Cześć Kochani!

Przed Wami mleczyk. Ostatni w tym sezonie. No, czyli póki co ostatni one-shot jak na razie. Od przyszłego tygodnia startujemy z seriami.

Przypominam również wszystkim o konkursie ; > Szczegółowe informacje kilka postów niżej lub w zakładce inne.

Ach no i właśnie! Numero Uno również już zostało dodane na portalu lubimyczytać.pl (ikonka do profilu również na pasku bocznym), a sam profil zyskał status „oficjalnego profilu autora”!  ( ;

Enjoy!

 


Obudziłem się z potwornym bólem głowy na średnio wygodnej kanapie. To była pierwsza rzecz, która mi się nie zgadzała. Moja kanapa była bardzo wygodna, a Lucek nie miał kanapy. To by znaczyło, że coś poszło nie tak. Wciąż nie otwierając oczu, próbowałem sobie przypomnieć, co się wczoraj stało. Klub, ratowanie Lucka, gejowska wersja rambo z czymś ciężkim w ręku… To by mogło wyjaśnić utratę przytomności. Nie zgadzało mi się zatem miejsce pobytu. Lucjan nie wziąłby mnie do siebie, bo uciekał, gdzie pieprz rośnie, Uli nie było z nami, a Kamil zostawiłby mnie tak, jak leżałem, licząc, że kiedyś się obudzę. Przypadkowy przechodzeń raczej zadzwoniłby po karetkę, a zdecydowanie nie znajdowałem się w szpitalu.

W końcu otworzyłem powoli oczy i rozejrzałem się po obcym mieszkaniu. Nie poznawałem tego miejsca, co zaczynało mnie stresować. Usiadłem powoli, czując przy tym nasilający się ból głowy. Tymczasowo zignorowałem go i rozejrzałem się dokładniej. Byłem pewny, że nigdy wcześniej mnie tu nie było albo miałem poważne zaniki pamięci. Przeleciałem szybko w myślach nazwiska i numery telefonu znajomych, co pozwoliło mi się upewnić, że z moją głową jest wszystko w porządku.

Ostrożnie poruszyłem ramionami, po czym przyciągnąłem najpierw jedno ucho do ramienia, a później drugie, ostatecznie zataczając okrąg, chcąc przekonać się, na jaki zakres ruchu pozwala mi mój domniemany uraz. Nie było najgorzej, chociaż nie mogłem powiedzieć, że wszystko jest w stu procentach w porządku. Zastanawiałem się za to, co zrobić teraz. Nie mogłem ot tak wstać sobie i wyjść. Z opresji wybawił mnie właściciel mieszkania.

– Och, obudziłeś się nareszcie. – Usłyszałem jego ciepły głos przesiąknięty szczerą ulgą. Podszedł i przysiadł na krawędzi stolika, zaraz na przeciwko mnie. Zdecydowanie za blisko, jak na mój gust. Patrzyłem się na niego dłuższą chwilę, zanim odważyłem się odezwać.

– Tego się nie spodziewałem – udało mi się wykrzesać.

– Uwierz, że ja też nie. Znaleźliśmy cię przy wyjściu z klubu. Leżałeś nieprzytomny, więc poprosiłem Łukasza, żeby mi pomógł. Przy okazji jest lekarzem. Twierdził, że nic takiego się nie stało, ale powinieneś iść do lekarza – powiedział lekko, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Łukasz to twój chłopak? – zapytałem dla jasności, a on potwierdził skinieniem głowy. – Dzięki, Miki. Gdyby nie ty, pewnie leżałbym tam do rana. Moi znajomi raczej nie są skorzy do pomocy. Co najwyżej mają z tego ubaw. Miałem przy sobie portfel i telefon?

– Nie ma za co. Jak za starych, dobrych czasów. Niestety, ale nie miałeś. – Przy ostatnim zdaniu pokręcił smutno głową, a ja zastanowiłem się chwilę.

– Dasz zadzwonić? – Spojrzałem na niego z nadzieją. Bez zastanowienia wyciągnął w moja stronę swój telefon. – Dziękuję. Obiecuję, że nie będę długo rozmawiał. – Dorzuciłem szybko, ale tylko wzruszył ramionami. Wykręciłem z pamięci numer Lucjana i czekałem aż odbierze.

Halo? – Usłyszałem w słuchawce.

– Cześć, Lucek, to ja. Masz moje rzeczy czy znowu muszę ich szukać w lombardzie? – Przeszedłem od razu do sedna sprawy, nie chcąc marnować czasu.

Mam wszystko. Portfel, telefon i klucze. Dobrze, że żyjesz, nie wyglądałeś najlepiej – powiedział niewyraźnie, chociaż czuć było, że czuje się za to winny.

– Dzięki, kamień z serca. Masz zakaz klubowania na najbliższy miesiąc, inaczej powiem twojej matce, co znowu odwaliłeś. Nie będę wiecznie ratował twojej dupy. Czas dorosnąć – rzuciłem z przekąsem, po czym dodałem szybkie. – Kończę, pa.

Pa, dzięki. Pogadamy, jak wpadniesz po rzeczy. – Po tych słowach się rozłączyłem i oddałem telefon właścicielowi.

– Dzięki, Miki. Słuchaj, dziękuję za pomoc i w ogóle, ale muszę się zbierać. Nie chcę ci dłużej przeszkadzać – powiedziałem nieco skrępowany.

– Nie przeszkadzasz! – zapewnił mnie prędko, może trochę zbyt prędko. – Nudzę się w domu i nie mam żadnych planów, a ty powinieneś odpocząć.

– Powinienem też odebrać swoje rzeczy i zahaczyć o jakiegoś lekarza. Lucek mnie kiedyś do grobu wpędzi – zaśmiałem się cierpko.

– Twój nowy chłopak? – Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, ale miałem wrażenie, że nie chciałby usłyszeć odpowiedzi twierdzącej.

– Nie. Siostrzeniec. Syn Sylwii przechodzi teraz okres buntu młodzieńczego, a ja za to obrywam, bo zawsze ratuję mu skórę – wyjaśniłem krótko.

– Co jej syn robił w klubie gejowskim? – zdziwił się Mikołaj.

– Karma. Tępiła brata, dostała syna–geja. Mniej więcej dlatego teraz opiekuję się nim ja. Pilnuję, żeby chłopakowi nic się nie stało, bo jego rodzice nie mogą przeżyć jego orientacji, a on nie chce się przyznać, że mu to doskwiera – opowiedziałem mniej więcej, po czym uśmiechnąłem się do niego. – No to opowiadaj, co u ciebie.

– Nic ciekawego. – Wzruszył ramionami. – Jestem z Łukaszem. Mieszkamy razem. On pracuje w szpitalu, a ja ogarniam dom i tyle. Czasem chodzę to tu to tam, a poza tym zacząłem biegać. Nic nadzwyczajnego. – Pokiwałem na to głową.

– Spokojne, ustatkowane życie, jakiego zawsze chciałeś – przypomniałem mu. – Widać, niektóre marzenia się spełniają. Cieszę się razem z tobą – dodałem szczerze.

– Dzięki. A co u ciebie? Jak sobie radzisz? – Ostatnie pytanie trochę mnie ukłuło, ale wiedziałem, że miał prawo je zadać. Wiedziałem też, że nie mam zamiaru więcej wchodzić mu w drogę, więc nie chciałem spowiadać się z mojego życia. Niech myśli, co chce.

– A, znasz mnie To tu, to tam. Nic takiego nie robię – odparłem, mając nadzieję, że brzmię przekonująco. Pokiwał na to głową z niejakim rozczarowaniem, ale ostatecznie uśmiechnął się do mnie. – Nie jest źle – zapewniłem go. – Radzę sobie.

– Jak zawsze. Mimo wszystko, byłeś najbardziej zaradnym człowiekiem, jakiego znam. Zawsze coś wykombinowałeś. To dobrze. – Spojrzał się na mnie z nostalgią. – Cieszę się, że widzę cię w jednym kawałku – dodał.

– No, prawie – zaśmiałem się i syknąłem z bólu. Zapamiętać, jeszcze nie pora na śmianie się.

– Marcin! Dlaczego nie mówiłeś, że coś cię boli? No z tobą to jak z dzieckiem. Czekaj, przyniosę ci coś. – Nagana w jego głosie sprawiła, że skurczyłem się w sobie i spojrzałem przepraszająco.

Był ode mnie mniejszy, niższy, szczuplejszy, ale jako jedyny zawsze umiał ustawić mnie do pionu. Mały dyktator. Ciężko było się go nie słuchać. Tym razem również połknąłem grzecznie to, co mi podał, nawet nie pytając, co to jest. Opór byłby i tak bezcelowy. Uparciuch z niego straszny. Dużo gorszy niż ja. Nie widziałem go od prawie siedmiu lat, a on wciąż mógł robić ze mną, co chciał. Miał dużą siłę przebicia, a ja mimo upływu czasu czułem się winny za to, co mu kiedyś zrobiłem.

Zdradziłem go po pijaku i zostawiłem zaraz potem. Niczym sobie na to nie zasłużył. Zawsze był wierny, czuły i troskliwy. Chciał spokojnego życia bez większych problemów. Nie mógł gorzej trafić. Dużo piłem, czasem coś brałem i wszędzie było mnie pełno. Miałem jeden szalony pomysł za drugim. Co gorsze, wszystkie realizowałem. Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Po wszystkim było z tym jeszcze gorzej. Nie potrafiłem się ogarnąć. Naprawdę go kochałem i czułem obrzydzenie do samego siebie. Rzuciłem się więc w szalony wir, który tylko cudem wyprowadził mnie na prostą.

Posiedziałem jeszcze chwilę, prowadząc niezobowiązującą rozmowę. Dobrze było wiedzieć, że poradził sobie po tym wszystkim i ma to, czego chciał od życia. Nie chciałem znów mu tego wszystkiego zepsuć, ale nie potrafiłem odmówić sobie przytulenia go mocno przy wyjściu.

– Przepraszam – powiedziałem ciężko, chociaż wiedziałem, że spóźniłem się z tym dobre siedem lat.

– To było dawno temu – odpowiedział, zbywając mnie, ale mimo to odwzajemnił uścisk. Uśmiechnął się jeszcze tylko i pomachał mi, gdy już wychodziłem poza teren bloku, w którym mieszkał.

Rozejrzałem się wokoło, zastanawiając się, w którą stronę najlepiej będzie iść. Tym bardziej, że żadnej autobus nie wchodził dziś w grę. Ostatecznie zdecydowałem przejść się spacerkiem przez pobliski park, który stanowił przyjemny skrót. Okazało się, że Mikołaj wcale nie mieszka daleko ode mnie, co w pewien sposób mnie zaniepokoiło. Była to znajomość, której nie chciałem odnawiać. Uwielbiałem go, ale przypominał mi o tym, jakim gnojkiem byłem kiedyś, a to nie było dziś łatwe do przełknięcia. Szczególnie po latach starania się.

Nie było mi go jednak dane unikać w spokoju. Niecały tydzień później, akurat kiedy wróciłem w sposób czynny do pracy, pojawił się tam. Przez ostatnich kilka dni, za namową lekarza, jedyne, co robiłem to siedziałem przy biurku, wypełniając dokumenty. Dziś wreszcie mogłem się powspinać, więc od rana, kiedy tylko mogłem, skakałem po ściankach. Byłem w swoim żywiole. Niecałe dwa lata temu udało mi się otworzyć to miejsce.

Niedługo na naszym rozstaniu, o mało nie zabiłem się, wspinając się bez przygotowania i zabezpieczenia na jednej ze skałek. Romek uratował mi dupsko i dzięki niemu skończyłem tylko ze złamaną ręką. Później zrobił to ponownie, ale w nieco inny sposób. Był dla mnie obcym, którego raz spotkałem na skałkach, ale zainteresował się tym, co taki wyszczekany gówniarz robił na skałkach kompletnie bez przygotowania. Zaczął rozmawiać ze mną o wszystkim i o niczym, powoli przechodząc do ważniejszych tematów.

Tak dobrnęliśmy do powodów moich głupich eskapad. Zamiast się ze mnie nabijać lub na mnie drzeć, zaproponował mi, że nauczy mnie, jak zrobić to porządnie. Jako jedyny wyciągnął do mnie rękę, a ja z radością ją chwyciłem i oficjalnie zostałem sprzedany. Uwielbiam ten sport. Najpierw znalazłem sobie pracę, żeby móc kupić sprzęt, a potem rozpocząłem naukę. Szło mi lepiej, niż się spodziewałem. Po jakimś czasie zaprzyjaźniłem się z Romkiem i stał się idealnym kompanem do wszelkich wypadów w góry i na skałki, a w międzyczasie zrobiłem kurs instruktora. Powstał wtedy szalony pomysł. Chcieliśmy sami zrobić taką salę. Trochę to trwało i kosztowało wiele nerwów i wyrzeczeń, ale sala powstała. Ostatecznie stała się tylko moim ukochanym dzieckiem, a Romek od czasu do czasu tu wpadał, gdy akurat nie był gdzieś w terenie.

W ten sposób doszliśmy do punktu, w którym się znalazłem dosłownie chwilę temu, widząc Mikołaja wchodzącego do przedsionka. Porozmawiał chwilę z Alą z recepcji, dostał kluczyk do szafki i zniknął za drzwiami szatni, a ja zacząłem gorączkowo szukać wolnego pracownika. Niestety przerwał mi telefon z pytaniem o fakturę. Szybko dało mi się rozwiązać problem, ale wyszedłem z biura z powrotem na salę w momencie, w którym on wyszedł z szatni.

– Co ty tu robisz? – Stanął jak wryty, wpatrując się we mnie.

– Chciałem zapytać o to samo – rzuciłem luźno, uśmiechając się do niego.

– Łukasz obiecał mi jakąś rozrywkę i stanęło na ścianki. Niestety ma dyżur i wysłał mnie samego – naburmuszył się trochę. Pokiwałem głową w odpowiedzi.

– Zaraz znajdziemy ci jakiegoś instruktora – powiedziałem spokojnie, rozglądając się. Dwójka była zajęta, ale wypatrzyłem obijającego się Bartka. – O, chyba kogoś mam – dodałem, po czym zagwizdałem na palcach, zwracając na siebie uwagę pracownika. Ten podbiegł do nas truchcikiem.

– Słucham?

– Bartek, weźmiesz pana, nie? – zapytałem kurtuazyjnie, ale ten rzucił mi proszące spojrzenie.

– Zaraz przychodzi moja klientka – zaczął tłumaczyć. – Mam przygotowany cały plan, jak ją zaprosić na randkę, błagam, nie rób mi tego.

– Dobra, idź. Nie spieprz tego – zaśmiałem i skinąłem mu głową na znak, że rozmowa jest skończona, więc składając ręce przed twarzą, uśmiechnął się, ukłonił nisko i wrócił na stanowisko, a ja zwróciłem się do stojącego wciąż obok Mikiego. – Błazen. No nic, wygląda na to, że jesteś skazany na mnie. Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Nie ma czego się bać, będzie fajnie.

– Dzięki. Od kiedy tu pracujesz? – zagadnął z ciekawością.

– Od początku – odpowiedziałem lakonicznie, nie chcąc się jeszcze przyznać, że jestem praktycznie u siebie.

Pokazałem mu, jak wszystko działa, upewniłem się kilka razy, że zna podstawowe przepisy i zdroworozsądkowe zasady oraz trzy razy sprawdziłem czy na pewno jest dobrze przypięty. Nie chciałem, żeby stała mu się jakakolwiek krzywda. Co prawda trochę panikował, ale uspokajałem go, jak mogłem. Wreszcie przeszliśmy do rzeczy i zaczął się niepewnie próbować wspinać po jednej z najłatwiejszych ścianek, jakie mieliśmy. Ostrożnie łapał się kolejnych uchwytów, a ja stałem na dole i asekurując go, podpowiadałem kolejne ruchy, chcąc też odstresować go trochę i odciągnąć jego myśli od niechcianych torów, na jakie wyraźnie wchodził. Niestety strach i wahanie są na wysokości twoim największym wrogiem. Jedyne wyzwanie, jakie jest przed nami stawiane, to pokonać samego siebie, ale nie łatwo jest zacząć drogę zmierzającą ku temu.

Z każdym krokiem Mikołaj wahał i się bardziej i wyglądał, jakby miał dostać zawału.

– Miki, uspokój się – poleciłem mu, ale na nic się to zdało. – Jesteś na ściance, skup się. Cały czas cię asekuruję, wszystko gra.

– Łatwo ci mówić. – Usłyszałem jego słabą odpowiedź. Brzmiał nie lepiej niż wyglądał. W końcu stało się to, czego się obawiałem. Nie złapał dobrze jednego z uchwytów i w panice odepchnął się od ścianki, wisząc kilka metrów nad ziemią. Widziałem panikę rosnącą w jego oczach.

– Spokojnie, Miki. Już cię ściągam, nic się nie dzieje – zapewniłem go. Kazałem mu trzymać się mocno i w razie wypadku orientować się na około. Jakby zbliżał się znów do ścianki, miał się od niej odepchnąć. Na szczęście współpracował, ale widziałem, że kosztuje go to wiele nerwów. Gdy tylko stanął bezpiecznie na ziemi, podszedłem i przytuliłem go mocno. Czułem, jak się trząsł wczepiając się we mnie i oddychając głęboko.

– Dzięki – wydukał.

– W porządku. Mówiłem ci, nic się nie dzieje – powtórzyłem, po czym odsunąłem się od niego. – Chodź.

– Gdzie? – zaciekawił się.

– Oj, po prostu chodź, usiądziemy na chwilę – rzuciłem i pociągnąłem go do biura. Posadziłem go na jednym z foteli i zaparzyłem melisę. – Uwaga, gorące – powiedziałem, podając mu kubek.

– Dzięki. Twój szef nie będzie miał nic przeciwko? – dopytał niepewnie.

– Na pewno nie. – Pokręciłem głową. Niestety wtedy usłyszałem pukanie do drzwi, a po chwili do środka wszedł Bartek.

– Szefie, Lucek przyszedł – zakomunikował.

– A ten tu czego… – mruknąłem pod nosem, a głośniej dodałem. – Mówił, co chce?

– Jest wściekły. Chcę się wyładować przy wspinaczce.

– Mowy nie ma. Powiedz mu, że nie dostanie sprzętu, póki się nie uspokoi. Nie potrzebuję tu wypadków, a jak on skręci sobie kark, to mi skręci go siostra – odparłem stanowczo, a Bartek skinął tylko głową i wyszedł.

Szefie? – Usłyszałem zdziwiony głos Mikołaja. Był w ciężkim szoku.

– Nie chciałem nic mówić, cholera. Tak, to jest moje. Udało mi się otworzyć niecałe dwa lata temu – przyznałem niechętnie.

– To świetnie! – krzyknął entuzjastycznie, nagle zapominając o całym strachu i nerwach. – Gratulacje! Trochę spóźnione, ale jednak. Czemu nic nie mówiłeś? Przecież to jest naprawdę coś!

– Uznałem, że nie ma sensu. Miki, od dawna masz swoje życie, nie chcę włazić ci w nie z buciorami, ale jeśli poprawi ci to humor, to ja ułożyłem swoje. Mam mieszkanie i tę halę. Pracuję, wspinam się hobbistycznie, czasem prowadzę szkolenia. Porzuciłem imprezowanie, nic nie biorę, a pijam tylko piwko czy dwa z wieczora – wyjaśniłem mu powoli, czekając na jego reakcję.

– To świetnie – odparł sztywno. – Jestem z ciebie dumny. Trochę mi głupio, bo myślałem, że nic się nie zmieniło, ale… – Tu urwał i wzruszył ramionami.

– Mikołaj, no nie bocz się. Po prostu dobrze wiem, co zrobiłem i latami sam sobie nie mogłem tego wybaczyć. Nie chciałem rozdrapywać starych ran, które powinny już dawno być zamknięte i zostawione same sobie. Cieszę się, że masz fajnego faceta, z którym jesteś szczęśliwy, więc stwierdziłem, że wolę nie pokazywać ci się na oczy, w razie gdybyś chciał jednak zostawić przeszłość za sobą – zacząłem mówić coraz ciszej i kiedy on otwierał usta, by odpowiedzieć, wyraźnie wzburzony, do biura wpadł Lucek.

– Daj mi sprzęt – powiedział twardo od progu. Spojrzałem na niego z uniesionymi brwiami.

– Puka się – zauważyłem.

– Daj sprzęt – powtórzył, a ja pokręciłem głową.

– Mowy nie ma – odpowiedziałem stanowczo.

– Marcin… –zaczął, ale wszedłem mu w słowo.

– Nie ma żadnego Marcin. Jesteś wściekły. W takim stanie człowiek popełnia za dużo błędów. Znając życie, źle się przypniesz albo coś, a ja nie potrzebuję tutaj skręconego karku. Szczególnie twojego. Nie dostaniesz sprzętu dopóki się nie uspokoisz, a teraz wybacz, ale rozmawiam. – Ruchem głowy wskazałem na zdezorientowanego Mikiego.

– Kto to? – zainteresował się nagle Lucjan.

– To jest Mikołaj, a teraz albo weź sobie coś do picia i idź na kanapy się uspokoić, albo spadaj i wróć, jak się wyżyjesz gdzieś indziej, ale nie zabij się po drodze – poleciłem mu, ale ten tylko spojrzał w stronę gościa z większym zaciekawieniem.

Ten Mikołaj? Jak to? Ja bym na jego miejscu cię rozszarpał, a nie z tobą gadał – prychnął, a mi zaczynała się kończyć cierpliwość.

– Spadaj stąd, Lucek. Serio. Działasz mi na nerwy – syknąłem w jego stronę, ale ten tylko wzruszył ramionami.

– A jednak nie różnisz się od matki – rzucił sucho i odwróciwszy się na pięcie, wyszedł.

– Wybacz Miki, poczekaj tu, idę z nim pogadać zanim zrobi coś głupiego – powiedziałem ciężko i wyszedłem za chłopakiem.

Trochę to trwało, ale udało mi się go względnie uspokoić i doprowadzić do ładu. Moja siostra znowu wykazała się zerowym pojęciem o wychowaniu, co musiałem po raz kolejny naprawić. Na szczęście mój siostrzeniec nie jest wybitnie uparty ani nie chowa urazy na długo. Tym bardziej, że wiecznie ratuję mu dupę. Nie mógł ot tak wypiąć się na mnie i skreślić wszystkiego. Tym bardziej, że nie miałby wtedy do kogo iść po poradę albo u kogo nocować, gdy po raz kolejny pokłóci się z rodzicami. Niestety, gdy Lucek się uspokoił i Kamil wydał mu sprzęt, przejmując nad nim pieczę, a ja wróciłem do biura, Mikołaj wstał, naprężył się i stwierdził, że musi już iść. Był strasznie dziwny, jak na niego, ale nie chciałem o tym myśleć. Pożegnał się szybko i zniknął mi z oczu.

Nie widziałem go kolejne pół roku, z czego ponad cztery miesiące spędziłem na skałkach. Pech chciał, że źle wpiąłem się przy wejściu na jedną z nich. Romek próbował mi pomóc, ale gdy to zauważyliśmy było już za późno. Na szczęście nie spieprzyłem wszystkiego do końca i część uprzęży była poprawnie założona. Asekuracja nie zadziałała tak, jak powinna, jednak była na tyle pomocna, że nie spadłem kilkanaście metrów w dół, a jedynie poturbowałem się i zjechałem kilka metrów po ostrej skale.

Romek po raz pierwszy w życiu spanikował, ale szybko pozbierał się w sobie i zorganizował pomoc. Niecałą godzinę później na miejsce dotarli ratownicy TOPRu, choć mi wydawało się, że minęły wieki. Czułem tępy ból w całym ciele. Miałem całkowicie zdartą skórę niemal z połowy ciała i złamaną nogę w kilku miejscach. Rekonwalescencja zajmie trochę czasu, ale cieszyłem się, że żyję.

Dzięki interwencji Romka pomoc przyszła szybko, ale i tak okazało się, że w kilku miejscach obrażenia są zbyt poważne i prawdopodobnie będę potrzebował przeszczepu skóry. Szczególnie na dłoniach. Długotrwała rehabilitacja pomoże, jednakże wyjdę z obiegu na długo. Nie mogłem nawet uzupełniać dokumentów. Nic nie mogłem.

Romek tymczasowo przejął salę oraz wszystkie związane z nią obowiązki, twierdząc, że czuje się winny za to, co się stało. Mną opiekowała się siostra na przemian z Lucjanem. Nie mogłem nic zrobić z zabandażowanymi rękoma. Przez większość czasu zwyczajnie leżałem na łóżku. To było gorsze niż wszystko co do tej pory przeszedłem. Żadne dragi ani poprzednie przygody ze wspinaczką i wszelkie urazy nijak się miały do tego, co działo się teraz. Nie mogłem wstać, nie mogłem sam się umyć… Nic nie mogłem sam zrobić. Wszystko było bardzo frustrujące do momentu, w którym nie pojawił się mój osobisty pielęgniarz.

Nagle mój dzień stał się mniej nieznośny, nakładanie maści na niektóre z ran mniej bolesne, a wszystkie codzienne czynności jakoś niej zawstydzające. Jego ręce działały cuda, ale to jego czuły uśmiech był najbardziej kojący. Spędzał ze mną długie godziny na oglądaniu filmów, czytaniu czy zwykłych rozmowach. Nawet, kiedy Miki przyszedł w odwiedziny, siedział ze mną dzielnie, słuchając jego lamentów. Po kilku tygodniach, gdy byłem już po przeszczepie i zaczynałem rehabilitację, a co za tym idzie, coraz mniej potrzebowałem jego asysty, przychodził do mnie wieczorami, ot tak porozmawiać.

Niestety rozmawianie w takiej sytuacji nie szło nam najlepiej. Jego usta zawsze jakimś cudem przypadkiem napotykały moje, nie pozwalając mi się od nich odsunąć. Obaj czekaliśmy niecierpliwie na moment, w którym będziemy mogli więcej, bliżej, bardziej, mocniej… Jego piękne piwne oczy były najcudowniejszą rzeczą o jaką kiedykolwiek mógłbym prosić. Gdy były wpatrzone we mnie, nie liczyły się moje szczeniackie wygłupy, szalona przeszłość czy tymczasowa niedyspozycja. Liczyło się jutro. Nasze jutro. I już my wiemy, co z nim należy zrobić.

Podziel się dobrem