Cześć wszystkim!

Wiem, że rozdział miał być wczoraj, ale mam małe urwanie głowy i nie wyrobiłam się na Chiny cesarskie.

Przed Wami nowy rozdział Układu!

A już jutro… Jutro (15.03.2018 r.) będzie premiera papierowego wydania pierwszego tomu Numero Uno! Z małą niespodzianką na boku ; > Już nie mogę się doczekać.

Enjoy!

Wściekły pobiegłem za nim, ale skubany miał dobrą kondycję. Na moje szczęście chyba zahaczył o coś ręką, bo znalazłem go dwa bloki dalej opartego o ścianę i zwijającego się z bólu. Gdy mnie zobaczył, sapnął ze złości i wyraźnie próbował wziąć się w garść, odrywając się od ściany i prostując dumnie. Uszedł kilka kroków, ale wyraźnie nie czuł się najlepiej. Podszedłem do niego powoli, przełykając własną dumę i patrząc się na niego z zażenowaniem. Czułem się winny i tak bardzo, jak nie chciałem przyznać się do błędu, wiedziałem, że należą mu się przeprosiny.

– Remik, słuchaj, nie chciałem. Chodź, nie wyglądasz najlepiej. Przepraszam. Dam ci coś przeciwbólowego i jak usiądziemy na spokojnie, to wytłumaczę ci, co miałem na myśli. Wiem, że to bardzo źle zabrzmiało – powiedziałem z wyraźną skruchą.

– Dzięki, ale powinienem iść do domu, niezależnie od tego, co miałeś na myśli. Ja dziś już naprawdę nie potrzebuję więcej upokorzeń – odparł sztywno, ale jego słowa mną wstrząsnęły. Nie tego chciałem.

– Wiszę ci obiad, poza tym nie puszczę cię nigdzie w takim stanie. Ręka to chyba nie jedyny powód wizyty w szpitalu, co? Źle wyglądasz. Nie bądź uparty, chodź. – Skinąłem głową w stronę mojego bloku.

– Julian… – zaczął, ale westchnął i pokręcił głową z dziwną miną. – Nie wierzę, ale dobra. Niech ci będzie.

– Dzięki. Chodź, bo nie mogę patrzeć, jak się męczysz. – Resztkami silnej woli powstrzymałem się przed tym, by go nie złapać za rękę. To by się mogło źle skończyć.

Ostatecznie jakoś powoli doszliśmy do mojego mieszkania. Nie byłem lekarzem, ale gołym okiem widać było, że jest mu słabo i najprawdopodobniej niedobrze. Niestety nie bardzo umiałem mu pomóc. Przez chwilę obserwowałem go bezradnie. Jedyną racjonalną opcją było zawiezienie go z powrotem do szpitala, ale skoro raz mu nie pomogli wystarczająco, to czemu teraz by mieli? Chociaż gdybym go zawiózł do bielańskiego… ale to też raczej wiele nie pomoże. Widocznie musiał dojść do siebie, tylko pytanie czy nie powinno się to odbywać pod okiem specjalistów.

– Chcesz jechać do szpitala? – zapytałem na wszelki wypadek, ale pokręcił głową, co było prawdopodobnie złym pomysłem. – Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej. To powinien zobaczyć lekarz. Samo to, że nie słyszę twojego stałego sarkazmu i odzywek jest już niepokojące – zaśmiałem się, chcąc rozluźnić trochę atmosferę.

– Nic mi nie będzie, od tego się nie umiera – odparł głośno zmęczonym tonem, po czym mruknął pod nosem, chyba mając nadzieję, że nie słyszę. – Przynajmniej nie od razu.

– Co? – podłapałem od razu, przyglądając mu się uważnie, ale tylko westchnął i spojrzał się na mnie z politowaniem.

– Czarny humor zawsze w cenie, a nawet gdybym miał umierać to z tobą bym o tym nie rozmawiał – odgryzł się.

– Dobra, zmieniłem zdanie. Zdecydowanie wracasz do siebie, ale skoro nie chcesz jechać do lekarza, to idziesz się kłaść na kanapę i odpocząć, a ja zaraz przyniosę ci coś przeciwbólowego i dokończę potem ten obiad – zakomenderowałem, a Remi, o dziwo, posłusznie zrobił to, o co go prosiłem. Skubany chyba naprawdę źle się czuł.

Postanowiłem chociaż tymczasowo się tym nie przejmować, skoro i tak leżał w moim pokoju na kanapie, to na pewno nic mu nie będzie. Mogłem w spokoju zająć się obiadem i przez chwilę nie myśleć o niczym, poza kurczakiem i gotującym się ryżem. Nie zauważyłem nawet, kiedy zacząłem nucić pod nosem jakiś losowy kawałek, bujając się w rytmie. Coś, od czego chciałem uciec, a co wiecznie łapało mnie z powrotem w swoje sidła. Usilnie próbowałem przestać, ale czułem wtedy narastającą frustrację. Muzyka stanowiła sposób na odstresowanie. To był niezaprzeczalny fakt, ale tak bardzo chciałem uwolnić się od niej raz na zawsze. Nie mogłem nic poradzić na to, że w moich żyłach płynął czysty jazz, a ja nie funkcjonowałem poprawnie bez mojej dawki sprawnie poskładanych do kupy nut. Nie ważne, jak bardzo bym się nie starał, to wracało jak bumerang, wpędzając mnie w coraz to gorsze poczucie winy. Właśnie dlatego odcinałem się od muzyki, jak tylko mogłem.

Na moje nieszczęście, gdy wszedłem do pokoju z gotowym obiadem, Remik patrzył się na mnie wszystkowiedzącym wzrokiem. Słyszał mnie. Shit.

– Smacznego – rzuciłem szybko, podając mu talerz. – Mam nadzieję, że lubisz curry.

– Lubię, dzięki – odpowiedział, wciąż nie zdejmując ze mnie uważnego spojrzenia. Po jakimś czasie nie wytrzymałem.

– No co – mruknąłem niewyraźnie, doskonale wiedząc, o co mu chodzi.

– Co to był za kawałek? Brzmiał, jak coś, co bym mógł wykorzystać – powiedział niezobowiązująco, chociaż wiedziałem, do czego dąży.

– Nie wiem, po prost pałętało mi się po głowie – odparłem zgodnie z prawdą, chcąc jak najszybciej uciąć temat.

– Szkoda, miałbym pomysł na choreografię. Byłoby ciekawie. – Pokiwał w zamyśleniu głową, po czym, jak gdyby nigdy nic wrócił do jedzenia. – Dobrze gotujesz, wiesz?

– Znam duże grono ludzi, które by się z tobą nie zgodziło – zaśmiałem, lekko zażenowany. Nie byłem przyzwyczajony do komplementów. Tym bardziej tych, wypowiadanych przez niego.

– Nie znają się, naprawdę dobre. – Uśmiechnął się.

– Dzięki – odmruknąłem i starałem się nie pokazywać po sobie, jak bardzo zażenowany jestem, ale widocznie mi nie szło.

Długo milczeliśmy. Nawet po skończonym posiłku. Nie bardzo wiedziałem, co mogę zrobić. W końcu zadałem jedyne wygodne i bezpieczne pytanie, jakie przyszło mi do głowy.

– Jak ręka? Lepiej?

– Tak, dzięki. Dużo lepiej. Przynajmniej narazie. Zobaczymy, co będzie potem – westchnął ciężko.

– Masz w domu przeciwbólówki? – Spojrzałem na niego podejrzliwie. Coś mi mówiło, że nie był na takie ewentualności przygotowany.

– Mam. – Spojrzał na mnie z politowaniem. – Tańczę. Bez pełnej apteczki bym zginął.

– Aż tak kontuzyjny jesteś? Z tego, co wiem, to tancerze powinni na siebie raczej uważać – wytknąłem mu, ale zmarszczył brwi.

– To nie twoja sprawa – rzucił defensywnie, więc uniosłem tylko ręce do góry w obronnym geście.

– Spokojnie. Po prostu przeszło mi to przez myśl, ale fakt, że to bardzo wymagający sport. Faktycznie chyba lepiej być przygotowanym – odpowiedziałem od razu, nie chcąc wszczynać kolejnej kłótni. Nie mogliśmy spędzić nawet pół godziny w jednym pomieszczeniu, żeby któreś z nas nie zaczęło się irytować.

– Lepiej powiedz mi, co miałeś na myśli mówiąc o ludziach mojego pokroju. – Podkreślił nieprzyjemnie ostatnie dwa słowa. Wiedziałem, że wkopałem się z tym. Co ciekawe, naprawdę nie było to skierowane bezpośrednio w niego.

– Wiesz, wkurzyłem się, że Arek chciał nas swatać. Właśnie zakończyłem kilkuletni związek,  czym, jak się okazało, wiedział jeszcze przed spotkaniem. Nie lubię zmian, a rzuciłem wszystko wpizdu i wyjechałem do Warszawy. Wcześniej mieszkałem w Gdyni. Na miejscu znalazłem pracę i mieszkanie. To chyba wiele mówi, nie? – Spojrzałem na niego pytająco, nie wiedząc czy rozumie, do czego zmierzam. Uniósł brwi i westchnął ciężko.

– Jasne, a teraz powiedz mi, co to ma wspólnego ze mną – ponaglił.

– Przypominasz mi moją byłą. Wiecznie zabiegana, nieogarnięta i z konkretnymi wymaganiami od życia. Chociaż może mniej sarkastyczna… Po prostu nie mogę sobie pozwolić na ładowanie się w kolejne bagno, tym bardziej wiedząc, jak się to skończyło. Ja wiem, każdy jest inny, ty to nie ona, ale… Nie chcę, nie potrzebuję teraz kolejnej dramy. Muszę pozbierać swoje życie do kupy – opowiedziałem na tyle szczerze, na ile w tej chwili mogłem. Przez chwilę patrzył się na mnie bez wyrazu.

– To przez nią nie śpiewasz? – Usłyszałem w odpowiedzi.

– Nie będę z tobą o tym rozmawiał – odparowałem, być może za ostro. Remik westchnął ponownie i spojrzał na mnie z ironicznym pół uśmieszkiem.

– Daj spokój, Jules. Nie bądźmy dziećmi.

– No to powiedz mi, czemu wylądowałeś w szpitalu. – Patrzyłem mu w oczy z niemym wyzwaniem, pomijając głębokim liczeniem nowe przezwisko, jakie przed chwilą otrzymałem..

– Konkurencja. Wiedział, że nie jestem gotowy, ale wyrzucił mnie w górę, przez co spadłem na rękę i ostro przywaliłem głową w ścianę. Wyglądało na nieszczęśliwy wypadek, ale Olek teraz dostanie mój fragment i moje solówki, a ja będę na zwolnieniu, za które nikt mi nie zapłaci. Jestem spalony na najbliższe dwa miesiące. Tyle. – Wzruszył ramionami, po czym wyraźnie się spiął, a po jego twarzy przebiegł grymas bólu.

– Po części przez nią, okej? Ale nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Po prostu nie chcę mieć nic wspólnego z muzyką – rzuciłem sztywno. Miałem nadzieję, że nie będzie ciągnął tematu. W zamian tylko pokiwał głową.

Jeszcze jakąś chwilę prowadziliśmy niezobowiązującą rozmowę na różne tematy, a napięcie powoli z nas schodziło. Gdy odsunęliśmy na bok nasze uprzedzenia, nagle potrafiliśmy znaleźć kilka wspólnych punktów i zainteresowań. Co ciekawe, posiadał naprawdę szeroką wiedzę na różne tematy. Wstyd się przyznać, ale nie posądzałem go o to. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy się ściemniło. Tak dobrze nam się rozmawiało, że ostatecznie wypiliśmy jeszcze dwie herbaty i zjedliśmy wspólnie kolację, a tematy wciąż się nie wyczerpywały. W międzyczasie zdążyliśmy pokłócić się o kilka teorii, podając na poparcie swoich tez randomowe artykuły z internetu, żeby ostatecznie poddać się i porzucić to na rzecz innego tematu, który magicznie sam się znajdował.

Około dwudziestej pierwszej Remi stwierdził, że czas na niego najwyższy i przeprosił w międzyczasie za zbyt długie siedzenie, co mi przecież kompletnie nie przeszkadzało. Przyznaję, że dobrze czasem jest mieć do kogo otworzyć gębę.

– Wiem, że to nie mój interes, ale jak dla mnie robisz błąd. Marnujesz talent, przemyśl to jeszcze – powiedział tuż przed wyjściem, przytulił mnie koślawo jedną ręką i zniknął za drzwiami, nie dając mi czasu na reakcję. Jeszcze chwilę patrzyłem za jego oddalającą się sylwetką. Znów zmuszał mnie do myślenia, czego tak bardzo nie chciałem. Pieprzony Remik.

Podziel się dobrem