Cześć Kochani!

Z drobniutkim poślizgiem (prawie wyrobiłam się w kwadransie akademickim!), ale już jest. Biedny Julek i jego rozterki. Czekał na Was cały tydzień, ale w końcu może się Wam pożalić. No to, co? Posłuchacie go, nie?

Już nam się pięknie klaruje nasz układ antytetyczny. Jedna wielka antyteza. Gorzej być chyba nie mogło… A może? ; >

Enjoy!


Miałem nadzieję, że po tej fatalnej sobocie będzie czekała mnie błoga niedziela. Jedyne, czego chciałem to chwili spokoju, żeby jakoś odzyskać równowagę. W moim mieszkaniu panowała zawzięta cisza, a ja walczyłem sam ze sobą, żeby ten stan utrzymać. Coś we mnie krzyczało i darło pazurami od środka, by włączyć muzykę lub chociaż zanucić cokolwiek, ale trzymałem się dzielnie. Póki co, potrafiłem tę pokusę zwalczyć.

Kiedy stałem się tak wielkim wrogiem muzyki? Kochałem to przecież i nie wyobrażałem sobie żadnej drogi do domu ani minuty wolnego bez nucenia pod nosem jakiegoś chwytliwego kawałka albo przeglądania odtwarzacza mp3 w tę i z powrotem. Niestety, ale nadszedł moment, w którym trzeba było wybrać życiową drogę, a Emilia potrzebowała ogarniętego i stabilnego finansowo partnera. Decyzja nie była tak trudna, jak myślałem, ale odbijała się echem do teraz. Zamiast Akademii Muzycznej wybrałem anglistykę. Czy żałuję? Staram się o tym nie myśleć. Nie chcę wiedzieć, do jakich wniosków bym doszedł.

Muzyka jednak rozbrzmiała, ale nie taka, jakiej się spodziewałem. Prędzej spodziewałbym się, że ulegnę pokusie i włączę coś niż tego, że w niedzielne popołudnie ni z tego ni z owego, zadzwoni do mnie nieznany numer. Niechętnie odebrałem połączenie i usłyszałem ten jeden głos, którego zdecydowanie nie miałam ochoty słuchać.

– Cześć Julian – zagadnął. – Tu Remik. Masz może wolną chwilę?

– Skąd w ogóle masz mój numer? – zamarudziłem w odpowiedzi.

– Od chłopaków, a skąd? Słuchaj, mam twoją czapkę, szalik i portfel. Zostawiłeś wczoraj u chłopków. Ciesz się, że nie wpadłeś na kanarów w drodze do domu.

– Czemu ty to masz? – zapytałem nieco zdezorientowany, ale przede wszystkim wściekły na siebie, że udało mi się zapomnieć tak ważnych rzeczy.

– Bo mieszkam blisko, więc mnie poprosili, żebym ci to oddał. No więc masz chwilę? – powtórzył zniecierpliwiony.

– Mam. Gdzie mogę to odebrać? – westchnąłem, przecierając twarz dłonią.

– No tu jest właśnie jeden szkopuł. Masz może auto? – Usłyszałem i od razu jęknąłem pod nosem.

– Mam, a o co chodzi? – powiedziałem powoli, ledwo powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami.

– Widzisz, jestem na Pradze i nie bardzo mam jak wrócić. Bardzo chętnie oddałbym ci twoje rzeczy, gdybym miał jak dotrzeć do domu. Chcesz może być tak miły i podskoczyć po mnie? – spytał przymilnie, a we mnie się zagotowało.

– Czy ja ci wyglądam na taksówkę? – sapnąłem.

– Nie. Gdybym miał inne wyjście, to bym cię w ogóle nie prosił – rzucił markotnie i było w tym coś takiego, co kazało mi ulec. Przecież i tak nie miałem nic do roboty. Pieprzony Remik. Coś czuję, że to stanie się niedługo moją mantrą.

– Podaj adres, podjadę – poddałem się.

– Naprawdę? – zapytał wyraźnie osłupiały.

– Nie, na niby. Podaj ten adres – powiedziałem z ironią w głosie i czekałem aż się pozbiera.

– Myślałem, że każesz mi spadać na drzewo – dalej brnął, niedowierzając.

– No to jest nas dwóch – mruknąłem pod nosem, po czym dodałem głośniej. – Kończy mi się cierpliwość. Mów, gdzie mam być.

– Wiesz, gdzie jest szpital Grochowski? – wymamrotał, nie wiedzieć czemu, zawstydzony.

– Znajdę. Bądź pod telefonem. Zadzwonię na ten numer, jak będę w pobliżu – poinstruowałem go.

– Jasne, dziękuję – rzucił bardzo cicho, po czym zakończył połączenie.

Nie widziałem, co robił w szpitalu i to po drugiej stronie miasta, ale mało mnie to obchodziło. Narzuciłem na siebie bluzę i kurtkę, zgarnąłem kluczyki i poszedłem do auta. Odpaliłem je szybko i włączyłem ogrzewanie, chcąc jak najszybciej się rozgrzać. Było raczej zimno, ale z racji jechania samochodem nie zapinałem się nawet, co może było błędem. Zobaczymy za kilka dni. Jeśli się rozchoruję, następnym razem będę pamiętał o zapięciu kurtki.

Włączyłem nawigację i po raz kolejny tego dnia walczyłem ze sobą, żeby nie włączyć radia lub nie podłączyć odtwarzacza MP3. Postanowiłem jednak skupić się na instrukcjach wypowiadanych przez GPS, co pozwoliło mi na chwilę oderwać się od tego i skupić na czymś innym. Dotarłem wreszcie w okolice szpitala i szukając miejsca do zaparkowania, zacząłem powoli wybierać numer Remigiusza. Po chwili miałem wrażenie, że zaparkowanie w tym miejscu zajmuje mi dłużej niż sama droga. Niedaleko znalazłem jakąś szkołę i postanowiłem, że zaparkuję tam. Rzeczywiście pod budynkiem było kilka wolnych miejsc, tak więc stojąc już bezpiecznie, zadzwoniłem go chłopaka.

– Jestem pod szkołą, bo nie było miejsca pod szpitalem – poinformowałem go od razu bez żadnego wstępu. – Masz jak podejść?

– Jasne, dzięki. Zaraz tam będę – odpowiedział cicho i rozłączył się. Nie minęło nawet pięć minut, a ja już widziałem go idącego w moją stronę i rozglądającego się w około. Mimo temperatury na minusie nie miał na sobie kurtki, a lekki rozpinany sweterek luźno wisiał mu na ramionach. Wysiadłem z auta, żeby wiedział, gdzie ma iść i nie zdejmowałem z niego uważnego spojrzenia. Bez słowa podszedł, skinął mi głową i wsiadł na miejsce pasażera, widocznie czując się nieswojo. Zastanawiałem się, gdzie podziała się cała jego pewność siebie i wszystkie aroganckie odzywki i pyskówki. W końcu nie wytrzymałem.

– Gdzie masz kurtkę? – zagadnąłem.

– A wyglądam, jakbym miał ją ze sobą? – odparował w swoim stylu.

– No właśnie nie, dlatego pytam.

– To nie pytaj – uciął, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Nie miałem się czym przejmować. Po chwili jednak kątem oka zauważyłem, jak sięga ręką do radia. Co to, to nie. Szybko złapałem jego rękę, akurat na tyle, żeby uniemożliwić mu włączenie muzyki.

– Nie – warknąłem.

– Czemu? To tylko radio. Przecież ci go nie zjem – odparł ironicznie, a ja miałem już ochotę wykopać jego dupę z mojego samochodu.

– Nie chcę żadnej muzyki. Lubię ciszę – powiedziałem stanowczo, choć może dość mocno nagiąłem w tym momencie prawdę.

– Wczoraj odniosłem odwrotne wrażenie – wytknął mi, a ja wziąłem głęboki wdech i zacisnąłem ręce na kierownicy.

– Nie wpierdalaj się tam, gdzie cię nie chcą. Nie obchodzi mnie twoje wrażenie. Nie słucham muzyki. Jasne? – rzuciłem z zaciśniętymi zębami, a on tylko przewrócił oczami, ale mimo to skinął głową. Postanowiłem zmienić temat na mniej niewygodny. Przynajmniej dla mnie. – Czemu byłeś w szpitalu?

– Serio? – parsknął śmiechem, nieco ponurym i spojrzał się na mnie, jak na idiotę. – Naprawdę nie zauważyłeś? – Dopiero po tych słowach zwróciłem uwagę na to, że jedną rękę ma na temblaku.

– Nie, wybacz. Jestem pod tym względem typowym facetem, wszystko musi być dużymi literami i trzy razy powiedziane – odpowiedziałem z pełnym spokojem, chociaż zrobiło mi się trochę głupio. – Jak to sobie zrobiłeś?

– Nie ważne. Nie chcę teraz o tym myśleć. Po prostu przyjmijmy, że jestem niezdarny czy cokolwiek… – Tu urwał i odwrócił głowę. Coś mi mówiło, że tym razem niewiele miało to wspólnego z jego roztrzepaniem, ale nie miałem zamiaru dociekać. Nie byliśmy blisko ani nawet nie nazwałbym go za bardzo swoim znajomym. Lepiej więc było zostawić wszystko, jak jest i nie ingerować niepotrzebnie w jego życie.

Całą drogę do jego mieszkania milczeliśmy. Gdy zaparkowałem pod jego blokiem, który nota bene, był oddalony aż dwie ulice od mojego, jeszcze przez moment panowała cisza. Żaden z nas się nie odezwał ani nie ruszył z miejsca. W końcu Remik westchnął głośno i odwrócił się do mnie.

– Dzięki. Nie mam pojęcia jakbym dostał się do domu. Skończył mi się miesięczny i nie mam póki co kasy na kolejny, a w portfelu pustki, więc nie miałem jak kupić sobie jednorazowego. Kumpel mnie tam podrzucił, ale już nie poczekał. Autentycznie wracałbym na pieszo, więc… Dzięki jeszcze raz – powiedział wyraźnie zawstydzony. – Chodź, oddam ci twoje rzeczy.

– Nie ma sprawy. Dzięki za przechowanie. Nie chciałoby mi się chyba łapać dzisiaj Arka, bo znając jego, to nie siedzi w mieszkaniu tylko lata gdzieś po mieście – rzuciłem, żeby jakoś rozrzedzić atmosferę i zaraz potem wykaraskałem się z auta. Remik również wyszedł i skinął na mnie, żebym szedł za nim.

Jak się okazało mieszkał na parterze. Jego mieszkanie nie było wiele większe od mojego, za to w całości zawalone rzeczami. Nie było może jakiegoś wielkiego bałaganu, ale wszędzie leżał sprzęt do ćwiczeń, płyty CD, zdjęcia i ciuchy, jak mniemam, do tańca. Widać było, że traktuje to niesamowicie poważnie. Co mnie zaciekawiło to fakt, że poza tego typu rzeczami, nie było tam prawie nic. Kanapa, stolik, i dwie komody. Nic więcej. Żadnego większego stołu ani krzeseł, kompletnie nic.

Nie wiem, co mnie tknęło, ale kiedy dostałem swoje rzeczy z powrotem, jeszcze raz rozejrzałem się po mieszkaniu i westchnąłem.

– Jadłeś obiad? – zagadnąłem, a kiedy pokręcił głową i spojrzał się na mnie z niezrozumieniem, kontynuowałem. – To chodź. Jedziemy do mnie.

– Co? Czemu? – Był zbity z tropu.

– Bo sam mówiłeś, że nie masz kasy na bilet, więc nie zamówisz sobie niczego zapewne, a jakoś nie widzę cię gotującego z tą ręką. Ja też jeszcze nie jadłem, więc chodź. Mam tylko nadzieję, że nie jesteś wegetarianinem, bo mam na dzisiaj kurczaka – powiedziałem, jak gdyby nigdy nic. W osłupieniu skinął głową i wciąż chyba jeszcze nie dowierzając, posłusznie poszedł za mną, po drodze zgarniając kurtkę.

– Dzięki, Julek, ja… – Było mu wyraźnie głupio, ale tylko pokręciłem głową na znak, że nie trzeba. Sam wkopałem się w popołudnie spędzone z nim. Moje przeklęte miękkie serce i pieprzony Remik.

Podziel się dobrem