się z łóżka i pośpiesznie złapał mnie za ręce.

– A poranny seks?

– Nie drażnij się ze mną, rozumiesz?

– Dobra, słuchaj. Zapisz sobie mój numer, jak się dowiesz czy możesz się urwać, to daj mi znać. Jeżeli nie będziesz mógł to, kto wie, może ja wpadnę do Kopenhagi?

– Dobra, ale nic nie obiecuję.

Oczywiście po niespełna dwóch tygodniach siedzieliśmy w jednej z kopenhaskich kawiarni. Nigdy nie spodziewałbym się, że mogę mieć z nim jakiekolwiek wspólne tematy, jednak dyskusja toczyła się dość wartko. Przynajmniej dopóki, nie wiadomo skąd, nie pojawiła się moja siostra. Usiadła przy naszym stoliku bez pytania i zawiesiła wzrok na Igorze.

– Adrian, co się dzieje? – zapytał lekko zdezorientowany.

– To moja siostra. Poznaj Gosię – westchnąłem. – A ty, nie wiem jak nas znalazłaś, ale nie bardzo podoba mi się taki układ.

– Przedstawiłbyś go chociaż.

– Igor.

– I co dalej?

– Po prostu Igor. Wystarczy?

– Nie. Nazwisko? – Tu zastanowiłem się chwilę.

– Nie znam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Ściemniasz – orzekła tylko.

– Dzięki stary, to akurat do ciebie bardzo podobne.

– Nie marudź, nikt się ciebie o zdanie nie pytał – mruknąłem, po czym odwróciłem się do siostry. – Ciebie zresztą też nie.

– To twój chłopak?

– Nie.

– Kłamiesz, wiem, że jesteś gejem.

– Tak, więc każdy facet, z którym rozmawiam jest moim chłopakiem – skwitowałem.

– Nie, ale wątpię w przypadkowe spotkanie tutaj jakiegoś twojego znajomego. Coś mi tu śmierdzi.

– Nie mam chłopaka.

– My tylko ze sobą śpimy – dodał Igor wzruszając ramionami. Na te słowa moja siostra całkiem zdębiała.

– Nie posądzałam cię o to – powiedziała do mnie z wyrzutem, a jego zmierzyła wściekłym spojrzeniem.

– Nie przesadzaj. – Machnąłem ręką, po czym zwróciłem się do Igora. – A ty nie kłam.

– Czyli ze sobą nie sypiacie? – W głosie mojej siostry przebrzmiewała ulga.

– Sypiamy. Ale nie tylko. Zdarza nam się rozmawiać. Ot, dziś na przykład.

– To nie jest śmieszne!

– Gosia, no przestań. Jesteśmy dorosłymi ludźmi – zaśmiałem się.

– Ale jesteś moim bratem. Nie podoba mi się to, jak się prowadzasz.

– Gośka! – Zacząłem się śmiać mocniej.

– Co w tym śmiesznego? – rozzłościła się.

– Jest XXI wiek. Nie robimy nic złego. Mamy układ, który nam pasuje, więc w czym problem?

– A macie chociaż jakieś wspólne zainteresowania? Cokolwiek was łączy? – dopytywała.

– Tak, jest pianistą. Tyle, że on jest wybitny, a ja lubię grać.

– Przestań – warknął.

– A myślisz, że co? Nie zauważyłem twoich kąśliwych uwag od samego początku? Jak to technika jest ważna? A ja po prostu lubię to robić – wytknąłem mu od razu.

– Mówiłem ci od początku, że jesteś za dobry na takie zabawy – obruszył się.

– A ja nie mam zamiaru cię słuchać. Chyba, że zgodzisz się zagrać ze mną coś na cztery ręce, to przemyślę sprawę. Przynajmniej na czas wspólnej gry.

– Raz już powiedziałem, może kiedyś.

– To było ponad dwa lata temu. Ile jeszcze mam czekać na to twoje „kiedyś”?

– Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś strasznie upierdliwy?

– Ty. – Wyszczerzyłem się do niego, na co przewrócił oczami.

– Jak dasz mi swój kalendarz koncertów, to porównam go z moim i ściągnę cię na któryś. Pasuje? – westchnął ciężko, na co ucieszyłem się od razu.

– Pewnie! Za tobą wszędzie! – odpowiedziałem ucieszony.

– Tylko bez takich. Na domek to nie chciałeś, więc się teraz nie udzielaj.

– Chciałem, ale nie mogłem, to jest różnica – naburmuszyłem się.

– Nie ważne, jeden pies.

– Dzięki stary, na ciebie zawsze można liczyć. Mówię ci, powiedz, kiedy i gdzie, a będę. Wiszę ci to w sumie – odpowiedziałem luźno.

– Masz rację. Wisisz mi to. Tak samo, jak mi wisi to czy tam będziesz czy nie – odgryzł się od razu, a ja przewróciłem oczami.

– Tak sobie wmawiaj. Wiem, że mnie lubisz.

– Lubię seks z tobą, a nie ciebie. Mylisz fakty – odparł znudzonym tonem, na co szturchnąłem go w ramię. Przez chwilę utrzymywał kamienną twarz, ale zaraz potem zachichotał.

– Wiedziałem! Jednak jesteś człowiekiem! – krzyknąłem.

– Ja wciąż tu siedzę – burknęła zaraz potem moja siostra. Autentycznie o niej zapomniałem. Igor był do tego stopnia absorbujący.

– Wiem, wiem – powiedziałem umęczonym tonem. – Gosia, jesteśmy dorośli. Nie zamierzam układać swojego życia pod twoje dyktando. Jak będę chciał, to zaraz pójdę, zaciągnę go do urzędu i wezmę z nim ślub, a ty naprawdę niewiele masz tu do powiedzenia.

– Ale ja mam – wtrącił Igor.

– No niby masz. Co byś chciał w tym temacie powiedzieć? – Spojrzałem na niego z kpiącym uśmieszkiem, a on odchylił się na krześle, założył ręce na piersi i spojrzał na mnie z wyzwaniem w oczach.

– Wybieraj czyje zostawiamy nazwisko, nie podobają mi się podwójne – powiedział spokojnie.

– Nie wiem, jak masz na nazwisko. – Wzruszyłem ramionami.

– Schmidt. Igor Schmidt – podkreślił wyraźnie, patrząc mi w oczy.

– Podoba mi się, brzmi lepiej niż Sadowski – zdecydowałem.

– No to się zacznij przyzwyczajać, bo od jutra będziesz je nosił – rzucił ze stoickim spokojem, a ja wybuchłem śmiechem.

– Jasne, muszę poćwiczyć podpis – wydyszałem.

– Ty się nie śmiej. Tak się zarzekałeś, to się teraz nie wycofuj. – Igor wyraźnie doskonale się bawił widząc moją skonfundowaną minę.

– Nie mówisz tego poważnie – skwitowałem.

– Mówię jak najbardziej poważnie. Mam zamiar iść jutro z tobą do urzędu i wziąć ślub cywilny.

– Przecież ty dalej jesteś w szafie – żachnąłem się.

– Byłem. Dwa lata temu. Teraz się zamknij i przyzwyczajaj do myśli, że od jutra jesteś zajęty. Muszę lecieć, zadzwonię wieczorem. – Wstał i poklepał mnie po ramieniu, po czym odszedł z kamiennym wyrazem twarzy, zostawiając nas osłupiałych przy stoliku. Cały Igor.

– Widzisz, już nie musisz się martwić. Od jutra będę miał męża – rzuciłem do siostry, wciąż będąc w lekkim szoku.

– Chyba tego nie zrobisz? – Gosia spojrzała na mnie z niedowierzaniem, ale wzruszyłem ramionami.

– Druga taka szansa może się nie trafić – powiedziałem lekko, sam do końca w to wszystko nie wierząc.

Igor faktycznie zadzwonił tego wieczoru, a następnego dnia spotkaliśmy się pod urzędem. Nie wiedziałem, co ja u licha wyprawiam, ale machnąłem na to wszystko ręką. Igor chciał się hajtać? Będziemy się więc hajtać. Co z tego, że pewnie i tak nie zobaczę go przez najbliższych kilka miesięcy, ale co papier, to papier. Po pół godzinie było po krzyku, a ja miałem na nazwisko Schmidt. Teraz pozostawała kwestia przekonania urzędów w Polsce, żeby zmienili mi dokumenty. Jako, że związki partnerskie nie były u nas uznawane, mogło to być ciężkie zadanie.

Jak nie trudno się domyślić, obaj cieszyliśmy się na naszą noc poślubną, którą, de facto, zaczęliśmy już koło szesnastej. Uwielbiałem spędzać z nim czas w łóżku. Zmieniał się wtedy i traktował wszystko mniej poważnie. Niestety, kiedy się obudziłem, Igora już nie było w łóżku ani w pokoju, a przez następne pół roku nie odbierał telefonu. Byliśmy bardzo dysfunkcyjnym małżeństwem, ale przynajmniej mogłem od czasu do czasu powkurzać go, gdy widywaliśmy się na występach. Wołałem wtedy na cały głos „Kochanie, nareszcie jesteś” i rzucałem mu się na szyję, obserwując, jak ze stoickim spokojem na twarzy i chęcią mordu w oczach, odkleja mnie od siebie, po czym faktycznie każdemu potwierdza to, że jesteśmy w związku.

Raz pociągnął mnie za sobą, chyba około naszej drugiej rocznicy.

– Czas na prezent ślubny – rzucił z ironią.

– Co? Chyba się trochę, mężusiu, spóźniłeś – odpowiedziałem ze śmiechem już dawno przyzwyczajony do jego dziwactw.

– Chciałeś grać na cztery ręce to teraz nie marudź – odburknął.

– Co? Ale nic nie ćwiczyliśmy! – zawołałem i stanąłem w miejscu. On również przystanął i odwróciwszy się do mnie, przewrócił oczami.

– To przecież w twoim stylu. Nie marudź, tylko chodź. Póki jeszcze mi się chce.

– To będzie katastrofa, wiesz o tym? – zapytałem ze śmiechem.

– Wiem. Cały jesteś wielką chodzącą katastrofą. Chodź.

Podziel się dobrem

2 Comments

  1. Niesamowicie sympatyczny one-shocik, bohaterowie po prostu mega:) Szkoda, że nie zrobiłaś z niego dłuższego opowiadania, bo z przyjemnością poczytałabym więcej o perypetiach miłosnych tych dwóch pianistów;) Pozdrawiam i weny życzę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie wyświetlony.

*

© 2018 Byle do brzegu

Theme by Anders NorenUp ↑