Cześć Kochani!

Przed Wami nowy rozdział Zabłądzić nocą.

Enjoy!

Ulice były o tej porze niemal całkiem puste. Gdzie nie gdzie można było spotkać jakiegoś przechodnia, czy raczej grupkę lekko wstawionej młodzieży. Tu i ówdzie przejeżdżały jakieś samochody, ale zważywszy na godzinę było bardzo spokojnie. Jechałem dość powoli, wcale nie spiesząc się do powrotu. Wiem, że powinienem, ale coś jednak trzymało mnie w uścisku nie pozwalając oswobodzić się i ruszyć do przodu. Nawet, gdy dojechałem na miejsce, jeszcze przez jakiś czas siedziałem w aucie wpatrując się tępo w ciemne okna jego mieszkania. Wiedziałem, że najprawdopodobniej Daniel już śpi i ja też powinienem wczłapać się na górę i położyć się spać, ale z jakiegoś powodu czułem się bardzo rozbudzony i nie widziałem szans na to, żebym w najbliższym czasie miał odpłynąć w krainę marzeń sennych.

Westchnąłem ciężko i wreszcie wysiadłem z samochodu. Niespiesznym krokiem ruszyłem w stronę bloku i wstukałem kod na domofonie. Starałem się jak najciszej wejść do mieszkania i nie narobić zbytniego hałasu. Aż za dobrze wiedziałem, jacy upierdliwi sąsiedzi mieszkają w tej klatce. Ostatecznie przemknąłem po schodach starając się nie tupać zbyt głośno i po chwili znalazłem się w dobrze mi znanym przedpokoju. Po omacku wyszukałem wieszak i zawiesiłem na nim swój płaszcz. Przekręciłem zamek w drzwiach i wyciągnąłem z kieszeni komórkę jednocześnie ją wyciszając i doświetlając sobie nieco drogę. Wszedłem do sypialni i starałem się wślizgnąć niepostrzeżenie do łóżka, tak, by nie obudzić Daniela, ale nie udało mi się. Gdy rozebrałem się i zamierzałem się kłaść obok niego, ocknął się i usiadł patrząc na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Po chwili uśmiechnął się i powiedział cicho.

– Wróciłeś.

– Jasne, że tak – odpowiedziałem szeptem i odwzajemniłem uśmiech. – A teraz posuń się, bo nie mam gdzie się położyć.

– Jasne, już, już – rzucił zmieszany i szybko spełnił moją prośbę. – Udało ci się coś załatwić?

– Tak, wszystko załatwione, ale porozmawiamy o tym jutro. Ustawię budzik na siódmą. Śpij, musisz być wypoczęty – odpowiedziałem szybko i umościłem się wygodnie oplatając go ramionami i składając delikatny pocałunek na jego skroni.

Prawie zapomniałem jak dobrze było móc zasypiać z nim obok. Chyba pierwszy raz od roku zasnąłem w mgnieniu oka i przespałem spokojnie całą noc nie oczekując wcale na dźwięk budzika. Wręcz odwrotnie. Kiedy budzik zadzwonił miałem ochotę rozwalić go o ścianę i spokojnie pójść spać dalej oparty o ramię mojego partnera. Niestety, nie było takiej możliwości. Dziwiło mnie natomiast, że Daniel spał w najlepsze niewzruszony jazgotem wydobywającym się z mojego telefonu. Wyłączyłem alarm i potrząsnąłem delikatnie śpiącego obok mężczyznę, ale ten w odpowiedzi tylko mruknął coś niezadowolony i skulił się bardziej, odwracając się do mnie plecami. Zachichotałem na ten widok i pochyliwszy się nad nim, pocałowałem go w policzek i szepnąłem do ucha.

– Wstawaj, wstawaj. Skończył nam się czas na spanie. – On w odpowiedzi znów wydał z siebie poirytowany pomruk, ale wreszcie otworzył oczy i spojrzał na mnie półprzytomnie. Chwilę mu zajęło dodanie dwóch do dwóch, ale ostatecznie przeciągnął się i rzucił z uśmiechem.

– Dzień dobry. Czemu tak wcześnie?

– Bo musimy pogadać, a ty musisz się spakować. Załatwiłem ci pobyt na oddziale. Dzisiaj o dziewiątej mamy się stawić. – Wyprężyłem się dumnie, ale Daniel jęknął tylko.

– Jak ja nienawidzę szpitali – mruknął, a ja spojrzałem na niego smutno i wyciągnąłem rękę, by pogłaskać go po policzku.

– Wiem. Jakoś to przetrwasz. Będę obok zawsze, kiedy tylko będę mógł i jestem pewny, że Eryk i Michał też będą stale wisieli ci na głowie. Nawet nie zauważysz, kiedy to wszystko minie, a teraz chodź, idziemy pod prysznic – powiedziałem, wstając i ciągnąć go za sobą.

Idziemy? – powtórzył z naciskiem i uniósł jedną brew. Dziś zdecydowanie był bardziej sobą. Czasem nieco marudny, ale opanowany i spokojny, szukający podtekstów we wszystkim.

– Tak, idziemy. Nie jest tak źle, jak wczoraj, ale wciąż masz drgawki, więc wolę nie ryzykować – wyjaśniłem krótko, a jego mina zrzedła i w odpowiedzi tylko przewrócił oczami, wymijając mnie i wchodząc do łazienki jako pierwszy. Niemal od razu zaczął się rozbierać i wszedł do kabiny. Bez słowa odkręcił wodę i stanął pod ciepłym strumieniem mocząc włosy i przemywając twarz.

Był sporo szczuplejszy niż go pamiętałem, ale nie mogłem powiedzieć, że był wychudzony. Stojąc w strumieniu wody wyglądał kusząco, a co gorsze, wiedziałem, że robi to specjalnie. Westchnąłem i rozebrawszy się, dołączyłem do niego. Objąłem go od tyłu i wyjmując płyn z jego rąk, wylałem go trochę na dłoń i zacząłem powoli wmasowywać go w jego klatkę piersiową, raz po raz niby przypadkiem schodząc nieco niżej. Gdy moja ręka po raz któryś z kolei zawędrowała bardzo nisko usłyszałem tylko jak szybko wciąga powietrze i napręża się nieznacznie. Postanowiłem nie torturować go dłużej i pozwoliłem sobie zawędrować tam, gdzie nie było mnie od ponad roku dając upust emocjom. Obaj potrzebowaliśmy chwili wytchnienia, nie ważne, czy będziemy jej później żałować, czy nie. Jego przyspieszony oddech i ciche pojękiwanie tylko nakręcały mnie bardziej. Niestety z tyłu głowy miałem zakodowane cały czas, że dziś musimy się spieszyć, więc nasza chwila intymnego zbliżenia nie trwała długo, ale sądzę, że dla nas obu była satysfakcjonująca. Kiedy odprężeni i czyści usiedliśmy na kanapie w salonie, ja z moją kawą, a Daniel z wodą, wreszcie był czas na chwilę rozmowy zanim będzie musiał spakować rzeczy i trzeba będzie wychodzić.

– No to mów, co i jak? – zapytał wreszcie.

– Na dziewiątą mamy się stawić w szpitalu. Dostałeś tylko wodę, bo masz być na czczo, żeby można było od razu zacząć badania. Jest miejsce na oddziale u mojego znajomego. To naprawdę świetny lekarz i ufam mu, jako specjaliście. Inaczej w życiu bym cię tam nie wysłał. Mam pewność, że zrobi wszystko jak należy. Generalnie jak będzie znał wszystkie twoje wyniki to dopasuje leki i na początku będziesz musiał pobyć trochę na miejscu, bo czasem zdarza się, że trzeba zmienić coś w dawkowaniu albo niektóre substancje mogą mieć zbyt wiele skutków ubocznych – wyjaśniłem pokrótce.

– Dobra, dzięki. Coś jeszcze powinienem wiedzieć?

– Dzisiaj około drugiej albo trzeciej wpadnie do ciebie do szpitala Michał z obiadem, pewnie najpierw będzie dzwonił. Poza tym, gdyby mój znajomy robił jakieś dziwne aluzje, błagam, nie słuchaj go.

– Jakie aluzje? – Spojrzał na mnie ze ściągniętymi brwiami.

– Mogłem kiedyś trochę za dużo ponarzekać na to, jak to się ode mnie odsunąłeś, kiedy cię potrzebowałem. Parę miesięcy temu byliśmy na drinku i jakoś tak wyszło. Teraz ubzdurał sobie, że jak będziesz zazdrosny to na pewno pomoże, więc zacznie ci ściemniać różne rzeczy. Nie słuchaj go, nic z tego co powie nie jest prawdą. Jest hetero, ma narzeczoną i trójkę dzieci. Na pewno nigdy między nami nic nie było. – Słysząc moje wyjaśnienia, uśmiechnął się ironicznie i oparł się o kanapę mierząc mnie wzrokiem.

– Coś za dużo się tłumaczysz. No to tak, Darek, ten twój kolega… Ktoś jeszcze? – zapytał prześmiewczo.

– No mówię ci przecież, że nic mnie z Mariuszem nie łączy i nie łączyło. – Poirytowałem się, na co on wybuchnął śmiechem.

– Tylko się droczę. Nie wkurzaj się – rzucił lekko i uśmiechnął się. Wziąłem kilka głębszych oddechów i tylko skinąłem głową. Daniel widocznie zawahał się chwilę i przymknął oczy najwyraźniej nie chcąc na mnie patrzeć w tym momencie. – Co z Darkiem? Wiem, że to nie jest wygodny temat, ale muszę wiedzieć, na czym stoję.

– Myślałem, że wczoraj ustaliliśmy, że chcemy ratować ten związek? – podkreśliłem i westchnąłem ciężko. – Dzisiaj mam na czternastą dyżur na dwadzieścia cztery, a potem pojutrze na rano. Potem się z nim spotkam i porozmawiam poważnie.

– Jakoś nie podoba mi się ten pomysł – rzucił z grymasem wymalowanym na twarzy.

– Wiem, ale rozwiązywanie takich rzeczy przez mail lub telefon to cios poniżej pasa, nie uważasz? – zapytałem spokojnie, a on tylko niechętnie pokiwał głową. – Będzie dobrze. Dla mnie to też nie jest łatwe.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale… Po prostu boję się, że jakoś cię przekona i… – zaczął, ale szybko mu przerwałem.

– Nie ma takiej opcji. Słuchaj, lubię go i jest świetnym facetem. Mam nadzieję, że znajdzie sobie kogoś, kto będzie go warty, ale to nie zda egzaminu. Znaczy ja i on. Lubię go, nawet bardzo. Jest kochany i uroczy, bardzo opiekuńczy, ale to ciebie kocham. Próbowałem na siłę znaleźć ci zastępstwo, ale widzę, że nie ma takiej potrzeby. W razie, gdyby to do ciebie nie dotarło, kocham cię, Daniel, jasne?

– Marcel, nie mów tego wszystkiego, jakby to było takie proste.

– Jasne? – powtórzyłem dobitnie.

– Jasne.  Ja ciebie też, ale i tak się boję. – Spojrzał na mnie z bólem wymalowanym na twarzy. Pierwszy raz nie krył się ze swoimi uczuciami. Dziś musieliśmy grać w otwarte karty.

– Ja też. Myślisz, że się nie boję? To wszystko mnie przeraża. Boję się o ciebie i o twoje zdrowie. Co będzie, jak się okaże, że twoja wątroba sobie nie poradziła z tym wszystkim i kwalifikujesz się do przeszczepu? Wiesz, jak długie są kolejki? Boję się o nas. Może coś chlapnę, jak to ja, coś spieprzę po drodze i będę mógł mieć pretensje tylko do siebie, a chcę to naprawić, nie spieprzyć.

– Dobra, już dobra. Uspokój się. Nie panikuj, bo to do ciebie niepodobne. Musimy po prostu jakoś to ogarnąć na nowo. Podejrzewam, że przez ten rok wiele się zmieniło. Skończyłeś już staż, prawda? – Zmienił delikatnie temat, pozwalając mi się trochę odstresować, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny.

– Tak. Zacząłem już specjalizację – powiedziałem, starając się ukryć wypływający mi na twarz uśmiech i dumę w głosie. Wciąż cieszyłem się jak dziecko z tego, że udało mi się dostać tam, gdzie chciałem.

– Jaką? Dostałeś się do tego profesora, o którym mówiłeś? – zapytał zaciekawiony, a ja pokiwałem głową.

– Tak, do Stawskiego na chirurgię ogólną. Po dwóch latach będę mógł wreszcie iść na onkologiczną.

– Wiedziałem, że tak będzie. Jak się uprzesz, to nie ma zmiłuj. Dopniesz swego. Gratulacje, jestem z ciebie dumny – mówiąc to uśmiechnął się ciepło, a w jego głosie przebrzmiewała faktyczna duma. Słysząc to zrobiło mi się zdecydowanie cieplej na sercu i pochyliwszy się szepnąłem dziękuję, po czym pocałowałem go krótko.

– A teraz chodź, trzeba cię spakować. Polecam jakieś wygodne dresy i kilka koszulek. No i coś dla rozrywki. Resztę rzeczy i tak będziemy ci wszyscy pewnie na bieżąco donosić, więc nie ma co się stresować.

– W porządku. Wezmę laptopa i resztę sprzętu, chociaż niezbędne minimum, bo niedługo mam termin oddania projektu i muszę go dokończyć. Wczoraj miałem nad tym pracować, ale mnie siekło, więc muszę to nadgonić.

– Dalej pracujesz? – zdziwiłem się.

– Tak. Nie każdy dzień jest tak zły, jak wczoraj, więc wciąż daję radę. Po prostu wykonuję zlecenia z domu, zamiast z biura. Łuki mi je podrzuca, kiedy może. – Wzruszył ramionami, jakby to nie było nic wielkiego.

– Czyli pracujecie razem? – dopytałem, ciekawy, kim właściwie jest ten cały Łukasz.

– Tak jakby. Pracujemy w innych działach, ale często robimy wspólne projekty. On nie jest grafikiem. Ja robię, on sprzedaje albo koordynuje większość zamówień.

Podziel się dobrem