Byle do brzegu

Opowiadania LGBT

2. Kiedy nie wszystko idzie po naszej myśli

Cześć wszystkim!

Przed Wami druga część Układu Antytetycznego! Z małym poślizgiem, ale jednak.

Małe info dla subskrybentów: wybaczcie, Kochani taką obsuwę, ale obiecuję, że rozdział walentynkowy Uno i Tymka będzie niebawem. Mam straszne urwanie głowy i zwyczajnie nie zdążyłam napisać więcej niż pierwsze trzy strony, więc jeszcze chwilkę.

Na dniach również Uno będzie szedł do druku i już niebawem wszystkie szczegóły będzie można poznać na bucketbook.pl!

Enjoy!

Cieszyłem się, że niedzielę miałem całkiem wolną od wszelkich zajęć, za to poniedziałek był moją osobistą katorgą. Miałem dwie grupy i dwa zajęcia indywidualne, przy czym musiałem przyznać sam przed sobą, że bynajmniej nie były to moje ulubione grupy. Nie znaczy to, że się nie starałem, ale mimo wszystko poniedziałek źle działał na mnie i na nich, bo żadne z nas nie potrafiło się do końca skupić. Dużo lepiej współpraca szła nam w środy, gdy mieliśmy drugie wspólne zajęcia, ale to też nie był szczyt moich marzeń. Ot, nie zgraliśmy się do końca. Nie łudźmy się, nawet najlepszy nauczyciel nie będzie uwielbiał wszystkich swoich uczniów i skakał pod niebo na ich widok. Smutne, ale prawdziwe.

Wstałem koło ósmej rano i poszedłem zaparzyć kawę. Uwielbiałem leniwe poranki, kiedy w tle leciała muzyka, a ja miałem chwilę dla siebie, żeby poczytać książkę i wypić w spokoju mój ulubiony, życiodajny płyn. Bez kawy nie funkcjonowałem. Wcale. Jedni palą, inni obgryzają paznokcie, a ja piję kawę. Wiem, że nie jest to zdrowe, ale tym będę się martwił później. Póki co, niespiesznie rozpoczynałem dzień na nowo. Dopiero tu mogłem to robić. Przed przeprowadzką zawsze gdzieś biegłem, coś robiłem, gdzieś musiałem być. Teraz zacząłem doceniać spokój, jaki mam i przywarł on do mnie, jakbyśmy od zawsze byli nierozerwalni. Ja i mój spokój, ja i moja kawa, ja i moja muzyka, ja i moje niemyślenie. Tyle nowych ja odkryłem ostatnimi czasy.

Niestety, leniwe poranki zazwyczaj bardzo szybko zmieniały się w ruchliwe dni i wiecznie zajęte wieczory. Do szkoły przychodziłem zazwyczaj godzinę przed zajęciami, żeby upewnić się czy wszystko mam i nadrobić to, czego nie miałem przygotowane. Dodatkowo zawsze znalazło się coś do zrobienia, prace do sprawdzenia, karty pracy skserowania i oczywiście kawa do wypicia. Był ten moment, w którym uczniowie zaczynali się powoli schodzić i człowiek musiał zacząć uchodzić za porządnego człowieka, a do tego wydawać się produktywny. Na boku, gdy nikt nie widział, wzdychałem ciężko i do sali wchodziłem z uśmiechem, rozmawiając z uczniami pojawiającymi się po kolei. To nie jest tak, że tego nie lubiłem, ale jednak nie było to moją wielką pasją. Praca nauczyciela nie jest prosta. Bardzo często też nie jest nawet przyjemna. Tak jednak wybrałem i nie mogłem narzekać. Szczególnie pracując w szkołach językowych. Tylko czasem, gdy próbowałem o tym myśleć, wszystko blakło nagle. Dlatego też nie myślałem. Przynajmniej o tym.

Starałem się powtarzać sobie to, co w dniu wyboru studiów – tak będzie lepiej. Stabilna praca, możliwy rozwój, ciekawe godziny. Czego chcieć więcej? Przecież to wystarczy. A przynajmniej powinno. Nie miałem więc zamiaru narzekać. Nie na głos. Poza tym lubiłem pracę z ludźmi, a wynagrodzenie było wystarczające.

W wieku dwudziestu czterech lat osiągnąłem szczyt. Byłem lektorem w szkole językowej, miałem akurat tyle pieniędzy, ile potrzebowałem i ułożyłem sobie wszystko na nowo. Nieco prowizorycznie, ale zaczynałem się przyzwyczajać. Chciałem patrzeć na to w ten sposób i nie dopuszczać do siebie myśli, że chyba jednak bardziej dotarłem do ściany, która rozrosła się na około i zaczęła przysuwać się niebezpiecznie blisko. Nie miałem drogi odwrotu ani drogi na przód. Osiągnąłem wszystko, co mogłem. Pozostało mi się cieszyć.

To, że narzekam nie znaczy, że nie jestem dobrym nauczycielem. Przygotowuję lekcje tak, aby były ciekawe dla moich uczniów. Staram się ich jak najwięcej nauczyć i godzinami szukam odpowiednich materiałów lub sam je tworzę. Rzadko korzystam z podręczników, ponieważ większość z nich jest tragiczna i zwyczajnie nie nadają się do pracy, więc jeśli lekcja ma być ciekawa – jedna nocka z kawą w tę czy we wtę, co za różnica? Ważne, żeby materiały były na czas i przynosiły efekty.

Teraz również miałem wszystko przygotowane z góry i na wszelki wypadek mały plan awaryjny, gdyby nowa gra się nie przyjęła. Na szczęście było całkiem w porządku. Nic nadzwyczajnego. Kilkoro uczniów pyskowało, stała dwójka próbowała być śmieszna, niestety jak zwykle z marnym skutkiem. Reszta przeszła bez fajerwerków. Ot, szara masa. Te wyróżniające się na tle grupy osobowości zazwyczaj albo sprawiały kłopoty albo przyprawiały o migrenę ilością zadawanych pytań. Co gorsze, wychodząc z sali po zakończonym dniu, nie ma możliwości odcięcia się od tego całkowicie. Z tyłu głowy zawsze zostaje jakiś taki sygnał ostrzegawczy, żeby czegoś nie przeoczyć, o czymś nie zapomnieć. Uczniowie też mają problemy i być może szkoła językowa nie jest od wychowywania, ale nie da się przejść obok tego obojętnie.

Nie wpływa to zbyt pozytywnie na nastrój, jak można się domyślić. No, ale nie narzekam. Dzień przecież i tak chylił się ku końcowi, a ja musiałem sprawdzić czy mam wszystko, czego potrzebuję na kolejne lekcje. W natłoku tego wszystkiego, Remik uleciał gdzieś w niepamięć. Zwyczajnie zabrakło mi na niego czasu, a może też chęci? Tak, na pewno. Chęci również nie miałem.

Zaledwie kilka dni później, gdy tylko znów nadszedł błogi weekend, poszedłem do chłopaków na domówkę. Miało tam być tylko grono najbliższych przyjaciół zorientowanych w sytuacji, no i ja. Czułem się z tym trochę dziwnie, tym bardziej, że przez ostatnich kilka lat prawie nie utrzymywaliśmy kontaktów z Arkiem, ale nie wypadało mi odmówić. Kiedyś, jeszcze w liceum, trzymaliśmy się razem i wiecznie szlajaliśmy się to tu, to tam, zazwyczaj robiąc przy tym jakieś zamieszanie. Życie jednak wiele zweryfikowało i na dłuższą chwilę każdy z nas znalazł się w innym miejscu. O ironio, kiedy namawiał mnie na studia w Warszawie, powiedziałem, że nigdy w życiu, zostaję na miejscu. Jak udomowiony kot, który nie raczy ruszyć się z kanapy. Teraz za to siedziałem właśnie w Warszawie i piłem kolejne piwo, rozmawiając z ludźmi. Bawiłem się dużo lepiej niż przewidywałem.

Poznałem Krzyśka, który z zawodu był informatykiem, ale hobbystycznie zajmował się kabaretem i trzeba przyznać, że całkiem nieźle mu to wychodziło. Co jakiś czas dawał mały popis swoich umiejętności, a kiedy połowa ludzi siedziała zapowietrzona, trzęsąc się ze śmiechu, kłaniał się i z szelmowskim uśmiechem szedł po kolejnego drinka. Niestety przyszedł z dziewczyną. Szkoda, bo był raczej przyjemny dla oka i ogarnięty. Nie szukałem, co prawda, materiału na związek, ale tego typu myśli same czasem się nasuwały. Szczególnie po większej ilości alkoholu.

Niestety, nie było mi dane w spokoju cieszyć się wieczorem. Około godziny dwudziestej trzej pojawił się Remigiusz. Jak ostatnio, cały roztrzepany, wszedł niepostrzeżenie i zaczął witać się ze wszystkimi, chamsko i ostentacyjnie mnie pomijając. Na koniec spojrzał się na mnie, zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów i wzruszył ramionami, po czym poszedł zrobić sobie drinka. Zagotowało się we mnie i zastanawiałem się nad zrobieniem awantury albo wyjściem z tamtąd, ale postanowiłem nie dawać mu tej satysfakcji, więc zwyczajnie zacząłem go ignorować. Siedzieliśmy więc we dwójkę na jednej kanapie, uczestnicząc w tej samej rozmowie, kompletnie pomijając się wzajemnie.

Kilkoro ludzi patrzyło na nas ze zdziwieniem, ale Wiktor z Arkiem mieli niezły ubaw. Chociaż kogoś to bawiło, bo mnie, mówiąc szczerze, nie bardzo. Byłem za to coraz bardziej poirytowany. Alkohol również robił swoje. Ktoś na szczęście wpadł na genialny pomysł zrobienia karaoke. Minęło kilka kawałków lepiej lub gorzej odśpiewanych, zanim odważyłem się wybrać kawałek dla siebie. Muzyka od zawsze była moją odskocznią. Zacząłem śpiewać powoli wczuwając się w piosenkę. Te momenty, w których mogłem po prostu oddać się na łaskę muzyki i świat zaczynał lecieć mi przez palce, jak tylko rozbrzmiewały pierwsze dźwięki, stanowiły mój mały grzeszek, popełniany od czasu do czasu. Na co dzień, choć może wydawać się to dziwne, stroniłem od muzyki. Przypominała mi to, czego pamiętać zdecydowanie nie chciałem i budziła stare pragnienia, za którymi nigdy nie odważę się pójść.

Gdy skończyłem śpiewać, w pokoju panowała cisza. Arek uśmiechał się z zadowoleniem, wyglądając, jakby właśnie stało się coś niesamowitego, Wik zwyczajnie wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem, a reszta na przemian była zdziwiona lub uradowana. Odebrałem dość koślawo kilka komplementów i zaczynałem zdawać sobie sprawę z tego, że śpiewanie tu to był zły pomysł. Ludzie prosili o to, bym zaśpiewał coś jeszcze, ale starałem się tworzyć wymówkę za wymówką. W końcu nawet Remi dołączył do nich. Niestety wypowiedział magiczne zdanie, które zawsze wyzwalało we mnie niechciane emocje.

– Powinieneś iść na akademię muzyczną. To było świetne, no weź coś zaśpiewaj – rzucił ot tak, a ja pokręciłem głową, nie mogąc nic z siebie wydobyć. Trzeba było nie śpiewać. Czy ja zawsze muszę być tak głupi?

– Dzięki, ale nie – uciąłem temat, po czym szybko pożegnałem się ze wszystkimi, w tym z gospodarzami i wyszedłem, kierując się na metro. Musiałem przewietrzyć głowę. Nie myśleć o Remim, akademii, śpiewaniu i wszystkich tych wielkich niespełnionych planach i marzeniach, które raz już wyrzuciłem do kosza. Nie mam zamiaru drugi raz podejmować takiej decyzji, więc zwyczajnie nie dopuszczam do siebie tego tematu w ogóle. Pieprzony Remigiusz i jego komplement. Nie wspominając już o tych orzechowych oczach, które dla odmiany patrzyły się na mnie z aprobatą. Zdecydowanie miałem za dużo promili we krwi, jeśli teraz o tym myślałem, a już na pewno nie będę chciał tego powtarzać. Najlepiej nigdy.

Podziel się dobrem

2 Comments

  1. … Drugi rozdział i pochwalę =) potrafisz skupić uwagę na całym tekście. Akcja jest szybka nic nie przedłuża i to mnie cieszy. =) oby tak dalej. Weny!! =)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie wyświetlony.

*

© 2018 Byle do brzegu

Theme by Anders NorenUp ↑