Cześć Kochani!

Przed Wami nowy rozdział Układu Antytetycznego! Wiem, że trochę się na niego naczekaliście, ale wreszcie jest. Jestem zawalona pracą, ale staram się robić wszystko, żeby pisać jak najwięcej. Pozdrowienia z upalnej Japonii.

 

Enjoy!

Plusy pracy w teatrze? Wreszcie mogłem robić coś związanego ze sztuką. Śpiewałem codziennie po kilka godzin i czułem się z tym świetnie, a ponadto poprawiła mi się kondycja. Wszystkie próby taneczne i dodatkowe treningi, jakie miałem powoli przynosiły efekty i zaczynały się u mnie kształtować jakiekolwiek mięśnie. Minusy pracy w teatrze? Chroniczne zmęczenie i Remi. Nie miałem czasu na nic, ponieważ biegałem między próbami, treningami, a szkołami językowymi, często przegryzając coś w biegu i zwiększając dawkę wypijanej przeze mnie kawy. No i o ile naprawdę polubiłem tego gówniarza, o tyle mając z nim styczność codziennie, działał mi na nerwy. Treningi z nim to istna katorga, a poza tym jego wybuchowy charakter nie raz, nie dwa doprowadzał mnie do szewskiej pasji.

Nie zmienia to faktu, że i tak większość czasu spędzaliśmy razem. Razem jedliśmy śniadania, obiady, kolacje, razem ćwiczyliśmy, a niekiedy nawet razem spaliśmy. Byłby to wygodny układ, gdyby nie to, że na dłuższą metę działaliśmy na siebie jak płachta na byka. Bywało, że nie robiłem nic szczególnego, a on i tak warczał na mnie i wychodził trzaskając drzwiami. Nie mogłem mu tego za bardzo wypominać, bo mi w ciągu kilku tygodni też zdarzyło się raz czy dwa wściec się i zwyczajnie pójść do domu bez słowa. Nie wiem, jak mu się to udawało, ale zawsze jakimś cudem pociągnął za złą strunę wyprowadzając mnie tym samym z równowagi. Przecież byłem spokojny i zrównoważony. Przynajmniej do tej pory tak myślałem. No, ale do tej pory myślałem też, że nigdy już nie będę śpiewał, więc coś to o mnie mówi. Odkrywałem przed sobą samym nowe zakamarki własnej osobowości.

Niestety nie było to do końca przyjemne doświadczenie, bo jak się okazało, też potrafię być w gorącej wodzie kąpany. Chociaż może powinienem się tego po sobie spodziewać, jeśli zwyczajnie spakowawszy manatki wyjechałem i od kilku miesięcy nie miałem żadnego kontaktu z własną rodziną. Z jednej strony nie zrobiłem nic, żeby naprawić nasze relacje, a z drugiej zwyczajnie było mi przykro, a momentami byłem po prostu zły, że oni nigdy nie wyciągnęli ręki w moją stronę. Moja matka ani razu nie zadzwoniła, nie napisała, nic… Z dnia na dzień wyjechałem z tym, co miałem, nie mówiąc dokąd jadę. Ba! Ja sam nie miałem pojęcia, dokąd jadę, a ona przyjęła to bez słowa.

Im bliżej było do premiery, tym więcej o niej myślałem. Nie tylko o niej, o ojcu i rodzeństwie też. Nawet o kuzynach. Ile razy widziałem któregoś z nich dostępnego na Facebooku? Żaden się nie odezwał. Nie żyjemy w średniowieczu. Kontakt ze mną jest prosty. Mam internet i nie zmieniłem numeru telefonu. Powinni się zainteresować. Może i telefon działa w dwie strony, ale do cholery, jeśli nagle pojechałem gdzieś i nie wróciłem, to może wypadałoby zapytać się czy wszystko w porządku? Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że to oni powinni odezwać się do mnie pierwsi.

Nie mniej jednak, wciąż przez to pozostawał jeden nierozwiązany problem. Teatr dopytywał się o ilość biletów na premierę dla rodziny, a ja wciąż nie wiedziałem, czy przyjedzie ktokolwiek, nawet jeśli zadzwonię i im o tym powiem. Mimo, że nigdy nie byli wybitnie przeciwko, zawsze patrzyli z pobłażaniem na moją niedoszłą karierę muzyczną i odetchnęli z ulgą, gdy zrezygnowałem z tej ścieżki. Byłem ciekaw czy ktoś z nich zjawi się tu i jaka będzie ich reakcja, gdy zadzwonię z takimi wieściami. Po kilku miesiącach milczenia, ot nagle okazało się będę gwiazdą spektaklu, a moja twarz wisi tu i ówdzie porozwieszana na plakatach po całej Warszawie.

Nie spodziewałem się tego, więc oni na pewno też nie będą się tego spodziewać. Było w tym wszystkim wciąż coś, co kazało mi wątpić w prawdziwość całego tego przedsięwzięcia. Byłem w teatrze codziennie. Trenowałem do upadłego, uczyłem się ról i śpiewałem, ile tylko mogłem, a jednak to wciąż było nierealne. Jak jakiś dziwny sen. Jakbym zaraz miał się obudzić znów w domu, obok Emilii i następnego dnia jechać do pracy do Gdańska. Czasem ten brak poczucia realizmu mnie przerażał. Co będzie, jeśli okaże się, że to tylko moja dziwna fantazja?

Na szczęście, a może i nie, w takich chwilach był niezawodny Remigiusz. Doprowadzając mnie do szewskiej pasji przypominał mi, że to, co dzieje się na około jest jak najbardziej prawdziwe. Tak, jak dziś, gdy postanowił obrazić się za komentarz o jego roztrzepaniu. To nie jest moja wina, że śmieszą mnie wszystkie jego wpadki. W ciągu jednego dnia pomylił imiona trzech osób, drzwi do szatni z rekwizytornią, sól z cukrem i wlazł prosto na znak drogowy, lub raczej słup od niego. Gdy przypomniałem mu o kilku z tych jego małych wypadków i to nawet niezbyt nachalnie, a raczej w formie niewinnego żartu, najpierw zaczął krzyczeć, potem wyszedł, a od kiedy zacząłem z nim trening, pastwi się nade mną i nie odzywa ani słowem, jeśli nie dotyczy to stricte tańca. Nie minęła nawet godzina, a ja ledwo żyję, nie wspominając już o tym, że po naszym spotkaniu mam jeszcze pracę w szkole językowej, ale bardzo słabo to widzę. Nie wiem czy będę w stanie ustać na nogach.

Niestety, ale Remik lubił przeginać. Mniej więcej w okolicach czternastej miałem ochotę wyjść, chociaż planowo kończyliśmy dopiero o szesnastej. To przypominało mi, jak wiele nas dzieli. Szczególnie w tym wypadku. W pewnym momencie wziąłem głęboki oddech, żeby nie dać się sprowokować i stanąłem twardo na przeciwko niego. Spojrzał na mnie zdziwiony i zapewne nieco poirytowany, że nie ćwiczę, jak mi kazał, ale widocznie czekał na rozwój wydarzeń. Westchnąłem i nie spuszczając z tonu, ale starając się jednocześnie nie brzmieć zbyt zaczepnie, powiedziałem, co myślę o jego zachowaniu.

– Przestań wreszcie. Mam jeszcze dzisiaj szkołę, a obaj dobrze wiemy, że próbujesz się odegrać. Daj mi i sobie spokój. Nie miałem nic złego na myśli, kiedy mówiłem o tych pomyłkach. – Starałem się brzmieć spokojnie.

– Jasne, ot wieczne nabijanie się ze mnie. Nic takiego. Codziennie tego słucham. Nie mam prawa mieć wreszcie tego dosyć? – Najeżył się jeszcze bardziej.

– Remi, to nie tak, że się wiecznie z ciebie nabijam. Nie postawiłem sobie za cel uprzykrzania ci życia. Jak na kogoś tak utalentowanego, strasznie w siebie nie wierzysz – zauważyłem przytomnie, na co zmrużył oczy i zmierzył mnie spojrzeniem.

– Nie wiem, co to ma do rzeczy, ale uwierz mi, wasze wieczne wytykanie mi każdego błędu nie pomaga – przyznał gorzko, a ja uśmiechnąłem się półgębkiem.

– Remik, to nie tak, że my ci to wytykamy. To, co robisz jest zabawne, musisz to przyznać. Mało komu przydarza się tyle gaf czy wtop i nie znam drugiej takiej osoby, która jest w stanie zapomnieć o wszystkim. Taki już jesteś, no bo to po prostu sprawia, że ty… – wykonałem nieokreślony ruch rękami – …to ty. Nie wiem, jak to określić. Taki masz charakter i połowa z tego, co ci się przytrafia nadawałaby się z powodzeniem do kabaretu, ale pamiętaj, że to nie umniejsza w żadnym wypadku twojej wartości. Nikt nie woła na ciebie Gwiazdeczka, żeby się z ciebie nabijać. Jak dziwnie to przezwisko nie brzmi, ma w sobie ziarno prawdy. Jesteś cholernie utalentowany i na scenie błyszczysz. Nie wiąż jednego z drugim, bo to dwa kompletnie różne aspekty twojej osobowości. No i uwierz wreszcie w siebie. Pośmiej się czasem z nami. Wiesz, ile razy mi wytknęli w tym teatrze braki na próbach, wtopy czy niedoszlifowania? Multum. Dawno powinienem zrezygnować, ale bez przesady. Poprawiam, co mogę, a resztę puszczam mimo uszu.

– Okej, ale ja serio nie przesadzam. Czuję się, jakbyście siedzieli i kopali pode mną dołek. To tak, jakby ktoś mi wiecznie powtarzał, że z tańcem sobie radzę, ale to jedyne, co potrafię zrobić poprawnie – mruknął odwracając wzrok. Westchnąłem ciężko i podchodząc bliżej, przytuliłem go.

– Nieprawda. Ludzie mają w stosunku do ciebie duże oczekiwania i wiele z nich patrzy na ciebie z podziwem, bo jesteś świetny w tym co robisz, a do tego łatwo nawiązujesz kontakty. Może dlatego niektórzy starają się trochę cię uśrednić, uczłowieczyć, żebyś nie był taki idealny. Łatwiej wtedy przełknąć własne niedociągnięcia. A mnie już trochę znasz, po prostu bawią mnie takie przypadki i tyle. Nie bierz tego do siebie. Przepraszam, jeśli to naprawdę aż tak zabolało – niechętnie wypowiedziałem ostatnie zdanie. Jeśli tego potrzebował, byłem skłonny iść na taki mały kompromis i powiedzieć coś, czego nie miałem ochoty mówić. Szczególnie, jeśli miałoby to oznaczać lżejszy trening.

– Dzięki, Jules – wymamrotał krótko w moja ramię, po czym na chwilę ścisnął mnie mocniej i odsunął się całkiem. – A teraz wracamy do ćwiczeń, jeszcze sporo przed nami. Musimy znaleźć twoją prawą nogę, bo na razie widzę tylko dwie lewe.

– To już było wredne, wiesz? – Spojrzałem na niego z uniesioną brwią.

– Wiem. – Wyszczerzył się. – Poczuj czasem, jak to jest. No, lecimy z tematem. Nie mamy już czasu na pogaduchy. Premiera puka nam do drzwi.

– Nawet nie przypominaj – odbąknąłem i z ciężkim sercem wróciłem na środek parkietu. Nie miałem wyjścia, trzeba było ćwiczyć dalej.

– Czemu masz taką kwaśną minę? Nie cieszysz się na premierę? Przecież to jak spełnienie marzeń. Wiesz, ile oni ludzi odrzucili przy castingu do tej roli? – Patrzył na mnie z niedowierzaniem, a ja tylko wzruszyłem ramionami.

– To nie o to chodzi. Cieszę się ogólnie. Róbmy, co mamy robić – zmieniłem temat i zacząłem na sucho powtarzać kolejne kroki jednej z choreografii. Remi przez chwilę mierzył mnie spojrzeniem, po czym postanowił chyba dać sobie spokój. Nie chciałem jeszcze z nim rozmawiać o mojej rodzinie, choć przy tym wszystkim podjąłem dość nagłą decyzję o próbie zadzwonienia do nich tego wieczora po pracy. Było w tym coś, co sprawiało, że spinałem się i nie mogłem trzeźwo myśleć.

Do końca dnia chodziłem wiecznie rozproszony. Dziewczyny z recepcji, widząc w jakim stanie jestem zgodnie okrzyknęły “kłopoty w raju”. Dałem sobie spokój z tłumaczeniem, że zwyczajnie padam ze zmęczenia a do tego mam dziś przed sobą ważną rozmowę i pozwoliłem im mówić, co chcą. Tak było wygodniej, jak zawsze. Miały swoją własną wersję rzeczywistości. Hasałem w niej z Remikiem po polach, najprawdopodobniej nago i ociekaliśmy obaj słodyczą, tuląc się do siebie. Aż pokręciłem głową na tę wizję. Była straszna, ale przynajmniej przywołała na moje usta cień uśmiechu. Musiało mi to wystarczyć do końca dnia. Szczególnie w momencie, w którym stałem z telefonem w ręku i nie mogłem zmusić się, żeby wcisnąć zieloną słuchawkę.

Ostatecznie przemogłem się i jakimś cudem wykręciłem numer mojej mamy. Odebrała zaledwie po kilku sygnałach, a w słuchawce rozległ się jej ciepły, dobrze mi znany głos.

– Słucham? – Brzmiała na nieco rozkojarzoną. Musiałem jej coś przerwać.

– Cześć mamo, możesz rozmawiać? – zapytałem niepewnie, nie bardzo wiedząc, jak zacząć.

– O matko, Julek. Dziecko, co się z tobą dzieje? Wszystko w porządku? Gdzie teraz jesteś? – rzucała pytanie za pytaniem brzmiąc nagle na spanikowaną.

– Spokojnie, mamo. Wszystko jest w porządku. Masz może jak porozmawiać na Skypie? Będzie nam wygodniej? – zaproponowałem nagle, czując niepohamowaną potrzebę zobaczenia jej i upewnienia się, że wszystko u niej w porządku. Pomimo tej ciszy, była moją matką i dbałem o nią.

– Jasne, oczywiście, daj mi trzy minutki. Włączę komputer i już do ciebie dzwonię. – Ucieszyła się wyraźnie, a w tle usłyszałem szamotanie się. Mogłem wyobrazić ją sobie kręcącą się w kółko w poszukiwaniu laptopa i potrącającą wszystko dookoła. Pod pewnymi względami Remik bardzo mi ją przypominał.

Niecałe pięć minut później patrzyłem się w zmartwione oczy mojej rodzicielki. Wyglądała dobrze, ale usilnie wpatrywała się w ekran, zapewne szukając jakichkolwiek oznak mojego marnienia. Na próżno, nic nie znalazła. Wyglądałem nawet lepiej, niż wtedy, gdy wyjeżdżałem, więc po chwili uśmiechnęła się i odprężyła nieco.

– Mów kochanie, co się z tobą działo? – powiedziała łagodnie, patrząc się na mnie. Cały stres ze mnie zszedł, choć wciąż chciałem wyjaśnić kilka kwestii.

– Wyjechałem. Byłem wściekły. Emilia mnie zdradziła i związek mi się posypał. Zrezygnowałem dla niej ze wszystkiego, więc wkurzyłem się, spakowałem i ruszyłem w drogę. Nie miałem kolejnego celu i wszystko organizowałem na bieżąco. Mieszkam w Warszawie. Uczę w dwóch szkołach językowych… Ale w sumie dzwonię z trochę innego powodu… – urwałem, nie wiedząc, jak mam to powiedzieć.

– Rozumiem, synek. Miałeś prawo być zły, ale tak wyjeżdżać nagle, bez słowa… No to mów, co się stało, że po tych kilku miesiącach nagle postanowiłeś zadzwonić do starej matki – odpowiedziała z przekąsem, na co przewróciłem oczami.

– Po pierwsze chciałem się wreszcie dowiedzieć, czemu nikt z was nie próbował się ze mną skontaktować, a po drugie… Dostałem angaż w teatrze. Całkiem przypadkiem, ale to jedna z głównych ról. Dalej nie dowierzam. No i pytają się mnie, ile chcę biletów na premierę rezerwować, a ja nie bardzo wiem, co im odpowiedzieć… Nie wiem, czy ktokolwiek z was będzie chciał przyjechać – wytłumaczyłem spokojnie.

– Kochanie, to cudownie! Zawsze tego chciałeś! Wszyscy przyjedziemy, na pewno. Musisz mi opowiedzieć, jak to się stało, że tam występujesz. Myślałam, że całkiem to rzuciłeś – odpowiedziała z entuzjazmem mama, a potem zaczęła wypytywać mnie o różne szczegóły. Odpowiadałem cierpliwie na jej pytania i sam czasem dorzucałem kilka ciekawostek. Niestety w momencie, w którym moja rodzicielka postanowiła zapytać się mnie czy znalazłem sobie kogoś w Warszawie, nie zdążyłem jej zaprzeczyć, bo do mojego mieszkania wpadł Remigiusz, krzycząc od progu, że czegoś zapomniał. Shit, nie wytłumaczę się z tego tak łatwo. Mama była jedyną osobą w rodzinie, która znała moje preferencje seksualne i nigdy nie miała z tym większego problemu. Przynajmniej w teorii, chociaż widząc jej spojrzenie na ekranie monitora, wiedziałem, że będę musiał stawać na głowie, żeby jakoś ją przekonać, że to tylko nieporozumienie. Pieprzony Remik.

Podziel się dobrem