Byle do brzegu

Opowiadania LGBT

10. Kiedy coś nam w duszy gra

Cześć Kochani!

Przed Wami kolejnych kilka akapitów Układu ( ;

Wiem, wiem, trochę krótki i w ogóle, ale to zawsze coś, nie? Po raz kolejny polecam Wam subskrypcję, bo z ręką na sercu nie wiem, na ile będę miała czas i sposobność wstawiać coś tutaj, gdy już zawędruję do Japonii, a na pewno będę wysyłać newslettery.

Pochwalcie się, kto był na Paradzie Równości w Warszawie? Było cudownie, co nie? ( ;

Enjoy!

Niestety, miałem rację, postawił na swoim. Nie zdążyłem nawet wyjść z pracy, a już miałem kilka nieodebranych połączeń. Przez chwilę debatowałem sam ze sobą czy do niego oddzwonić czy nie, ale wiedziałem, że na bank się ode mnie tak łatwo nie odczepi i będzie dzwonił do skutku. Wcisnąłem więc z ciężkim sercem zieloną słuchawkę i przygotowałem się na najgorsze.

– No nareszcie! Wiesz, ile do ciebie dzwonię? – Usłyszałem na powitanie.

– Wiem, zauważyłem, ale wyobraź sobie, że zdarza mi się pracować – odpowiedziałem kwaśno.

– O cholera, o to cię nie podejrzewałem – odparł z udawanym szokiem. – Słuchaj, za ile będziesz w domu?

– Myślę, że powinienem być za jakieś dwadzieścia minut, no maksymalnie pół godzinki, a co? – zapytałem podejrzliwie, choć nie byłem pewien czy chcę usłyszeć odpowiedź.

– No to będę czekał pod klatką. Idziemy do Przejścia na karaoke – stwierdził.

– Daj mi się chociaż ogarnąć – westchnąłem, mając nadzieję, że może jeszcze się wymigam.

– Dam, spokojnie. Po prostu poczekam u ciebie, żebyś nie myślał nawet o próbie wykręcenia się z tego. Mogę się poświęcić i też zaśpiewać coś, a uwierz mi, nie idzie mi to najlepiej. Dla ciebie wystawię się na pośmiewisko. Doceń – fuknął na koniec, a ja zaśmiałem się pod nosem.

– Doceniam. Umowa stoi. Będę trzymał cię za słowo. Zdecydowanie chcę to usłyszeć. – Humor trochę mi się poprawił. Jeśli ja wychodziłem ze swojej strefy komfortu, on musiał wyjść ze swojej.

– No to do zobaczenia za jakąś chwilę – rzucił i zakończył połączenie. Widocznie nie był zadowolony z obrotu spraw, ale sam wyszedł z propozycją i byłbym głupi, gdybym jej nie przyjął.

Rzeczywiście czekał na mnie pod blokiem i dał mi tylko chwilę na rozpakowanie materiałów, przebranie koszulki i wypicie herbaty. Kazał mi nic nie jeść, mówiąc, że na miejscu coś zamówimy, a nawet sugerując, że może mi dziś postawić, ale znając jego sytuację finansową odmówiłem i starałem się rzucić kąśliwym komentarzem typu czyżby to była kolacja w zamian za wczorajszy seks? Bardzo szybko go to zjeżyło, więc dał spokój i kazał mi spadać na drzewo. Dokładnie o taki efekt mi chodziło. W ten sposób nie będzie myślał, że patrzę na niego z góry z powodu pieniędzy. Zdecydowanie nie chciałem znów zacząć się z nim żreć. Wystarczyły nasze zwykłe przekomarzania.

To, czego się nie spodziewałem, to dwójki naszych znajomych czekających już na miejscu. Oczywiście, że Remik nie chciał się przyznać, że Arek z Wiktorem już będą, bo inaczej w ogóle nie dałbym się namówić, nawet jeśli siedziałby u mnie w mieszkaniu kilka następnych dni. Zły, podszedłem do stolika i usiadłem bez słowa z markotną miną. Nie odpowiadałem na żadne zaczepki ani zagajenia, aż w końcu Remi wkurzył się i dość mocno klepnął mnie w rękę.

– Uspokoisz się w końcu? Ile masz lat, do cholery? – fuknął rozeźlony.

– Ty mnie będziesz o tym pouczał? – żachnąłem się.

– Ktoś musi. Zachowujesz się jak obrażona nastolatka – wytknął mi patrząc na mnie wyczekująco.

– Przepraszam, mamo – powiedziałem prześmiewczo.

– Daruj sobie. Ponoć to ja jestem roztrzepanym gówniarzem, a co w takim razie można powiedzieć o tobie?

– Odpieprz się. Dalej jestem na niego zły – szedłem w zaparte.

– Bardzo dojrzale – mruknął z sarkazmem. – Jules, bądźmy poważni. Chciał dobrze, znacie się od liceum, a dziś mieliśmy się odstresować i dobrze bawić.

– Dobra, niech wam będzie, ale stary, za następny taki numer cię uduszę. Nie rozmawiasz z moimi eks za moimi plecami, jasne? – Wycelowałem w niego palcem i zmierzyłem go spojrzeniem.

– Jak słońce. Żadnych eks. Możemy teraz w końcu napić się czegoś i zapisać na listę? – odparł Arek, szybko przechodząc do innego tematu.

– Okej. Dzban i frytki? Umieram z głodu? – zapytałem wstając i kierując się w stronę baru. Wszyscy przy stole pokiwali głowami, więc szybko złożyłem zamówienie i po chwili wróciłem z dzbanem piwa i czterema szklankami. Postawiłem wszystko na stole i udałem się na poszukiwanie dobrej do rozśpiewania się piosenki. Przez jakiś czas wertowałem listę, ale w końcu zapisałem się na kilka kawałków podpisując się jako J.R. Nie musiałem przecież głośno przyznawać się do swojego imienia. Poza tym wszystkie wybrane przeze mnie piosenki były po angielsku, a z moim akcentem powinno przejść bez echa.

Gdy wróciłem do stolika, chłopcy dyskutowali o czymś zawzięcie. Nie chciałem im się wcinać, więc tylko przysłuchiwałem się ich rozmowie, raz po raz zwracając większą uwagę na to, co dzieje się na scenie. Zaczynałem się poważnie stresować, mimo, że było to tylko karaoke. Ostatecznie przyszła moja kolej i zostałem wywołany na scenę, a moi znajomi widząc, że wstaję ucichli jak na rozkaz, wpatrując się w każdy mój ruch, co tylko zestresowało mnie bardziej. Na szczęście mikrofon i scena działały na mnie kojąco. Gdy stałem po drugiej stronie nie liczyło się nic, a strach przechodził w ekscytację.

Zacząłem delikatnie od “Fly me to the moon”, żeby nie nadwyrężyć głosu na sam początek. Przeleciałem gładko przez klimatyczny jazzowy kawałek i pozwoliłem sobie odpłynąć na chwilkę, kompletnie nie przejmując się czekającym na mnie towarzystwem. Bawiłem się statywem, dreptałem po scenie i flirtowałem z publiką. Nawet dostałem na koniec pochwałę od prowadzącej. Może jednak nie było tak źle? Wiem, że kiedyś śpiewałem lepiej, ale nie zapomniałem wszystkiego. Na jedno szczęście wciąż mogłem coś nie coś zdziałać moim głosem. Gdy wróciłem do chłopaków, Wiktor siedział wpatrzony we mnie bez słowa, Arek miał na ustach wszystko wiedzący uśmieszek, a Remik dość naturalnie przytulił się do mnie, całując mnie w skroń i rzucając komplement za komplementem, co tylko wprawiło w jeszcze większe osłupienie naszych towarzyszy. Nie wiem, czemu, ale miałem ochotę podrażnić się z nimi, więc objąłem Remiego i całując go krótko w usta, podziękowałem ładnie za wszystkie pochwały.

– Co tu się…? – zaczął Arek, po czym na jego usta wypłynął szeroki uśmiech. – Jesteście razem?

– Yyy, nigdy – odpowiedzieliśmy jak na komendę i odsunęliśmy się od siebie, patrząc z przerażeniem na mężczyznę naprzeciwko.

– Ale wy przecież… – Zbity z tropu zmierzył nas spojrzeniem.

– My tylko zaczynamy się dogadywać. – Wzruszyłem ramionami.

– Ze mną nigdy nie dogadywałeś się aż tak dobrze – wytknął mi z uniesioną brwią.

– Widocznie nie zasłużyłeś – odbiłem piłeczkę.

– A czym on sobie zasłużył? – powiedział z wyraźnym wyzwaniem w głosie. Na jego nieszczęście ja nie miałem zamiaru spasować.

– Jest dobry w łóżku. Teraz wybacz, chętnie popatrzyłbym dłużej, jak się opluwasz, ale wzywają mnie na scenie. Pilnuj Wiktor, żeby się nie udławił – rzuciłem z rozbawieniem i wstałem idąc po mikrofon. Tym razem już bez żadnego stresu rozpocząłem “New York, New York” Franka Sinatry, bawiąc się sceną i klimatem. Miło było popatrzeć na zadowolone miny ludzi. Mimo przerwy musiałem wciąż mieć w sobie to coś. Nie powiem, działało to zdecydowanie pozytywnie na moje poczucie własnej wartości.

Śpiewanie miało w sobie jakiś dziwny urok. Jak zaczarowany podążałem za nutami i przemierzałem świat muzyki patrząc na niego inaczej, niż cała reszta. To trochę tak, jakbym znał jakiś sekret. Jakbym posiadał głębszy stopień wtajemniczenia. Byłem ja i muzyka, a między nami nic. Oboje byliśmy względem siebie nadzy. I ja, i ona tworzyliśmy harmonię. Prowadziła mnie za rękę przez kolejne dźwięki, a ja pieściłem ją czule niczym najcenniejszy skarb. Była jedyną kochanką, która była stała w swojej zmienności, której sztywne reguły muzyczne nie przysłaniały żaru tlącego się w tekście. Jak coś tak sprzecznego mogło być tak piękne?

Uroki bycia wrażliwym na piękno tego świata. Mogłem co rusz zakochiwać się w piosenkach od nowa nadając im sens. Poza tym budziło to wiele nieodgadnionych uczuć w oczach słuchaczy. Nawet, gdy publika była pełna, czułem się zawsze, jakbym z każdym człowiekiem z osobna był sam na sam. Z każdym z nim dzieliłem inny sekret i inną nitkę, choć dopiero wszyscy razem tworzyliśmy kłębek.

Nawet, gdy skończyłem piosenkę i usiadłem na swoim miejscu, byłem jak w transie. Remik przytulał się do mnie, a ja nie obecnie przygarnąłem go do siebie ramieniem i upiłem łyka piwa.

– Zapomniałem już, jak przyjemne mogą być takie wieczory – westchnąłem kontent.

– Nie poznaję cię stary. Nie jesteś w ciąży czy coś? Zmiany nastrojów i w ogóle? – zakpił Arek, na co o mało nie oplułem się piwem, a Wiktor wraz z Remim zaczęli się śmiać w głos.

– Nie, po prostu próbuję wreszcie stanąć na nogi i połapać się w tym, co się dzieje na około. Wiesz, coś trzeba robić. W mojej pracy zwyczajnie wegetuję, więc może… Nie wiem jeszcze, ale pośpiewam trochę. Coś muszę zacząć robić. – Spojrzałem na kumpla i wypuściłem głośno powietrze. – Dzięki Arek. Zdążyłeś mnie po drodze wkurwić, ale trochę pomogłeś.

– A ja? – wciął się naburmuszony Remigiusz. Widząc go takiego, zachichotałem i pokręciłem głową z niedowierzaniem. Czasem rzeczywiście wychodziła różnica wieku. A może zwyczajnie charakterów? Nie mniej jednak, przygarnąłem go do siebie mocniej i cmoknąłem w skroń.

– Tak, ty też. Jesteś tak upierdliwy, że się nie da ciebie przeoczyć – odpowiedziałem ze śmiechem, ale gdy usłyszałem ciche syknięcie, odsunąłem się szybko i rzuciłem mu przepraszające spojrzenie. – Wybacz. Jak ręka?

– W porządku. To nic. Tylko… – zaczął, ale widać było, że nie do końca jest jak mówi, więc przerwałem mu od razu.

– Remi, daj spokój, widzę przecież. Leków teraz nie powinieneś brać po piwie, ale może nie wiem… – urwałem zastanawiając się nad tym, co można zrobić w takim miejscu z bolącą ręką.

– Cicho siedź. Przejdzie. Wołają cię na scenę. Spadaj śpiewać – popędził mnie i klepnął zdrową ręką w ramię. Przewróciłem oczami, ale poszedłem grzecznie we wskazanym kierunku.

Gdy ponownie usiadłem przy stoliku trwała zawzięta dyskusja. Nie chciałem im przeszkadzać, tym bardziej, że nie bardzo mogłem połapać się o co im chodzi. W końcu Wik zorientował się, że nie mam bladego pojęcia o czym mówią, więc raczył mi wyjaśnić, że w gruncie rzeczy obgadują jednego wspólnego znajomego, który tańczy z Remikiem. Raczej nie miał dobrej reputacji, a sama wzmianka o nim doprowadzała Remiego do szewskiej pasji. Ciekawie było obserwować go wściekłego jak osa i to w dodatku nie na mnie. Całkiem przyjemna odmiana. Przynajmniej raz nie byłem w centrum czyjegoś gniewu, rozczarowania, złości czy zranienia. Przynajmniej raz mogłem obserwować wszystko z zewnątrz nie czując się winnym. Poczucie winy i stłamszone nadzieje czy pragnienia stały się ostatnio moją domeną. To trochę tak, jakbym był przygotowany do tego, że jestem całym złem tego świata i tak powinno już pozostać. Brzmi jak smutna parodia, ale można się przyzwyczaić. Wystarczy jakoś to udźwignąć na początku, a później idzie już samo, jak dobrze naoliwiona maszyna.

Jednak tym razem mogłem znaleźć się z drugiej strony, nie martwiąc się o konsekwencje, zwyczajne wypowiedzieć się na temat czyichś błędów, zagrywek czy przewinień. Dziś byłem bezpieczny, przynajmniej póki co. Remi może i był roztrzepany, ale za to bardzo zacięty, gdy coś go irytowało na poważnie, a najwidoczniej ten osobnik był do tego zdolny. Z burzą włosów sterczącą wszędzie i wydętymi polikami, wyglądał dla mnie jak naburmuszony kociak. Niby drapał pazurkami, ale był zbyt słodki, by wziąć go na poważnie. Zaczynałem naprawdę lubić tego gówniarza. Przedostał się niepostrzeżenie do mojego serca, moszcząc się tam wygodnie. Nie był może materiałem na partnera, ale Arek z Wiktorem mieli rację, coś w sobie miał. Za szybko dałem mu się podejść. Pieprzony Remik.


 

Parada!

Podziel się dobrem

1 Comment

  1. Zajebiśćie piszesz kochana! Besos Basiu <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Byle do brzegu

Theme by Anders NorenUp ↑