Cześć Kochani!

Papierowe „Numero Uno” zostało już dostarczone do zwyciężczyni konkursu, jak i do kilku innych miejsc. Przede wszystkim jednak, pierwszy nakład trafił już do bucketbook.pl, a premiera za niecały tydzień ; >

Przed Wami tymczasem dalszy ciąg zmagań Marcela i Daniela. Może jeszcze mają szansę wyjść z wszystkiego obronną ręką?

Enjoy!

Przez cały czas siedział blisko i nie zdejmował ze mnie oczu. Czułem się dość nieswojo, ale postanowiłem tego nie komentować. Po ostatniej rozłące miał prawo przyglądać mi się do woli. Mimo, że mieliśmy teraz sporo do obgadania i naprawianie wszystkiego na pewno zajmie nam trochę czasu, to jednak czułem, że najważniejszy krok mieliśmy za sobą.

Chwilę później role się odwróciły. Wręczyłem mu pełny po brzegi talerz jajecznicy i patrzyłem w ciszy, jak je. Jak nigdy brał małe kęsy i jadł ostrożnie. Raczej nie zapowiadało się na to, że zje całą porcję, co zdecydowanie mi się nie podobało. Był chudy. Za chudy. Widocznie zbyt długo zatrzymałem wzrok na jego mizernej sylwetce, bo przerwał posiłek i westchnął kręcąc głową. Chciał przez pewien czas coś powiedzieć, ale jednak zrezygnował i wrócił w milczeniu do jedzenia. W połowie talerza ponownie westchnął i odsunął go od siebie.

– Dziękuję, ale więcej nie dam rady – powiedział cicho. – Dokończę rano, chyba, że ty chcesz trochę, co?

– Nie, dziękuję. Schowaj do lodówki. Daj mi lepiej wszystkie dokumenty i lecę.

– Naprawdę musisz? – zapytał ponownie, ale brzmiał na zrezygnowanego.

– Jasne, że muszę. Do końca tygodnia chcę mieć wszystkie wyniki dotyczące twojego stanu zdrowia i zaczniemy działać. Musimy doprowadzić cię do stanu używalności. Będziesz jak nowo narodzony – zapewniłem go szybko. Uśmiechnął się w odpowiedzi i przewrócił oczami.

– Za jakie grzechy związałem się z lekarzem, co? – westchnął i wstał zza stołu, idąc w stronę komody ustawionej w jadalnianej części pomieszczenia. Przegrzebał dokumenty znajdujące się w jednej z szuflad, po czym przekartkował zawartość jednej z teczek i wyciągnął ją w moją stronę. – Tu masz wszystko, co będzie ci potrzebne. Jeżeli się nie uda to trudno, nie bierz tego za bardzo do siebie, Marcel. Naprawdę nie jest tak źle.

– Daniel, daj spokój. Widzę przecież w jakim stanie jesteś. Uważasz na każdy swój gest, jesz powoli, żeby się nie zadławić, nie masz apetytu, masz drgawki, spięte mięśnie, założę się, że też pierścień Kaysera–Fleischera… Nawet nie chcę sobie wyobrażać, w jakim stanie jest twoja wątroba. Musimy zrobić ci porządne odtruwanie i to najlepiej pod stałą kontrolą, bo nie wiem, jak twój organizm na to zareaguje. Spróbuj się postawić, a obiecuję, że własnymi rękami przywiążę cię do łóżka i będę pilnować dwadzieścia cztery na siedem – zagroziłem od razu.

– Uwierz mi, nie mam zamiaru próbować, bo wiem, że jesteś do tego zdolny. Marcel… – Tu urwał i spojrzał na mnie niepewnie, przygryzając wargę. Przez chwilę nie odzywał się i stał oparty bokiem o komodę z rękami założonymi na piersiach. Widząc jego postawę, ledwo powstrzymałem się przed głośnym jękiem. Wyglądało na to, że wróciliśmy do punktu wyjścia, jeżeli przyjmował znów pozycję bardzo zamkniętą i niemalże obronną. Czułem, że zaraz powrócimy do tego, co było przedtem i otwartość sprzed chwili uleciała w niepamięć. – Wróć. – Przez moment patrzyłem na niego bez zrozumienia, ale zaraz potem uśmiechnąłem się ciepło w jego stronę.

– Jeszcze nawet nie wyszedłem. Mam klucze, przyjadę, jak tylko załatwię wszystko, czego potrzebuję, okej?

– Dziękuję – powiedział na granicy szeptu. Podszedłem do niego i przytuliłem go. Oparł się o mnie i odetchnął głęboko. – Wiem, że mamy sporo do obgadania, ale przepraszam. Naprawdę przepraszam. Będę czekał.

– Nie czekaj, nie ma sensu. Mogę być szybko albo nad ranem. Jeżeli wrócę około trzeciej lub czwartej, to po co miałbyś siedzieć i czekać? Jak przyjadę to i tak pewnie będę marzył tylko o wygodnym łóżku. Zostawmy to wszystko na rano, okej?

– Twoja poduszka i wszystkie kosmetyki dalej tu są. Liczę na to, że obudzę się obok ciebie? – Ostatnie zdanie zabrzmiało bardziej jak pytanie. Przytuliłem go mocniej i cmoknąłem w skroń, po czym odsunąłem się i przeciągnąłem mocno.

– Jasne. No to lecę. Do zobaczenia potem – odpowiedziałem lekko skrępowany. Po niemal rocznej przerwie można było, mimo wszystko, wyczuć między nami napięcie i cała ta sytuacja była nieco niezręczna. On tylko skinął na to głową i podniósł rękę w geście pożegnalnym. Ta huśtawka czułości i dystansu była męcząca.

Siedziałem na korytarzu na oddziale chorób wewnętrznych. Patrzyłem na ludzi chodzących to w jedną, to w drugą stronę. Niemal każdy był czymś zaaferowany. Mimo dość późnej pory, sporo się tu działo. Jak nigdy, lekarze i pielęgniarki mieli pełne ręce roboty. Wiedziałem, że zanim uda mi się spokojnie porozmawiać z Mariuszem, swoje będę musiał tu odczekać. Rozsiadłem się wygodniej i nie wiem już który raz w ciągu pół godziny zacząłem przeglądać trzymane w rękach dokumenty. Ich zawartość, mówiąc lekko, mną wstrząsnęła. Ostatnie badania wykonane byłe grubo ponad trzy miesiące temu i wtedy już nie wyglądały za ciekawie, ale nijak miały się do jego obecnego stanu. Aż boję się pomyśleć, co wykażą teraz. Nie mogę powiedzieć, że Daniel kompletnie o siebie nie dbał, ale bez leczenia farmakologicznego długo nie pociągnie. Był strasznie uparty i nie dbał o siebie gorzej niż tata. Od ostatniego razu, kiedy siedziałem przy jego szpitalnym łóżku minęło dobre siedem lat.

Ledwo zdałem ostatnią maturę ustną i włączyłem telefon, zobaczyłem SMS–a od taty. Odczytałem go, jednocześnie biorąc połowiczny udział w rozmowie ze znajomymi z klasy, ale jak tylko zobaczyłem, co tam jest napisane, zamarłem. W między czasie moi znajomi powoli zdążyli się zorientować, że nie dość, że nie biorę udziału w konwersacji, to jeszcze zamieniam się w słup soli, ściskając kurczowo telefon w dłoni. Jak przez mgłę pamiętam ich pytania o to, co się stało, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć na żadne z nich. W końcu ktoś wyjął mi z ręki telefon i miał okazję przeczytać: „Tylko się nie denerwuj, ale Daniel jest w szpitalu”. Mój przyjaciel, który dołączył do wesołej gromadki, kiedy tylko zorientował się, co się dzieje, od razu wziął sprawy w swoje ręce. Szybko dodzwonił się do Michała i ściągnął go pod szkołę, żeby mógł zawieźć mnie do mojego chłopaka. Jednocześnie prowadził mnie od szafki, w której trzymałem rzeczy, do szatni, gdzie miałem marynarkę i po kolei zbierał wszystko, co należało do mnie. Byłem jak w transie. Pozwalałem mu się prowadzić gdziekolwiek, aż w końcu wylądowałem w samochodzie. Michał kazał mi się uspokoić, twierdząc, że rozmawiał z tatą i nic takiego się nie działo, ale nie docierało to do mnie. Wciąż miałem przed oczami Daniel jest w szpitalu. To było jak mantra, tylko to jedno zdanie szumiało mi w głowie nieustannie. Daniel jest w szpitalu. Daniel jest w szpitalu. Daniel jest w szpitalu

Z tego letargu ocknąłem się dopiero, kiedy mój opiekun kazał mi wysiadać z auta, mówiąc, że jesteśmy na miejscu. Chciałem iść na medycynę, a w budynku szpitala czułem się zagubiony i bezbronny. Gdyby nie to, że ojciec czekał na dole w holu, nie wiem czy umiałbym wtedy myśleć na tyle trzeźwo, by móc kogokolwiek zapytać o Daniela. Widząc mnie całego spiętego, zaczął się śmiać.

– Mówiłem ci, żebyś się tak nie denerwował. Spokojnie, Marcyś. Nic takiego się nie dzieje – zagadnął i zaczął prowadzić mnie w stronę sali, w której leżał mój chłopak. Przed drzwiami siedział Eryk i wyglądał na zmęczonego. To nie wróżyło dobrze, ale gdy tylko podszedłem wstał i uśmiechnął się słabo.

– Dzięki Bogu, że tu jesteś. Ja już nie mam do niego siły. Może ty przemówisz mu do rozumu – jęknął i wskazał ruchem głowy, żebym wszedł do pomieszczenia. Wciąż byłem trochę skołowany, więc tylko skinąłem głową i poszedłem do Daniela. Leżał na łóżku, blady i jakby nieobecny. Miał obandażowaną głowę i kilka kabelków. Między innymi monitorowany był rytm jego serca. Gdy tylko usłyszał, jak zamykam drzwi, od razu podniósł się na łokciach i spojrzał w moją stronę.

– No, nareszcie! Może ty przemówisz im do rozumu! – jęknął. Słysząc to, uśmiechnąłem się krótko. Mieli z Erykiem wiele wspólnego. – Nie chcą mnie wypuścić!

– Co się stało? – udało mi się wydukać i na miękkich nogach podszedłem do jego łóżka, przysiadając delikatnie na skraju. On tymczasem usiadł i prychnął głośno.

– Nieważne. To zwykła bzdeta, a oni chcą mnie tu trzymać jeszcze kilka najbliższych dni. Weź im coś powiedz! – burzył się dalej.

– Daniel, do jasnej cholery, co się stało? – powiedziałem dobitnie. On w odpowiedzi najpierw przewrócił oczami, a potem skrzywił się nieznacznie.

– Wydurniałem się z Kaśką i spadłem z murka za uczelnią. Uderzyłem głową o chodnik i odleciałem. Twierdzą, że mam wstrząśnienie mózgu i chcą mnie tu trzymać. Powiedz im, że nigdzie nie zostaję! – gorączkował się, a mnie ścięło z nóg.

– Co? Czy ty wiesz, co to znaczy wstrząśnienie mózgu? Nigdzie nie wyjdziesz, a jak już cię wypiszą, to nie ruszasz się z domu. Mogę ewentualnie wypuścić cię na obronę i jakiś egzamin, jeżeli jakikolwiek jeszcze ci został. Nie ma opcji, żebyś opuścił dom, ba! Nawet łóżko, przez najbliższe dwa tygodnie, zrozumiano! – wydarłem się na niego.

– Ty też? – jęknął. – Daj se siana. Nie mam zamiaru siedzieć tyle w jednym miejscu. Nie zmusicie mnie – Upierał się dalej.

– Daniel – powiedziałem stanowczo. – Nie żartuję. To nie są przelewki. Wstrząśnienie mózgu może mieć bardzo poważne konsekwencje, więc nie rzucaj się jak gówno w betoniarce i słuchaj się, jak ludzie dobrze ci mówią. Nie robimy ci tego na złość, tylko wszyscy się martwimy, pieprzony kretynie. – Wybuchłem.

– Ej, no dobra, dobra, spokojnie. No już. – Przygasł i burknął obrażony. – Nigdy więcej związków z lekarzem, przyszłym lekarzem, pielęgniarzem ani nikim związanym z medycyną w jakikolwiek sposób.

– Daniel – powiedziałem ostrzegawczym tonem. Wyraźnie chciał rozpocząć kłótnię. – Jedno zdanie więcej i długo mnie nie zobaczysz.

– No dobra – mruknął łaskawie. – Ja po prostu nie chcę tu siedzieć.

– Trzeba było myśleć zawczasu – odciąłem się.

– Nie lubię szpitali – mruknął już ciszej i odwrócił wzrok. Nie dziwiło mnie to zbytnio. Nie miał zbyt pozytywnych wspomnień z tym miejscem. Ja zresztą też nie. Złapałem go za rękę i ścisnąłem delikatnie.

– Wiem, ale teraz jesteś tu na innych warunkach. A my wszyscy jesteśmy z tobą – zapewniłem go szybko, na co skinął głową i ponownie się skrzywił, po czym położył się z powrotem ostrożnie.

– Łeb zaczyna mnie znowu boleć. Chyba ich przeciwbólówki przestają działać – zamarudził.

– Jakie ci dali środki przeciwbólowe? – od razu naprężyłem się zaalarmowany. Nie mogli przecież podać mu nic silniejszego ze względu na jego uzależnienie.

– Nic opioidowego, spokojnie. Mają w karcie, że jestem ćpunem – mruknął niezadowolony i zmierzył mnie kpiącym spojrzeniem, po czym przymknął oczy i odetchnął głęboko. – Jak ci poszła matura? Dziś ostatnia, nie?

– Uhm. Wszystkie już za mną. Poszło dobrze. Dzięki babci Manueli nie mam problemów z angielskim. Chociaż musiałem ostro pilnować się, żeby nie rzucić jej zwyczajowymi odzywkami. Moi nauczyciele mogliby nie docenić tak szerokiej znajomości języka.

– Racja – zaśmiał się. – To pochwal się. Ile?

– Dziewięćdziesiąt sześć procent. Miałem po drodze mały poślizg na jednym z pytań, ale poza tym było w porządku.

– Brawo. Jestem z ciebie dumny. Jestem pewny, że dostaniesz się na tę swoją medycynę – powiedział z faktyczną dumą w głosie. Najlepsze uczucie na świecie.

Wtedy Daniel spędził w szpitalu niecały tydzień. Na szczęście nie doszło do wylewu, ale jeszcze przez dobre dwa czy trzy miesiące męczyły go nieustanne bóle głowy. Starał się to ukrywać, żeby tylko nie trafić znów do szpitala. Nienawidził tego miejsca. Trochę źle się czułem z tym, że znów go tu wpakuję, ale było to konieczne. Mimo iż widocznie się do tego nie spieszył, to jednak nie protestował zajadle, więc on również zdawał sobie sprawę z tego, że jego pobyt na oddziale zbliża się wielkimi krokami i jest nieunikniony.

Podziel się dobrem