Cześć Kochani!

Ja już przestaję liczyć na to, że wyrobię się ze wszystkim na czas. U mnie życie zmienia się jak w kalejdoskopie, ale staram się pisać chociażby w miarę na bieżąco. Przed Wami kolejny rozdział Układu.

Enjoy!

Niestety kiedyś trzeba było wstać, ale żaden z nas nie przejawiał do tego wybitnej chęci. Wyślizgnąłem się z niego, sięgając od razu po chusteczki. Siedziałem jeszcze przez chwilę obok podziwiając go. Czy tego chciałem czy nie, musiałem przyznać, że jest co podziwiać. Naprawdę był dobrze zbudowany.

– Zrób zdjęcie – mruknął złośliwie, chociaż wiedziałem, że za tą fasadą kryje się zażenowanie.

– Nie kuś, bo naprawdę je zrobię. – Uśmiechnąłem się półgębkiem.

– Do dzieła. – wyprężył się bardziej i uśmiechnął wyzywająco, więc autentycznie sięgnąłem po telefon i zrobiłem mu kilka zdjęć. – Pokaż, muszę ocenić czy się do czegoś nadają.

– Będę miał czym cię szantażować. – Wyszczerzyłem się do niego i pokazałem mu zrobione akty, ale na wszelki wypadek nie pozwoliłem mu wziąć mojego telefonu do ręki. Chciałem zatrzymać te zdjęcia.

– No, no. Masz oko. Człowiek wielu talentów, powinieneś pomyśleć o fotografii – odparł z uznaniem, kompletnie pomijając mój wcześniejszy komentarz.

– Dziękuję, postoję. Może najpierw zabiorę się poważnie do śpiewania, co? – Spojrzałem na niego kpiąco.

– Co? – Usiadł i spojrzał na mnie z rosnącym w zatrważającym tempie uśmiechem. – Serio? Zrobisz to?

– Może. Znaczy ja tylko mówię o śpiewaniu, nic więcej. Chcę pochodzić na karaoke, trochę odświeżyć sobie jakieś kawałki. Nic szczególnego – pospieszyłem z wyjaśnieniem.

– Jasne, jasne. Od czegoś trzeba zacząć. To jest krok w dobrą stronę. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile było to możliwe i patrzył się na mnie, jak na wymarzony gwiazdkowy prezent, co zaczęło mnie delikatnie przerażać. Ostatecznie westchnął i z niezmiennym uśmiechem wstał, przeciągając się, po czym spojrzał na mnie wyczekująco.

– Ach, no tak. Chodź pod prysznic, przyda nam się – powiedziałem przepraszająco i zakręciłem się nieco bezradnie w około, nie bardzo wiedząc, czego tak naprawdę szukam. W końcu przypomniałem sobie, co by mu się przydało. Ręcznik! No przecież, że tak…

Dość niezgrabnie podszedłem do jednej z szał i wyciągnąłem dwa czyste ręczniki, podając mu jeden z nich i wskazując ruchem głowy na łazienkę. Bez pytania poszedłem za nim. Skoro i tak widzieliśmy już wszystko, po co teraz mielibyśmy się krępować? Tym bardziej, że posiadałem dość dużą kabinę prysznicową. Remi zdawał nie przejmować tym kompletnie, więc tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu, że wspólny prysznic był dobrym pomysłem. Rzeczywiście był. Nie dość, że jeszcze jakąś chwilę mogłem oglądać jego nagie ciało, prężące się przyjemnie, to jeszcze wciąż mogłem dotykać go, jak tylko chciałem.

Stanąłem za nim i przysunąłem się blisko, owijając ręce wokół jego talii i składając kilka pocałunków na mokrej rozgrzanej skórze, zakreślając ścieżkę od karku do obojczyka. Czuć jak drży pod moim dotykiem… Przyjemne uczucie. Naprawdę przyjemne. Chciałem myśleć, że był na mojej łasce i niełasce, jednak dobrze wiedziałem, że wystarczy by się odwrócił, a jego spojrzenie będzie miało mnie we władaniu. Niebezpieczna mieszanka. Ten mały chochlik wkradł się niepostrzeżenie w moje łaski, zyskując ten specyficzny rodzaj władzy, którego nigdy nie chciałem mu dawać. Co gorsza, zdawał sobie z tego sprawę i wyraźnie się tym cieszył, nie mniej jednak ulegając i moim zachciankom. Ekscytujące połączenie, nawet mimo, wydawałoby się wielkiego, znaku nad naszymi głowami krzyczącemu zawzięcie uwaga.

Gdy wyszliśmy z łazienki i z powrotem dotarliśmy do pokoju, spojrzałem mimowolnie na zegarek i dopiero teraz zwróciłem uwagę, że jest prawie pierwsza w nocy.

– Na którą jutro masz trening czy cokolwiek? – zagadnąłem.

– Na trzynastą, a co? – Spojrzał na mnie zaciekawiony.

– Nic. W takim razie idziemy spać, zaraz Ci pożyczę coś do ubrania. – Ziewnąłem szeroko i zacząłem przegrzebywać szafę.

– Daj spokój, mieszkam niedaleko – odparł wyraźnie speszony.

– No to zdążysz jutro skoczyć do domu przed treningiem. Chce ci się teraz wracać? – Rzuciłem mu pytające spojrzenie, a on tylko wzruszył ramionami i wreszcie skinął głową. – No to postanowione. Kto śpi od ściany?

– Mi to obojętne – mruknął.

– To ty. Ja wolę od zewnątrz. Zaraz pościelę łóżko i możemy się kłaść. Nie wiem, jak ty, ale ja dzisiaj padam na twarz. – Dla potwierdzenia ziewnąłem głośno.

– Nastaw jakiś budzik, okej? Bo coś czuję, że byłbym w stanie zaspać na tą trzynastą – zaśmiał się krótko.

– Nie ma problemu. Na wszelki wypadek nastawię jeden na dziesiątą a drugi na jedenastą, jakby nie chciało nam się wstać. Tak czy owak zdążymy. Ja zaczynam dopiero na szesnastą jutro, więc w razie czego mogę cię nawet podwieźć – zaproponowałem, w międzyczasie przygotowując łóżko do spania. Dobrze, że miałem zapasową poduszkę i sporą kołdrę. – Chodź, dobranoc.

– Mhm, idę, idę… – Wgramolił się na łóżko, padając ciężko i oddychając głęboko. – Wygodnie – wymruczał.

– Cieszę się – odpowiedziałem sennie. Dopiero, gdy moja głowa dotknęła poduszki poczułem faktyczne zmęczenie. Nie wiem nawet, kiedy odpłynąłem.

Pierwszy raz odkąd przyjechałem do Warszawy, a właściwie pierwszy raz od ponad roku, obudziłem się przytulony do kogoś. Leżałem jakąś chwilę nie otwierając oczu i napawając się tym uczuciem. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że nie pamiętam budzika. Wychyliłem się i chwyciwszy za telefon, sprawdziłem godzinę. Było kilka minut po dziewiątej, a ja byłem już kompletnie rozbudzony. Ostrożnie wyplątałem się z objęć i poszedłem do łazienki ogarnąć się nieco. W mieszkaniu panowała błoga cisza. Każdy mój krok było słychać wyraźnie na drewnianej podłodze. Odbijał się mocno od ścian niczym dźwięk kontrabasu nadający rytmu i głębi całemu zespołowi. Brakowało do tego jeszcze tylko szumu wody i gwizdka czajnika, którego sopran uzupełniałby melodię niczym wprawny saksofonista. Postanowiłem szybko nadrobić to niedociągnięcie i wstawiłem wodę na kawę. Nic tak dobrze nie robi jak poranna kawa.

Ledwo zdążyłem ją zalać, a usłyszałem powolne szuranie nóg na starej posadzce, a po chwili w drzwiach stanął rozespany i zmierzwiony Remik z leniwym uśmiechem malującym się na jego twarzy.

– Kawy? – zapytałem cicho, nie chcąc przerywać tej magicznej bańki pełnej dźwięków przypominających szepty, ale on tylko się skrzywił i pokręcił głową.

– Fuj – skomentował. – Nie masz jakiejś herbaty? Jakiejkolwiek? – zapytał z nadzieją, dopasowując się do mojego domu głosu.

– Mam, ale kto by pił herbatę, jak można się napić kawkę – odparłem z przekąsem.

– Ja najwidoczniej. Jules, zrób mi po prostu herbatę i daj spokój, jest za wcześnie – jęknął.

– Dobra, siadaj. Już robię. Jakieś szczególne życzenia? – Spojrzałem na niego z uniesioną brwią.

– Brak. – pokręcił głową. – Wypiję każdą.

– Okej, to zrobię ci dobrą. – Wyszczerzyłem się do niego i zacząłem przeszukiwać szafkę w poszukiwaniu soku z wiśni, miodu i białej herbaty. W życiu bym nie pomyślał, że to połączenie może być dobre, dopóki przypadkiem go nie spróbowałem. Remigiusz też nie wyglądał na wybitnie przekonanego. Nie mniej jednak upił ostrożnie łyka i spojrzał na mnie zaskoczony.

– To jest naprawdę dobre.

– A spodziewałeś się, że cię otruję? – parsknąłem śmiechem.

– Nie, ale jak teraz o tym wspominasz, to nigdy nic nie wiadomo – odbił piłeczkę.

– Takich planów nie mam – zapewniłem go, wciąż się uśmiechając.

Piliśmy w milczeniu dłuższy czas, a w powietrzu wisiało nieme co teraz? Na szczęście nie było one zbyt ciężkie. Ot, coś, co trzeba będzie prędzej czy później powiedzieć na głos, choć bez zbędnego pośpiechu. Dla zabicia czasu zrobiłem nam śniadanie i ogarnąłem trochę kuchnię na około, czując na sobie wzrok towarzysza. W końcu odwróciłem się w jego stronę i oparłszy się o blat, założyłem ręce na piersi. Spojrzałem na niego wyczekująco, a z moich ust nie schodził uśmiech. On miał bardzo podobną minę.

– No powiedz to wreszcie – ponagliłem ze śmiechem.

– Związku z tego nie będzie, ale seks był dobry – powiedział wprost z kamienną twarzą. Widząc jego postawę zacząłem się śmiać w głos i długo nie mogłem przestać. Po chwili on sam do mnie dołączył i chichraliśmy się obaj, próbując się jakoś uspokoić.

– Cieszę się, że mamy jasną sytuację. No i masz rację – tu przybrałem kamienną twarz – seks był dobry. – Widząc mnie, znów wybuchł śmiechem, a ja poklepałem go po ramieniu, zostawiając go samego w kuchni i idąc do pokoju po jakieś ciuchy. Kilka minut później, gdy grzebałem w szafie, poczułem oplatające mnie od tyłu ramiona.

– Pożycz jakąś bluzę – wymruczał w moje ramię.

– Masz. – Podałem mu pierwszą lepszą, jaka wpadła mi w ręce.

– Dzięki. – Wziął ją ode mnie i szybko założył. – To jak, kiedy idziemy na karaoke? Albo kiedy wpadasz potańczyć?

– Chyba cię Bozia nie kocha. – Zmierzyłem go ironicznym spojrzeniem. – Nigdzie nie idę, a już na pewno nie idę z tobą tańczyć.

– Jeszcze zobaczymy – mruknął pod nosem i coś mi mówi, że postawi na swoim. Pieprzony Remik.

Podziel się dobrem