Byle do brzegu

Opowiadania LGBT

7. W momencie, w którym coś się zmienia

Cześć Kochani!

Dziś już względnie na czas, nowy rozdział Zabłądzić Nocą.

Enjoy!

Tym razem postanowiłem odpuścić drążenie tematu. Nic by mi to nie dało, poza kolejnymi zbędnymi nerwami. Pokiwałem tylko głową i gdy spojrzał się na mnie z wszystkowiedzącym wzrokiem, wzruszyłem ramionami. Nie miałem zamiaru się z nim teraz kłócić, więc lepiej było się nie odzywać, szczególnie, że ostatnio, gdy chciałem z nim porozmawiać na nie do końca bezpieczny temat, skończyło się to tylko niepotrzebnym krzykiem. Nie mogłem sobie teraz na to pozwolić. Szczególnie, że dopiero zaczynaliśmy zbierać wszystko do przysłowiowej kupy. Zostało mi tylko uwierzyć mu na słowo i obserwować zachowanie Łukasza, gdy pojawi się w zasięgu wzroku.

Niedługo potem wygrzebałem z dna szafy sportową torbę, z którą kiedyś chodziliśmy na siłownię i zacząłem ładować do niej jego dresy i koszulki oraz jakąś bieliznę na zmianę. On w tym czasie zdążył spakować torbę z laptopem i jak to określił “niezbędnym minimum” do pracy, co i tak stanowiło połowę jego zasobów. Jeśli chodzi o grafikę, nigdy nie był w stanie się ograniczyć do jednego czy dwóch urządzeń, zawsze musiał mieć przy sobie cały zestaw na wszelki wypadek. Pozostało mi tylko cieszyć się, że nie bierze ze sobą swoich wszystkich wzorników, ale za to postanowił zabrać również kilka szkicowników, a więc i zestaw ołówków i dwa zestawy kredek. Widząc to przez myśl przemknęło mi tylko i on ma czelność marudzić na bycie z lekarzem? To przecież nie ja zabierałem pół domu na każdy najdrobniejszy wyjazd. Pozostało mi się tylko cieszyć, że nie poszedł na psychologię, o czym kiedyś myślał, bo już widzę te wszystkie tomiszcza, które by ze sobą woził. On po prostu tak miał.

Na szczęście udało nam się z tym uporać względnie szybko i wracaliśmy się na górę tylko dwa razy po zapomniane rysiki czy kabelki. Moja cierpliwość i tak zaczynała się kończyć, ale bywało gorzej, więc nie narzekałem. No, przynajmniej nie wziął tak dużo, jakby mógł. Jeszcze przed dziewiątą zapukałem do gabinetu Mariusza, żeby poinformować go o naszym przybyciu. Jego narzeczona musiała przynieść mu jakieś dobre śniadanie i pewnie miał chwilę, żeby się przekimać na kozetce, bo wyglądał zdecydowanie lepiej niż jak widziałem go zaledwie kilka godzin wcześniej.

– Jesteśmy – oświadczyłem i ruchem głowy wskazałem na czającego się w drzwiach Daniela, wciąż niezbyt zadowolonego z obrotu spraw. Jemu szpital kojarzył się tylko z jego ćpaniem, śmiercią Lili i taty oraz rzadkimi wypadkami, gdy coś poważnego się stało, więc nie było co się dziwić, że chciał tu wracać. Ja zwyczajnie zdążyłem się przyzwyczaić do przebywania tu, więc nie stanowiło to już dla mnie problemu.

– Widzę. Mój nowy chomiczek zostaje, a ty spadaj. Stawski ma jakiś pilny przypadek i szuka asysty, możesz załapać się jeszcze przed dyżurem, bo z tego, co słyszałem szuka kogoś dobrego i nie chce brać Anki, z którą się dzisiaj wymieniasz – powiedział szybko mój znajomy i ruchem głowy próbował mnie spławić szybciej. Westchnąłem ciężko, ale nie mogłem przepuścić takiej okazji.

– Dzięki za info – rzuciłem prędko i odwróciłem się do Daniela. – Wybacz, ale muszę lecieć. To brzmi, jak świetna okazja. Jesteś w dobrych rękach. Zobaczymy się potem, kiedy tylko będę miał jakąkolwiek chwilę przerwy, okej?

– Jasne, leć. Tylko pamiętaj, znasz się na tym, co robisz. Ja to wiem i wszyscy to wiedzą, więc nie stresuj się, jasne? – Spojrzał na mnie ze słabym uśmiechem, ale niezachwianą pewnością w oczach.

– Jasne. Dzięki. Do zobaczenia – powiedziałem na odchodnym i pocałowałem go krótko w usta, a on po drodze kopnął mnie na szczęście. Zmierzyłem go złym wzrokiem, po czym przewróciłem oczami i pobiegłem w stronę gabinetu mojego profesora licząc, że wciąż szuka kogoś do asysty i będzie chciał mni wziąć. Szczególnie, że Anka ponoć się nie nadawała. Nie była najgorsza, ale ja też bym bał się ją wziąć na jego miejscu.

Dobiegłem w ostatnim momencie. Widząc mnie na horyzoncie, profesor Stawski przywołał mnie do siebie ruchem ręki i kazał iść od razu na blok operacyjny, twierdząc, że tam mi wszystko wytłumaczy, bo nie ma już czasu. Była to moja pierwsza asysta i stres zaczynał mnie dopadać, ale powtarzałem sobie słowa Daniela. Miałem wiedzę, potrzebowałem tylko wprawy, żeby nabyć umiejętności praktycznych. Pod okiem Stawskiego dam radę. Nie pozwoliłby mi przecież tego spieprzyć. Nie wziąłby mnie, gdyby nie uważał, że jestem do tego gotowy. Wziąłem głęboki oddech i umyłem się, ubierając się w kitel, maskę i rękawiczki.

Szybko otrzymałem wszelkie potrzebne instrukcje i informacje. Trochę się zdziwiłem, że na pierwszy raz pozwolili mi asystować przy ofierze wypadku, gdzie ze względu na stan pacjenta potrzebna była pewna ręka i szybka reakcja. Coś jednak było w tym takiego, że gdy po ponad trzech godzinach wyszedłem z bloku operacyjnego, sam nie poznawałem siebie. Byłem nienaturalnie zmęczony i trząsłem się jak osika, podczas gdy jeszcze kilka chwil wcześniej byłem w stanie reagować szybko i sprawnie, gdy zaczęliśmy tracić pacjenta. Wyglądało na to, że profesor Stawski nie podejrzewał mnie o to. Jego wyraz twarzy, gdy pojawiły się komplikacje mówił mi, że właśnie spisał naszego pacjenta na straty, ponieważ nie wziął nikogo doświadczonego, a mnie, jednak kilka minut później zobaczył, że też potrafię spiąć się w sobie i wykorzystać zdobytą wiedzę.

– Dobra robota, Piórecki. Właśnie uratowałeś mu życie. Jak się z tym czujesz? – zapytał zadowolony i poklepał mnie po ramieniu.

– Jeszcze to do mnie nie dochodzi. Na razie dopada mnie cały ten stres, który starałem blokować podczas operacji – wydusiłem. – Nie wiem, jak przeżyję dzisiejszy dyżur, mam akurat dwadzieścia cztery dzisiaj.

– Dasz radę, masz jeszcze trochę czasu, to odpocznij, ale spisałeś się świetnie. Nie spodziewałem się tego. Naprawdę nadajesz się na chirurga. Gdzie po ogólnej? – dopytał, prowadząc mnie gdzieś.

– Dziękuję, panie profesorze. Chcę iść na chirurgię onkologiczną. Może i nie będzie łatwo, ale taki cel miałem od początku – powiedziałem z pewnością w głosie, czując, że ta mała zmiana tematu dobrze działa na mój stres. Po chwili znaleźliśmy się w szpitalnym bufecie. Rozejrzałem się dookoła nie bardzo rozumiejąc, czemu profesor przyprowadził mnie tutaj. Posadził mnie przy jednym ze stolików i odwrócił się w stronę lady.

– Pani Olu, dwie herbatki i coś dobrego na zszargane nerwy prosimy. Pani zawsze umie zdziałać cuda. – Uśmiechnął się do kobiety pracującej w bufecie, a ona tylko odwzajemniła gest i pokręciła rozbawiona głową, ale zabrała się za złożone zamówienie. W międzyczasie Stawski odwrócił się do mnie. – Ambitny plan. Konkretny powód?

– Mój ojciec miał dwa razy nowotwór. Wiem, jak ciężko może przechodzić to rodzina i jaki stres to jest dla wszystkich członków, gdy wyniki są niepokojące. Wybór przyszedł sam. Tym bardziej, że nie łatwo jest u nas o nowoczesne terapie. Szpitale nie chcą podejmować się terapii eksperymentalnych ze względu na ryzyko, a sporo kłopotliwie umiejscowionych guzów jest pozostawianych zdecydowanie zbyt długo, bo niewielu lekarzy chce to operować – wyjaśniłem najlepiej, jak umiałem, próbując na nowo zebrać myśli.

– Odważnie. Słuchaj, w przyszłym miesiącu zmienimy ci trochę grafik. Chcę mieć na ciebie oko. Potrzebujesz wprawy. Będę brał cię częściej do asysty, bo o ile rozumiem twoją dzisiejszą reakcję, o tyle nie możesz zawsze tak reagować po skończonej operacji. Jeśli będziesz sobie radził, dam ci rekomendację do świetnego chirurga onkologicznego, jasne? Masz potencjał, inaczej bym nie brał cię pod uwagę – wyjaśnił rzeczowo.

– Dziękuję profesorze. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Obiecuję wziąć się w garść, ale dziś to był faktycznie mój pierwszy raz i okazało się, że nie był to do końca łatwy przypadek – próbowałem wytłumaczyć się nieco zażenowany.

– Nie ma czegoś takiego, jak prosty przypadek w chirurgii. Jeśli musimy kogoś otwierać to znaczy, że coś jest bardzo nie tak – odparł dość ostro Stawski, po czym przez chwilę patrzył na mnie ze ściągniętymi brwiami. – Nie asystowałeś nigdzie do tej pory?

– Nie, nie miałem okazji – przyznałem szczerze.

– Ach, to stąd ta reakcja. W takim razie cię rozumiem. A właściwie, to czemu jesteś tu tak wcześnie? Żebym nie musiał cię zamknąć na psychiatrycznym, bo kręcisz się tu poza dyżurem – zaśmiał się.

– Odstawiałem partnera na oddział do Mariusza Zebrzydowskiego na dziewiątą – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Masz partnera? No i co on robi u Mariusza? – profesor wyraźnie się zaciekawił.

– Mam, można powiedzieć, że mam. Mieliśmy małą przerwę, ale jednak… Tak czy owak ma Wilsona – rzuciłem z ciężkim sercem, nie chcąc teraz o tym nawet myśleć, mimo, że był zaledwie kilka korytarzy dalej, przechodząc przez kolejne badania.

– Wybrałem nienajlepszy dzień na asystę – odpowiedział profesor w zamyśleniu.

– Nie, nie. To dobry sposób, żeby nie myśleć o tym, że on tu teraz jest. Bardzo nie lubi szpitali i tak bardzo, jak chciałbym przy nim być, nie chcę widzieć go z jego przybitą, niezadowoloną miną – przyznałem szczerze.

– Nikt nie lubi, ale czasem trzeba. Skoro Mariusz wziął go na oddział to ja już sobie wyobrażam, jak on musi wyglądać – żachnął się mój rozmówca w odpowiedzi, a ja smętnie pokiwałem głową.

– Wczoraj jak go zobaczyłem, to myślałem, że jest na głodzie. Nie mógł przez drgawki ustać na własnych nogach – wydukałem cicho. Nie chciałem tego pamiętać.

– Myślisz, że ot tak by zaczął brać? – zaśmiał się profesor. – Ładne masz zdanie o własnym partnerze.

– On był uzależniony kiedyś. Nie widzieliśmy się prawie rok, bałem się, że jednak coś się stało i wrócił… Na szczęście nie, chociaż patrząc na niego teraz, nie wiem czy bym nie wolał, żeby jednak po prostu zaćpał – zdobyłem się na chwilę szczerości.

– Rozumiem, ale jeśli Mariusz się za niego weźmie, będzie dobrze. Jakie ma wyniki? – dopytywał Stawski.

– Miał zbyt stare, aby na podstawie tego podjąć leczenie. Teraz powinien być w trakcie badań. Modlę się tylko, żeby nie było konieczności przeszczepu. Jest słaby, to by oznaczało wyrok. – Odwróciłem wzrok i westchnąłem ciężko. Dopiero teraz zaczynało do mnie faktycznie dochodzić, że to jest całkiem prawdopodobne.

– Dobra, na razie nie nastawiaj się na nic. Wiemy, że jego lekarz nie odpuści, jeśli już się za niego wziął. On nigdy nie odpuszcza. Pozwól sobie na wydech i niemyślenie. Masz pacjentów, na których musisz się skupić. Zajrzę potem do Mariusza i zobaczę, jak tam wyniki tego twojego się mają. W razie czego przeszczep biorę na siebie – zapewnił mnie poważnie mój mentor i chyba nigdy nie byłem jeszcze tak bardzo wdzięczny za to, że dostałem się tu na staż a potem na tę specjalizację. Miałem nadzieję, że ojciec byłby ze mnie dumny. Michał na pewno będzie, gdy opowiem mu o dzisiejszej asyście i rozmowie.

Podziel się dobrem

6 Comments

  1. UWAGA SPOILER!
    Zaczęłam czytać historię Tobiasza i Michała wczoraj, a dzisiaj jestem już na bieżąco. Samo to chyba świadczy o tym, jak bardzo wkręciłam się w to opowiadanie:)
    Chyba jak każdemu, nie podoba mi się śmierć jednego z bohaterów. Myślę, że niepotrzebnie tak się stało i szczerze, jak o tym przeczytałam, to straciłam trochę chęć czytania. Uwielbiam czytać historię tego typu, ale bez uśmiercania głównych bohaterów, wystarczy , że w życiu realnym jest różnie. Zagłębiając się w napisaną przez Ciebie historię i czytając o tym ile i co razem przeżyli, liczyłam na szczęśliwe zakończenie mimo wszystko bez śmierci:( Jest w tej historii wiele momentów, w których się śmiałam, ale też wiele, w których pojawiły się łzy ale mimo wszystko szczęśliwe zakończenie to jest to, na co chyba każdy czeka. Tak jak cieszyłam się na 3 część historii, tak teraz już nie jestem pewna czy dalej będę ją czytać:( Za bardzo przeżywam ich losy 😛 Nie spodobało mi się też 10 letnie rozstanie, a raczej brak jakiegokolwiek wytłumaczenia co,jak i dlaczego, bo samo „nie mam pojęcia dlaczego się rozstaliśmy” do mnie nie przemawia.
    To jest po prostu moje zdanie i mam nadzieję, że się za nie nie pogniewasz:)

    • B.D.B.

      22 kwietnia 2018 at 17 h 45 min

      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Oczywiście, że się nie pogniewam. No cóż, tak jakoś samo wyszło i mówiąc szczerze – znam taki przypadek, gdy ludzie po prostu jakoś tak się rozjechali w tym wszystkim… No, ale nie o tym. Michał z Tobiaszem mieli swoje szczęśliwe zakończenie, teraz czas na Marcela, żeby odnalazł swoje. Raczej sobie tym nie pomogę, ale pierwotnie Tobiasz miał umierać w pierwszej części, ale ćśśś…
      Trzecia część będzie Tobiego wspominać z rozrzewnieniem i jeszcze trochę nam wytłumaczy… Po prostu wszystko ma swój czas i mi też nie łatwo jest żegnać się z własnymi bohaterami, dlatego też trzecia część zaczęła się już „po wszystkim”.

  2. Wiem, że mieli swoje szczęśliwe zakończenie i tak powinno zostać! 🙂 Z jednej strony jestem ciekawa dalszych losów tej rodziny ale z drugiej ciężko będzie się teraz czytać tę historię:(

    • B.D.B.

      22 kwietnia 2018 at 21 h 58 min

      Cóż ja poradzę, że życie odbiera nam boleśnie tych, których kochamy… Oni przeżyli ze sobą sporo i nie mają czego żałować. Wykorzystali swój czas do maksimum. ( ;

  3. To znowu ja. Co rusz są wspomnienia o Tobim to ciężko się czyta. Aż mi łzy się pojawiają q.q mój kochany Tobiś q.q

    • B.D.B.

      14 maja 2018 at 17 h 33 min

      Na każdego przychodzi czas… Jego miał przyjść dużo wcześniej, ale… No, ale dzielnie przetrwał wszystko. Niestety jego charakter wymknął się spod kontroli, ale o tym jeszcze będzie 😈

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie wyświetlony.

*

© 2018 Byle do brzegu

Theme by Anders NorenUp ↑