Cześć Kochani!

Wiem, wiem, wiem… Pamiętam, kiedy miał być rozdział i bardzo Was przepraszam. Ostatnio trochę się dzieje i jakoś w tym wszystkim czas ucieka mi przez palce. Nie mniej jednak, przed Wami nowy rozdział Układu. Jest tyci dłuższy niż zazwyczaj i mam nadzieję, że Was zadowoli i wynagrodzi trochę długie czekanie. O ile ktokolwiek czekał, ale cóż…

Zaczął się już kwiecień, więc na bucketbook.pl trochę zmieniły się promocje, a mianowicie powstał pakiet książka + ebook dostępne w obniżonej cenie lub też obie te rzeczy dostępne są osobno. Mowa oczywiście o Numero Uno I. Dopiero, po pojawieniu się całej serii są plany na wydanie poprawionej wersji Zostać do rana oraz Zniknąć w Południe, ale ćśśś, bo to tajemnica.

Enjoy!

Otworzyłem mu drzwi z przepraszającym uśmiechem i wpuściłem go do środka.

-Właź. Jestem w trakcie ogarniania, ale już względnie jest gdzie usiąść – powiedziałem od razu w gwoli wyjaśnienia.

– Wiesz, że mi to kompletnie nie przeszkadza, prawda? Ja naprawdę nie jestem problemowym gościem – odpowiedział z półuśmiechem na ustach i wszedł za mną do mieszkania. – Zamówiłeś już coś?

– Nie, czekałem na ciebie – odparłem szybko i wskazując mu miejsce na kanapie, wziąłem się do dalszego sprzątania. – Jakieś szczególne preferencje i zachcianki?

– Raczej nie. Jestem wszystkożerny, a jak słyszę pizza, to już w ogóle nie mam żadnych zastrzeżeń. – Wyszczerzył się w moją stronę, rozsiadając się po turecku i opierając wygodnie. Omiotłem wzrokiem najpierw pokój, a później jego. Wyglądał na zrelaksowanego i nie miał już temblaka, chociaż wciąż wyraźnie uważał na położenie ręki.

– Dwie duże pepperoni z pizza hut czy jedna duża “cztery pory roku” z Biesiadowa? – Spojrzałem na niego pytająco.

– Pizza hut – rzucił od razu, nie zastanawiając się nawet chwili. Skinąłem mu głową i sięgnąłem po laptopa, żeby złożyć zamówienie. Remik przyglądał mi się w skupieniu, ale nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Dopiero, gdy skończyłem zamawiać pizzę i spojrzałem na niego ponownie, przeniósł wzrok gdzie indziej.

– No mów, o co ci chodzi – ponagliłem.

– Muzykę masz włączoną – odpowiedział cicho, ale za to z wyraźnym zadowoleniem. – Mówiłem, że pasujesz mi do jazzu. Wiedziałem, że tego mogłem się po tobie właśnie spodziewać.

– Tak, tak, wiem. Mam fazę na jazz, ale nie tylko tego słucham. Akurat tak trafiło. Co chcesz obejrzeć? – zmieniłem prędko temat.

– Cokolwiek. Rzadko mam okazję coś ostatnio oglądać. Zazwyczaj nie mam czasu albo jestem zbyt zmęczony, żeby skupić się na czymś na dłużej. Zdaję się na ciebie. Wygląda na to, że masz dobry gust. – Wzruszył ramionami i spojrzał na mnie. Miałem tylko nadzieję, że nie jest wybitnie wybredny.

– Dobra, to słuchaj, zrobimy tak – wstań na chwilę, rozłożę kanapę, tak się będzie wygodniej oglądać. Mam jeden serial na oku, chciałem go obejrzeć od jakiegoś czasu, ale nie bardzo mogłem się za to zabrać, to będę miał okazję. – W odpowiedzi pokiwał głową i zrobił posłusznie to, o co go prosiłem, po czym usadowił się ponownie na kanapie, opierając się plecami o ścianę. Ja natomiast położyłem się na drugiej połówce mebla i postawiłem laptopa na stoliku stojącym tuż obok. Szybko wpisałem tytuł i puściłem gościowi trailer do akceptacji. Po jego minie widziałem, że był sceptyczny, ale mimo to pokiwał głową na znak, że się zgadza z moim wyborem.

Postanowiliśmy poczekać z rozpoczęciem serialu na dotarcie pizzy, w międzyczasie rozmawiając o wszystkim i o niczym, zgrabnie lawirując między niebezpiecznymi tematami, starając się je omijać szerokim łukiem. Takie rozmowy naprawdę dobrze nam szły. Jakbyśmy znali się od zawsze i praktykowali to od lat. Ciekawe, jak bardzo może się zmienić pogląd na człowieka po jednej rozmowie. Czasem wciąż wcinał mi się i denerwował mnie niemiłosiernie, ale starał się zejść nieco z tonu, co uważałem już samo w sobie za spory progres.

Wreszcie dotarło nasze jedzenie i mogliśmy w spokoju zacząć oglądać, pogryzając ciepłą pizzę. Gdy tak o tym myślałem, w sumie dawno nie miałem pod ręką nienachalnego, sympatycznego towarzystwa, kogoś, kto zwyczajnie byłby gdzieś obok bez wyraźnej ukrytej intencji. Mieszkając w Gdyni nie miałem nikogo, kto by wpadł do mnie ot tak lub wyskoczył ze mną na piwo. Tak wiele zainwestowałem w związek, że po drodze straciłem przyjaciół i znajomych, nie mając już do kogo gęby otworzyć.

Remik może i był wkurzający, i roztrzepany, ale mimo wszystko można było z nim porozmawiać lub pomilczeć przy filmie. Nie przeszkadzało mi nawet zbytnio to, że po jakiejś chwili wyprostował nogi, opierając je o moje pośladki. Spojrzałem na niego spod byka, ale nie przejął się tym kompletnie, więc i ja postanowiłem się nie przejmować. Nie było to wybitnie niewygodne, więc niech robi, co chce. Dopóki nie kładł się na mnie cały i nie marudził, nie protestowałem.

Udało nam się obejrzeć trzy prawie godzinne odcinki zanim obaj zgodnie stwierdziliśmy, że na razie wystarczy. Serial był całkiem dobry, ale zdecydowanie nie nadawał się do połknięcia wszystkiego na raz. Na pewno kiedyś go dokończymy, ale nie dziś. Było za późno na myślenie nad takimi rzeczami, jak analiza fabuły. Z braku innego zajęcia znów zaczęliśmy rozmowę i nie wiem, kiedy zeszła ona na temat mojej przeszłości, a mi jakby rozwiązał się język. Powinienem uciąć to od razu, ale z jakiegoś powodu, nie chciałem.

– Opowiadaj – rzucił w końcu Remigiusz patrząc na mnie z autentycznym zainteresowaniem.

– No dobra, niech ci będzie – westchnąłem ciężko. – Emi poznałem w liceum. Zeszliśmy się dość szybko. Była śliczną dziewczyną, wesołą, normalną, ale strasznie roztrzepaną. Nikt nas razem nie widział, ale ja wiedziałem lepiej. Po liceum miałem iść na Akademię Muzyczną na kierunek Musical ewentualnie na śpiew estradowy. No, ale Emila potrzebowała stabilnego, ułożonego faceta, a ja… Nie wiedziałem czy się dostanę, czy ukończę te studia, czy dostanę angaż… Za dużo było w tym wszystkim niewiadomych, żebym kiedykolwiek mógł myśleć o tym poważnie. Nie było rady, poszedłem na anglistykę ze specjalizacją nauczycielską, żeby mieć stałą pracę z jakąkolwiek gwarancją, że będzie z tego zarobek. Nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej. Nawet, gdy się oświadczałem – zaśmiałem się ponuro.

– Dawno to było? – zapytał.

– Na drugim roku studiów. Prawie cztery lata temu. Była tak pewna swego, że uznała oświadczyny za zwykłą formalność. Zaczęliśmy planować ślub, ale wiecznie coś jej nie pasowało. Jednocześnie nie pracowała prawie wcale. Myślałem, że to ze względu na to jej roztrzepanie, ale teraz myślę, że znalazła jelenia i tyle. W międzyczasie nie bardzo było jak na ten ślub odłożyć, więc przesuwał się w czasie, aż wreszcie już ledwo co majaczył się na horyzoncie. Ostatecznie dowiedziałem się, że ma kogoś na boku, więc wkurzyłem się, wsiadłem w samochód ze wszystkim, co mogłem spakować i jechałem przed siebie.

– Nie wyglądasz na kogoś, kto lubi zmiany – wytknął mi z wyraźnym rozbawieniem, pomijając zupełnie większość mojej wypowiedzi.

– Bo nie lubię, ale ile można? Wziąłem  urlop  i złożyłem wypowiedzenie w miejscu pracy, i ruszyłem – zakończyłem z głośnym westchnieniem.

– Żałujesz? – padło znienawidzone przeze mnie pytanie.

– Czego? – Starałem się jak najdłużej unikać odpowiedzi, chociaż wiedziałem, że mi jej nie daruje.

– Ogółem, tego wszystkiego. Związku, lat spędzonych razem, zaręczyn, zaślepienia, a może wyjazdu, pobytu tutaj? A może zwyczajnie zmarnowanego czasu i marzeń, które wciąż cię gonią? – Spojrzał na mnie poważnie. Zdecydowanie nie pasowało mi to do niego. Remik i powaga nie powinny stać obok w jednym zdaniu. Pomyślałem chwilę nad odpowiedzią i patrząc mu w oczy pokręciłem przecząco głową.

– Remi, chciałbym żałować, ale nie umiem. Zwyczajnie nie umiem. Może trochę zgorzkniałem i minąłem się z powołaniem, ale to wciąż w jakiś sposób mnie ukształtowało – odpowiedziałem spokojnie.

– Skończ z tym sentymentalnym gównem i mów, jak jest – rzucił ze złością, chociaż nie rozumiem, skąd miałaby się ona brać.

– Nie wiem, Remik, okej? Nie myślę o tym i nie chcę o tym myśleć. Nie każ mi zastanawiać się nad tym – jęknąłem.

– Właśnie nie. Nie zmienisz nic i nie będziesz się czuł lepiej, jeśli nie przemyślisz tego, co było i nie wyciągniesz wniosków. Nie możesz, cholera, całe życie uciekać przed samym sobą! – krzyknął, patrząc na mnie złym wzrokiem.

– O chuj ci chodzi? – odszczekałem poirytowany. Przeczesał ręką włosy i wziął kilka głębokich oddechów.

– Przerabiałem to. Myślisz, że czemu utrzymuję się z tańca i ledwo ciągnę przez większość czasu, czekając na wypłatę i łapiąc się wszystkiego, co tylko pozwoli mi dorobić? Miałem wybór – taniec albo rodzina. Wybrałem ich, ale po kilku miesiącach miałem dość, rzuciłem to w cholerę i wyprowadziłem się z domu. Z rodzicami rozmawiam od święta, bo nie popierają moich wyborów – wyjaśnił, wciąż wzburzony. – Nie rezygnuj z siebie, nie warto.

– Przecież nie rezygnuję… – zacząłem, ale zamilkłem pod naporem jego spojrzenia. Pieprzony Remik. – Remi, to nie tak… Zawsze bałem się muzycznej. Zawsze nosiłem w sobie jakiś taki wielki nieuzasadniony strach. Ja naprawdę nie chcę się przekonać czy jestem wystarczająco dobry.

– Nie chcesz? Wiesz, co? Nie obchodzi mnie to. Jesteśmy największym ograniczeniem dla nas samych. Tak nie powinno być. Nie możesz odmawiać sobie… – rozkręcił się, ale mu przerwałem.

– Mogę i będę. Nie mów mi, co mam robić ze swoim życiem, jeśli sam nie radzisz sobie ze swoim – wkurzyłem się wreszcie.

– Przynajmniej coś robię, a nie wegetuję, jak ty! – mówiąc to machnął rękoma, co zaowocowało głośnym syknięciem, a przez jego twarz przemknął cień bólu. Przysunąłem się bliżej niego i położyłem mu ostrożnie ręce na ramionach, pilnując, by nie zrobić mu krzywdy. Przejechałem delikatnie dłońmi wzdłuż jego rąk w górę i w dół, a później w stronę jego szyi, rozmasowując delikatnie palcami jego kark.

– Lepiej? – zapytałem cicho, a on tylko westchnął i skinął głową, nie otwierając oczu. – Uspokój się. Chcesz coś przeciwbólowego?

– Nie mogę. Dostałem Ketonal, brałem przed wyjściem – odparł zrezygnowany.

– Mam maść przeciwbólową, dasz radę posmarować tę rękę? – Spojrzałem na niego zmartwiony.

– Jakoś dam. Dzięki – wysapał, wciąż widocznie spięty.

– Zaraz ci ją przyniosę. Chcesz coś jeszcze? – dopytałem na wszelki wypadek, ale pokręcił przecząco głową.

– Dziękuję, wybacz, że znowu nade mną skaczesz – powiedział trochę na wymus.

– Nie skaczę, pomagam, jak tego potrzebujesz. Kiedyś mi się jakoś odwdzięczysz – odpowiedziałem ze słabym uśmiechem, po czym wstałem i poszedł do kuchni, żeby przegrzebać szafkę z lekami. Gdy wróciłem do pokoju zauważyłem, że był blady i oparłszy się o ścianę, starał się jakoś ułożyć tę rękę tak, aby bolała go jak najmniej. Usiadłem znów obok niego i podałem mu maść.

– Nie chciałbym cię widzieć na treningu. – Pokręciłem głową z dezaprobatą.

– Nie mam wyjścia, ale nie jest tragicznie. Daję radę, tylko po prostu po całym dniu może być trochę nadwyrężona – próbował się wytłumaczyć, choć robił to dość nieumiejętnie.

– Wiesz, co? Daj tę maść, bo jak ciebie widzę to zaczynam wątpić czy sobie poradzisz. Obiecuję, że będę delikatny – ostatnie zdanie powiedziałem z wyraźną sugestią w głosie, na co Remigiusz tylko parsknął śmiechem i spojrzał się na mnie z niedowierzaniem.

– Jak chcesz jakoś odwrócić moją uwagę od tego, że cholernie mnie to gówno boli, to prawie ci się udało – wytknął mi, ale na jego ustach zagościł cień uśmiechu, który tylko poszerzył się, gdy uniosłem brwi i puściłem mu oczko.

– Jestem w tym mistrzem. Moje ręce czynią cuda, nie mówiąc już o ustach – rzuciłem, znowu sugestywnie, na co Remik nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– Tak? No to zobaczymy – powiedział szybko z wyraźnym wyzwaniem w głosie i pochyliwszy się, zaczął mnie całować, a ja bynajmniej nie miałem zamiaru ustąpić i się odsunąć. Niemal od razu zacząłem pewnie oddawać pocałunki, w krótkiej walce o dominację. Szybko jednak ustąpił, choć wciąż prowokował mnie językiem lub od czasu do czasu zahaczał niby przypadkiem zębami o moją dolną wargę, by zaraz uciec na moment. Muszę mu to przyznać, umiał całować. Pieprzony Remik.

Podziel się dobrem