Cześć Kochani!

Wczoraj była premiera Numero Uno. Ja się dalej cieszę niesamowicie, a Wy? No i z czystym sumieniem przyznaję, że Szymon odwalił kawał dobrej roboty ze zdjęciem. To strasznie dziwne uczucie, kiedy w pewnym sensie widzi się Uno czytającego Uno… A jeszcze dziwniejsze, kiedy się rozmawia o tym.

Uno II pisze się dzielnie, a my tymczasem spójrzmy znów na to, co wyprawia Marcel, gdy błądzi w tym wszystkim, szukając po omacku najlepszego wyjścia z sytuacji.

 

Enjoy!

W końcu podszedł do mnie Mariusz. Wyglądał, jakby nie spał od ponad tygodnia i nie jadł od trzech, ale i tak skinął na mnie głową. Gdy weszliśmy do jego gabinetu, ziewnął szeroko i opadł na krzesło. Zamknąłem za nami drzwi i usiadłem naprzeciwko.

– Ciężki wieczór? – zagadnąłem.

– Żebyś wiedział. Masakra. Wszystko, co mogło pójść źle, dzisiaj właśnie poszło – mruknął. – Do tego ten twój SMS. Dajesz, o co chodzi?

– Mam do ciebie biznes. Potrzebuję umieścić kogoś na oddziale i zrobić wszystkie możliwe badania. Dosłownie wszystkie, jakie tylko będą potrzebne. Jeżeli nie da rady na NFZ, to chociażby prywatnie, zapłacę – powiedziałem zdeterminowany.

– Wow, wow, wow, wow, wow. Co się dzieje? O kogo chodzi? – zapytał od razu i spojrzał na mnie uważnie.

– Mój… były partner ma chorobę Wilsona. Nie leczy się i muszę to zmienić. Chciałbym dać go najpierw na oddział, bo boję się, jak jego organizm przyjmie leki, a poza tym nie ma świeżych badań. Boję się, że jego wątroba jest w opłakanym stanie.

– I robisz to dla byłego? Z tego, co kojarzę, to nie rozstaliście się w wybitnie przyjaznych stosunkach. Nie raz mówiłeś, że jest palantem, że w sumie to zostawił cię po śmierci ojca i się po prostu nie odzywa. Co się zmieniło? – rzucił z ironią.

– Wiem, wiem… Słuchaj, rozmawiałem ostatnio z nim i sporo sobie wyjaśniliśmy. Będziemy próbować to naprawić. Nie będzie łatwo, ale kocham go. Nic na to nie poradzę – westchnąłem. – Tylko, żeby to było możliwe, on musi żyć. Nie param się nekrofilią. Straciłem ojca, nie mogę stracić też jego. Nie w ten sposób.

– Dobra, rozumiem. Resztę opowiesz mi kiedyś przy piwie. Daj to, co masz i zobaczę, co da się zrobić. – Tu wyciągnął rękę, a ja podałem mu teczkę z całą dokumentacją medyczną Daniela. Dość długo przeglądał wszystkie dokumenty i dokładnie przyglądał się wszystkim wynikom. W końcu westchnął. – Jutro o dziewiątej widzę go na oddziale. Ma być na czczo, to od razu zajmiemy się częścią badań.

– Dzięki, życie mi ratujesz.

– Nie tobie, stary. Nie tobie. Widziałeś te wyniki? Nie chcę nawet wiedzieć, jak on wygląda, no, ale cóż, przekonam się jutro. W ogóle jak na specjalizacji u Stawskiego? Ciężkie początki, co?

– Nie aż tak. Mogło być gorzej. Spodziewałem się większego zapierdzielu. Wymaga dużej dokładności i bardzo szczegółowej wiedzy, ale to dobrze. – Uśmiechnąłem się.

– No tak, ty przecież jesteś masochistą. Co chcesz wybierać po chirurgii ogólnej? Jakieś preferencje czy czekasz? – zapytał autentycznie zainteresowany. Zawsze podsuwał mi takie specjalizacje, które mogłyby się mu przydać.

– Jestem od dawna zdecydowany. Idę na chirurgię onkologiczną, potem może też jako drugą specjalizację zrobię onkologię – odpowiedziałem pewnie. Mój znajomy spojrzał na mnie z uniesionymi ze zdziwienia brwiami. Nigdy nie zwierzałem mu się ze swoich planów w tym kierunku, ale decyzję podjąłem już w liceum, kiedy musiałem patrzeć, jak ojciec regularnie jeździ na badania i jak za każdym razem nieudolnie próbuje ukryć stres.

– Skąd to zainteresowanie, że tak zapytam?

– Mój tata dwa razy przez to przechodził. Guz mózgu. Wybór przyszedł sam – odpowiedziałem krótko.

– Wybacz, nie wiedziałem. Szacun, młody. – Pokiwał głową z uznaniem.

– Daj spokój. Teraz to mało ważne. Mam ważniejsze problemy na głowie. Jak jutro masz dyżur? – zapytałem zmieniając temat.

– Jestem do czternastej, a potem za dwa dni na rano. A ty?

– Jutro na czternastą i mam dwadzieścia cztery. Potem za dwa dni też na rano. Dasz radę dopilnować Daniela? Ufam tobie jako lekarzowi i chcę mieć pewność, że wszystko będzie w porządku.

– Nie ma sprawy. Przypilnuję wszystkiego. Naprawdę ci na nim zależy, co? – Spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem. Nie podobało mi się to.

– Co zamierzasz? – zapytałem od razu.

– Nie, nic. No może trochę mu pokażę, że masz powodzenie i powinien się zacząć o ciebie starać – rzucił i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Nie, błagam – jęknąłem. – On już i tak ma wystarczająco duże kompleksy na tym punkcie. Poza tym jesteś hetero, masz narzeczoną i trójkę dzieci. Nie próbuj niczego, błagam, bo potem ja będę miał przesrane. Jest uparty. Wiesz, ten cichy typ, który wszystko będzie dusił, rzuci trzy słowa, które zabolą tak, jak nic innego i przestanie się odzywać. Rzadko krzyczy, rzadko dochodzi do rękoczynów…

– Czyli twoje totalne przeciwieństwo – zaśmiał się.

– Dokładnie. Przez lata to działało. Dopóki ojciec nie odszedł, a on nie ubzdurał sobie, że nie potrzebny mi partner z defektem, który nie radzi sobie w takich sytuacjach. – Zacząłem się irytować.

– Z defektem?

– Jego słowa. Dla niego choroba to defekt. Ugh, mam czasem ochotę wbić mu trochę rozumu do głowy gołymi rękami. Inaczej nie zrozumie.

– Jasne, możesz próbować. Słuchaj, nie wyganiam cię, ale jest późno i lepiej leć do twojego kochasia, bo nie wstaniecie jutro. Jak się spóźnisz to ci dupę skopię.

– Jasne, dzięki. Na pewno będziemy. Bardzo ci dziękuję.

– Jasne, a teraz spadaj – rzucił ze śmiechem, na co odpowiedziałem szybkie „cześć” i wyszedłem z jego gabinetu.

Skierowałem się w stronę wyjścia ze szpitala. Usiadłem na jednej z ławek przed budynkiem i czułem się nagle odarty z sił. Dopiero teraz to wszystko tak naprawdę zaczynało do mnie dochodzić. Daniel idzie do szpitala. Daniel jest chory, poważnie chory. To brzmiało tak nieprawdopodobnie… Kochałem go. Nie chciałem go tracić, nie tak, nie teraz…  W przypływie nagłych emocji oparłem głowę na splecionych dłoniach i poleciały pierwsze łzy. Chwilę później szlochałem, jak małe dziecko. Gdy trochę się uspokoiłem, wyjąłem z kieszeni telefon i spojrzałem tępo na wyświetlacz. Było kilka minut po pierwszej. Był środek nocy, a ja czułem się, jakbym zabłądził w tym wszystkim. Nie wiele myśląc, wybrałem numer Michała i czekałem, aż odbierze. W końcu usłyszałem w słuchawce jego głos.

– Marcel? Wszystko w porządku? Co się stało? – Od razu brzmiał na rozbudzonego.

– Wybacz, że cię budzę, ale muszę z kimś porozmawiać – zacząłem, przełykając kolejny szloch.

– Jasne, Marcyś. Chcesz wpaść czy ja mam podjechać?

– Nie, nie. Nie mam tyle czasu, tylko przez telefon.

– No mów, synek, bo przecież doskonale słyszę, że tłumisz płacz. Co się dzieje?

– Rozmawiałem z Danielem – powiedziałem ciężko.

– I jak poszło?

– Dobrze… To znaczy… Kiedy do niego przyszedłem siedział w kącie skulony i cały się trząsł. Myślałem, że jest na głodzie i go wyzwałem… Ze szczegółami opowiem ci pojutrze po dyżurze. Na szczęście ostatecznie porozmawialiśmy. On jest chory, bardzo. Ma Wilsona, nie leczył się. Jego wątroba jest w opłakanym stanie, nie wiem, co dalej. Wygląda strasznie. Jest chudy, blady… Załatwiłem mu leczenie i badania na oddziale. On nie może umrzeć, Michał… Nie może…

– O matko, tego się nie spodziewałem. Posłuchaj, synek, uspokój się trochę. Jeżeli załatwiłeś mu leczenie u was w szpitalu to teraz będzie już tylko lepiej. Powiedz mi, jak jest między wami?

– Lepiej. Porozmawialiśmy trochę i chcemy to ratować, ale najpierw musimy doprowadzić go do stanu używalności. Michał, boję się. Boję się o niego, o ten związek. Wszystko mnie w tym przeraża.

– Marcyś, rozumiem. To normalne. Strach to coś naturalnego, ale wiesz, co ci powiem? Ja też nie raz się bałem. Za każdym razem, gdy Tobiasz szedł do szpitala czy na badania, czy na leczenie, miałem gulę w gardle i nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Przełknij to, wytrzyj twarz i leć do niego. Obaj tego potrzebujecie. Dawaj znać na bieżąco jak to wygląda i trzymaj się. Kiedy on idzie na oddział?

– Jutro na dziewiątą – wydukałem, starając się uspokoić.

– O, nie spodziewałem się, że tak szybko ci się uda to załatwić. Myślisz, że będę mógł do  niego wpaść? – zapytał z powątpiewaniem.

– Jasne, że możesz. Przez długi czas przecież byliśmy prawie jak rodzina. Myślę, że się ucieszy – odpowiedziałem bez zastanowienia.

– Okej, to o której mogę tam być?

– Myślę, że do trzynastej albo czternastej wyrobią się z badaniami i jakimś obiadem, więc tak około czternastej będzie chyba najbezpieczniej.

– Dobra, to przygotuję mu coś dobrego do jedzenia, już ja wiem, jak oni tam karmią – zaśmiał się Michał, a ja od razu zacząłem panikować.

– Nie! To znaczy… Może inaczej, okej, szykuj jak chcesz, ale poczytaj o chorobie Wilsona najpierw, bo jest dużo produktów, których on nie może przyjmować. Jeżeli mamy zacząć odtruwanie to nie może więcej tego jeść. I tak już się dobrze załatwił – dodałem w gwoli wyjaśnienia.

– Jasne, spokojnie. Obiecuję, że nie dam mu nic, czego mu nie wolno. Bez stresu. Leć do niego, Marcel i kładźcie się spać. Macie przed sobą ciężki dzień. W razie czego dzwoń – powiedział delikatnie.

– Dobra, lecę. Masz rację. Dzięki, Michał i przepraszam za dzwonienie o tej porze – rzuciłem zawstydzony.

– Nie ma sprawy, jestem zawsze do dyspozycji. Dobranoc. – Na koniec nie udało mu się ukryć ziewnięcia, więc tylko szybko się pożegnałem i biorąc trzy głębokie oddechy ruszyłem w stronę samochodu.

Podziel się dobrem