Cześć Kochani!

Wiem, wiem… Znowu jestem spóźniona z rozdziałem. Za to ten tekst przy wieczornej rozmowie z moją niezastąpioną betą, która niestety nie ma czasu na sprawdzanie wszystkich tekstów, więc dzielnie brnie przez Uno, nabrał nowych barw. Ma już określony cel, rozpisanych kilka eventów… I będzie się działo! ( ;

A tymczasem… Jak Wam się podobało zdjęcie Szymona? Bo mi osobiście bardzo. Można je zobaczyć w poście pt „Premiera„. Jest cudne. Oczywiście widnieje też na Facebooku i Instagramie BDB oraz na facebookowym profilu Lambdy. ( ;

Na stronie bucketbook.pl jeszcze przez tydzień, czyli do 31 marca, czeka na Was pakiet promocyjny, czyli papierowe Numero Uno + ebook gratis!

Druga część oczywiście jest w trakcie pisania, ale już są wstępne plany wydawnicze ; >

Enjoy!

W ten oto sposób poniedziałek, wtorek, a nawet środę chodziłem wiecznie rozproszony i nie byłem w stanie skupić cię na niczym. Może i nie miałem wielkiego talentu, ale nie byłem w tym najgorszy, mimo tak długiej przerwy. Po głowie wciąż chodziły mi jego słowa, których tak bardzo łaknąłem, a zarazem uparcie nie chciałem słyszeć i odmawiałem uwierzenia w nie, choćby przez chwilę. Remik osiągnął swój cel. Zmusił mnie do rozważenia innych opcji niż ta, którą wybrałem. Miałem wrażenie, że z tyłu głowy wciąż mi siedzi ten kilkunastoletni Julek i nabija się ze mnie i moich życiowych wyborów. Rzuciłem wszystko dla kobiety, która nie była tego warta i do dziś nie chciałem tego przyznać. Tak, jakby ignorowanie faktów sprawiało, że znikają. Miałem cichą nadzieję, że moje znikną.

To wszystko wydawało się strasznie proste, ale w gruncie rzeczy takie nie było, a ja nie mogłem zrobić nic żeby od tego uciec. Nawet unikanie muzyki na niewiele się zdawało. Zwyczajnie ta myśl przykleiła się do mnie i niczym druga skóra chodziła ze mną wszędzie. Myśl, że może wciąż nie jest za późno na zmianę kierunku. Czas najwyższy przyznać to przed sobą. Miałem prawo zastanawiać się nad tym i wciąż chcieć śpiewać do woli.

Wreszcie w czwartek, gdy byłem już zupełnie pogodzony z moją niepoczytalnością, odważyłem się odezwać do Remika. Nie odebrał telefonu ani rano, ani po południu, oddzwaniając dopiero wieczorem, gdy byłem w pracy, więc chcąc nie chcąc musiał poczekać. Z niewiadomego powodu naprawdę chciałem z nim porozmawiać. Nie widzieliśmy się od niedzieli, a mnie nagle tknęło, że jego ręka była w opłakanym stanie, a wspominał, że ciężko u niego z pieniędzmi. Nie byłem za niego w żaden sposób odpowiedzialny, ale tknęło mnie to. Mogłem w międzyczasie chociaż upewnić się, że u niego wszystko w porządku. Był dorosły, ale roztrzepany, więc zaczynałem się delikatnie martwić.

Miałem tylko nadzieję, że moi uczniowie nie wyłapali delikatnej zmiany w moim nastroju, jednak zdecydowanie ciężko było mi się skupić, gdy nawiedzały mnie różne wizje. Pieprzony Remik. Nie pozwalał mi wykonywać dobrze mojej pracy, nawet gdy nie było go w pobliżu. Powinienem się tego spodziewać. Miałem zdecydowanie za miękkie serce. Musiałem upewnić się, że wszystko u niego gra, więc od razu po zakończonej lekcji, wrzuciłem wszystko do torby i wyszedłem prędko że szkoły, wyciągając telefon i wybierając numer Remigiusza. Ku mojej udręce nie znów nie odebrał telefonu, ale zanim zdążyłem się wściec, oddzwonił. Szybko odebrałem połączenie, nie wiedząc, czemu tak naprawdę się stresowałem i czego oczekiwałem od tej rozmowy.

–Cześć Julek, dzwoniłeś. Co jest? – Usłyszałem od razu. Brzmiał na zmęczonego, ale nie było źle.

– Tak tylko chciałem pogadać. Jak ręka? – zagadnąłem szybko, mając nadzieję, że przekonująco udaję obojętność.

– Dzięki, w porządku. Byłem na treningu już, więc… – zaczął, ale wszedłem mu w słowo.

– Czy ty jesteś poważny? – niemal krzyknąłem. – W niedzielę ledwo żyłeś i nie było mowy o choćby poruszeniu tą ręką, a dziś dopiero czwartek. Przecież możesz… – nakręcałem się, ale przerwał mi prędko.

– Nie. Stój. Wiem, jakie są ewentualne konsekwencje, ale ja naprawdę nie mogę teraz odpuścić. To nie jest takie łatwe. Zrozum, nie mogę… – wydukał, brzmiąc jakby był na skraju wyczerpania, a zdecydowanie był do tego zdesperowany. Westchnąłem ciężko, ale nie miałem prawa wypowiadać się na temat jego wyborów, nawet jeśli były głupie.

– Właśnie wracam do domu. Wpadnij na kolację albo raczej obiadokolację. Nie mam ochoty siedzieć dzisiaj sam – rzuciłem niezobowiązująco i po cichu liczyłem, że uda mi się go namówić.

– Gdzie jest haczyk? – zapytał podejrzliwie.

– Nie ma haczyka. Wracam padnięty i nie chcę się znowu wgapiać w telewizor ani nie mam siły nigdzie wychodzić. Proponuję pizzę i netflixa. Ewentualnie wino czy piwo do tego – odpowiedziałem luźno i podziękowałem sobie w duchu za swoje zdolności aktorskie. Nie będę się przecież przyznawał, że się o niego martwię ani nic z tych rzeczy.

– Nie musisz dwa razy powtarzać – zaśmiał się do słuchawki. – Nie mogę alkoholu póki co, ale jeśli masz ochotę, to się nie krępuj. O której mam być?

– Myślę, że za jakieś dziesięć do piętnastu minut będę w domu i możesz wtedy na spokojnie wpadać. Pamiętasz, gdzie to jest czy chcesz adres? – upewniłem się jeszcze na koniec, zadowolony, że przystał na moją propozycję.

– Pamiętam, dzięki. No to do zobaczenia za maks pół godzinki. Może wyrobię się szybciej – odparł wyraźnie ucieszony, a ja niemal mogłem przed oczami zobaczyć ten jego promienny wielki uśmiech na tle burzy ciemnych włosów.

Co on ze mną robił i od kiedy byłem nagle tak przyjaźnie do niego nastawiony? W duchu ponownie przeklinając Arka, przyspieszyłem kroku, żeby zdążyć jeszcze ogarnąć pokój. Może tym razem będziemy mieli możliwość normalnego zjedzenia czegokolwiek bez potykania się o moje papiery, jak je w końcu uprzątnę. No, może chociaż złożę na jedno miejsce albo upchnę je w szafie.

Zwariowałem. To było jedyne logiczne wytłumaczenie. Zapraszałem kogoś do siebie do mieszkania, sprzątałem przed przyjściem gościa i do tego nuciłem pod nosem. Moje myślenie nie wpływało na mnie pozytywnie. W szczególności myślenie o muzyce, a zarazem o Remim. Wciąż nie powiedziałbym, że jest w moim typie, a już na pewno nic mnie do niego nie ciągnie, ale udało mu się jakimś cudem przedostać się chyłkiem na tę dobrą stronę. Dalej byłem zły na Arka za próbę swatania, ale może chociaż będę miał jakiegoś znajomego w Warszawie, żebym nie musiał wiecznie siedzieć sam w domu.

Swoją drogą, Arek próbował mnie już raz przepraszać, po czym wiem, że rozmawiał również z Remikiem, bo gdy dzwonił po raz kolejny, żeby wybadać sytuację, napomknął coś o tym, że wcześniej wspomniany nie ma do mnie pretensji o użyte słowa, po czym nie omieszkał dodać, że on osobiście raczej spodziewał się po mnie czegoś innego. Tak, jakbym bardzo się tym przejął, prawda? No siedzę w kącie i płaczę do dziś. Nie mniej jednak, wiem, że Remi z czymś się wygadał, a ja muszę wybadać dziś z czym dokładnie. Niestety, na tych przemyśleniach minęło mi kilka dodatkowych minut, więc nie zdążyłem wszystkiego ogarnąć, a już usłyszałem dźwięk domofonu. Jak zawsze, nie w porę. Pieprzony Remik.

Podziel się dobrem